Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2005
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7469-032-4
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]». Краткое содержание книги:
— Dwoje Klatchian, sir?
— Jak rozumiem, Vimes, porwany został książę Khufurah. Trudno uwierzyć, że nawet pan byłby zdolny do czegoś takiego, ale Klatchianie zdają się to sugerować. Widziano, jak bezprawnie wkroczył pan na ich teren. I wywlókł pan z łoża bezbronną kobietę. Co może pan powiedzieć na ten temat?
— Że łóżko się wtedy paliło, sir.
Porucznik Hornett podszedł i wyszeptał coś. Lord Rust nieco się uspokoił.
— No tak. Dobrze. Zaistniały może pewne okoliczności łagodzące, ale politycznie było to bardzo nieprzemyślane działanie, Vimes. Nie będę udawał, że wiem, co się stało z księciem, ale mam nieodparte wrażenie, że z prawdziwą satysfakcją starał się pan pogorszyć sytuację.
Umie się pan wspinać, panie Vimes? Tamten człowiek niósł na ramieniu coś ciężkiego…
— Zdejmuję pana ze stanowiska, komendancie. A straż przechodzi pod bezpośredni nadzór tej rady. Czy to jasne?
Rust zwrócił się do Marchewy.
— Kapitanie Marchewa, wielu z nas słyszało… dobre opinie na pański temat. Mocą nadanych mi pełnomocnictw niniejszym mianuję pana pełniącym obowiązki komendanta straży…
Vimes zamknął oczy.
Marchewa zasalutował sprężyście.
— Nie! Sir!
Vimes szeroko otworzył oczy.
— Doprawdy? — Rust przyglądał się Marchewie przez chwilę, po czym lekko wzruszył ramionami. — Hm, cóż… lojalność to piękne uczucie. Sierżancie Colon?
— Sir!
— W tych okolicznościach, ponieważ jest pan najbardziej doświadczonym podoficerem, mającym za sobą wzoro… mającym za sobą służbę wojskową, przejmie pan dowództwo straży na czas… zagrożenia.
— Nie, sir!
— To było polecenie, sierżancie.
Krople potu wystąpiły Colonowi na czoło.
— Nie, sir!
— Sierżancie!
— Może je pan sobie wsadzić tam, gdzie słońce nie dochodzi, sir! — oświadczył z desperacją Colon.
I znowu Vimes zobaczył mlecznoniebieskie oczy Rusta. Rust nigdy nie wydawał się zaskoczony. A ponieważ wiedział, że zwykły sierżant nigdy się nie ośmieli odezwać z tak wyzywającą bezczelnością, wymazał Colona z najbliższej okolicy we wszechświecie.
Przez moment jego wzrok spoczął na Detrytusie.
On nie wie, jak rozmawiać z trollem, pomyślał Vimes. I po raz kolejny zaimponował mu, w taki sam ponury sposób, styl rozwiązania problemu przez lorda Rusta. Rozwiązał go, uznając, że wcale go nie ma.
— Kto jest najstarszym kapralem w straży, sir Samuelu?
— To będzie kapral Nobbs.
Komitet zbił się w ciasną grupkę. Zabrzmiały nerwowe szepty, w których kilka razy dało się słyszeć słowa „absolutny ćwok”. Wreszcie Rust znowu uniósł głowę.
— A następny pod względem starszeństwa?
— Chwileczkę… chyba kapral Wręcemocny — odparł Vimes.
— Może więc on potrafi słuchać rozkazów.
— On jest krasnoludem, ty idioto!
Na twarzy Rusta nie drgnął żaden mięsień. Brzęknęło, gdy Vimes położył na stole swoją odznakę.
— Nie muszę tego słuchać — oświadczył spokojnie.
— Ach, więc woli pan raczej być cywilem, tak?
— Strażnik jest cywilem, ty wsobnie hodowana strugo sików!
Mózg Rusta wykasował dźwięki, których jego uszy przecież nie mogły słyszeć.
— Poproszę jeszcze klucze do zbrojowni, sir Samuelu — powiedział.
Zadzwoniły, lądując na blacie.
— Czy ktoś z pozostałych ma jeszcze jakiś pusty gest do wykonania? — zapytał lord Rust.
Sierżant Colon wyjął z kieszeni swoją zaśniedziałą odznakę i był nieco rozczarowany, że nie zadźwięczała wyzywająco, kiedy rzucił ją na blat. Podskoczyła tylko i rozbiła dzbanek z wