Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]
- Автор: Гуин Урсула К. Ле
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Phantom Press International
- ISBN: 83-7075-502-X
- Переводчик: Lukasz Nicpan
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]». Краткое содержание книги:
Powieść otrzymała nagrodę Nebulę w 1974 i Hugo w 1975.
— Kłamiesz — stwierdził spokojnie Szevek. — Sądzę, że jesteś patriotą, i owszem. Ale ponad patriotyzm przedkładasz szacunek dla prawdy, naukowej prawdy; a może i lojalność wobec pojedynczego człowieka. Nie zdradzisz mnie.
— Zrobiłbym to, gdybym mógł — rzucił z zawziętością Chifoilisk. Chciał mówić dalej, rozmyślił się, w końcu dodał z gniewną rezygnacją: — Niech pan myśli, co się panu podoba. Nie mogę siłą otworzyć panu oczu. Ale proszę pamiętać, że my pana potrzebujemy. Kiedy zda pan sobie wreszcie sprawę, co się tutaj dzieje, proszę przyjechać do Thu. Wybrał pan sobie nieodpowiednich ludzi do zawierania braterstwa! Gdyby zaś — nie leży w moim interesie, by to panu mówić, ale trudno — gdyby nie zdecydował się pan do nas przyjechać, niech pan przynajmniej nie udostępnia swojej teorii Ajończykom. Niech pan niczego nie ofiarowuje tym lichwiarzom! Niech pan stąd wyjedzie. Wraca do domu. Złoży swój dar własnemu narodowi!
— Oni go nie chcą — odrzekł beznamiętnie Szevek. — Myślisz, że nie próbowałem?
Kiedy w cztery czy pięć dni potem Szevek zapytał o Chifoiliska, dowiedział się, że ten wrócił do Thu.
— Na dobre? Nie powiedział mi, że wyjeżdża.
— Thuwiańczyk nigdy nie wie, kiedy dostanie rozkaz od swego Prezydium — wyjaśnił mu Pae, bo to oczywiście Pae go o tym poinformował. — Wie tylko, że gdy taki rozkaz nadejdzie, lepiej wykonać go migiem. I nie ociągać się po drodze. Biedny stary Chif!
Ciekaw jestem, w czym też pobłądził.
Parę razy w tygodniu Szevek odwiedzał Atro w miłym domku na obrzeżach campusu, gdzie staruszek mieszkał wraz z kilkoma służącymi, równie jak on sędziwymi, którzy się nim opiekowali.
Dobiegając osiemdziesiątki, był — jak sam to ujmował — pomnikiem pierwszorzędnego fizyka. Choć nie spotkał go los Gvarab i praca jego życia została doceniona, z racji samego wieku osiągnął podobną jej obojętność. Jego zainteresowanie przybyszem z Księżyca zdawało się być w każdym razie całkowicie osobiste — koleżeńskie. Był pierwszym z fizyków szkoły następstw nawróconym na zaproponowane przez Szeveka podejście do rozumienia czasu. Walczył też o jego teorie — jego orężem — przeciwko całej plejadzie naukowych autorytetów i prowadził tę walkę na kilka lat przed opublikowaniem nie okrojonych Zasad jednoczesności i zwycięstwem zwolenników tej teorii, które wkrótce potem nastąpiło. Bój ten był szczytowym punktem jego życia. Nie stawałby do walki o sprawę pośledniejszą niż prawda, bardziej jednak od prawdy kochał samą walkę.
Był w stanie wywieść swój ród od przodków sprzed jedenastu stuleci — poprzez generałów, książąt i wielkich właścicieli ziemskich. Jego rodzina posiadała nadal majątek o powierzchni siedmiu tysięcy akrów i czternaście wsi w prowincji Sie, najbardziej rolniczym regionie A-Io. W mowie Atro pobrzmiewały prowincjonalne naleciałości i archaizmy, które z dumą pielęgnował. Bogactwo nie imponowało mu ani trochę, cały zaś rząd swego kraju określał mianem „demagogów i łaszących się politykierów”. Jego szacunku nie można było kupić. Jednak obdzielał nim — za darmo — byle głupca z „dobrym”, jak mawiał, nazwiskiem. Pod pewnymi względami stanowił dla Szeveka nieprzeniknioną zagadkę: enigma; arystokrata-enigma. Jego szczera wszakże pogarda dla pieniądza zarówno, jak i władzy sprawiała, że był mu bliższy niż którakolwiek z poznanych na Urras osób.
Jednego razu, gdy siedzieli na oszklonej werandzie, w której starzec hodował najrozmaitsze gatunki rzadkich i nietypowych dla danej pory roku kwiatów, zdarzyło mu się użyć określenia: „my, Ceteńczycy”.
Szevek wytknął mu to:
— ”Ceteńczycy” — czy to nie wyraz ze słownika brukowców?
Mianem „brukowców” określano w potocznym języku popularne gazety, audycje radiowe i beletrystykę wytwarzane na użytek miejskiego proletariatu.
— Brukowców! — prychnął Atro. — Skąd, u licha, wytrzasnąłeś ten wulgaryzm? Przez słowo „Ceteńczycy” rozumiem dokładnie to samo, co te pismaki z dzienników oraz ich czytelnicy, którzy sylabizując, poruszają wargami, rozumieją pod tym terminem: Urras iAnarres!
— Zdziwiło mnie, że użyłeś obcego słowa, nieceteńskiego w gruncie rzeczy.
— Definicja przez wyłączenie — odparował wesoło staruszek. — Przed stu laty nie potrzebowaliśmy tego określenia. Wystarczała „ludzkość”. Ale sześćdziesiąt z kawałkiem lat temu to uległo zmianie. Miałem wtedy siedemnaście lat, był piękny, słoneczny dzionek, początek lata, jak dziś pamiętam. Ujeżdżałem konia, gdy moja starsza siostra zawołała z okna: „Rozmawiają właśnie przez radio z kimś z kosmosu!” Moja biedna, droga matka sądziła, że jesteśmy zgubieni; nieznajome jakieś diabły, uważasz… Ale byli to tylko Hainowie, kwaczący coś o braterstwie i pokoju… No i masz, dzisiaj słowo „ludzkość” stało się coś zanadto pojemne. Cóż lepiej określa braterstwo niż brak braterstwa? Definicja przez wyłączenie, mój drogi! Ty i ja jesteśmy krewniakami. Parę wieków temu twoi przodkowie najprawdopodobniej pasali w górach kozy, podczas gdy moi uciskali niewolników w Sie; jesteśmy wszelako członkami tej samej rodziny. Aby to stwierdzić, dość człowiekowi spotkać obcego — lub choćby usłyszeć o jego istnieniu. Istotę z innego układu słonecznego. Tak zwanego człowieka, który nie ma z nami nic wspólnego poza użytecznym wyposażeniem w parę nóg, rąk oraz głowę z takim, siakim rodzajem mózgu!
— Ale czyż Hainowie nie dowiedli, że jesteśmy…
— Wszyscy obcego pochodzenia, potomkami jakichś międzygwiezdnych haińskich kolonistów sprzed pół miliona lat, a może miliona, dwóch lub trzech milionów, tak, wiem. Dowiedli! Na liczbę prymarną, Szevek, pleciesz jak seminarzysta z pierwszego roku! Jak możesz poważnie mówić o historycznym dowodzie, gdy w grę wchodzi taki przedział czasu? Ci Hainowie podrzucają tysiąclecia jak piłeczki, ale to tylko żonglerka. Dowód, dobre sobie!
Religia moich przodków zapewnia mnie, równie autorytatywnie, że wywodzę się od Pinry Oda, którego Bóg wygnał z Ogrodu, bo miał czelność policzyć palce u rąk i nóg, zsumował je do dwudziestu i w ten oto sposób wpuścił do wszechświata Czas. Wolę tę opowiastkę od jakichś tam obcych, jeśli już muszę wybierać!
Szevek roześmiał się; lubił żarty Atro. Staruszek mówił jednak serio. Poklepał gościa po ramieniu, zmarszczył brwi i przygryzając wargi, co czynił zawsze, gdy był poruszony, powiedział:
— Mam nadzieję, że odczuwasz to samo, mój drogi. Szczerą nadzieję. W twoim społeczeństwie, jestem tego pewny, niejedno zasługuje na podziw, nie uczy was ono wszelako różnicowania — co jest, jakkolwiek by było, najwartościowszą nauką, jakiej udziela cywilizacja. Nie chciałbym, aby ci przeklęci obcy dobrali się do ciebie przez furtkę twych poglądów na temat braterstwa, wzajemności i tak dalej. Wyleją na ciebie całe potoki „ludzkiej wspólnoty”, „wszechświatowych lig” i tym podobnych bredni, a mnie przykro byłoby patrzeć, jak je łykasz. Prawem istnienia jest walka — rywalizacja — eliminacja słabszych — bezwzględna walka o przetrwanie. Zaś ja życzyłbym sobie, aby przetrwali najlepsi. Ten rodzaj ludzki, który znam. Ceteńczycy. Ty i ja: Urras i Anarres. Wyprzedzamy ich obecnie, wszystkich tych Hainów, Terran i jak się tam jeszcze zowią, i musimy nadal pozostać na przedzie. Dali nam napęd gwiezdny, ale my budujemy teraz lepsze niż oni statki międzygwiezdne. Kiedy zdecydujesz się ogłosić swą teorię, żywię najgłębszą nadzieję, że nie zapomnisz o swoim obowiązku wobec własnego narodu, własnego gatunku. Nie zapomnisz, co znaczy lojalność i komu jest sieją należnym.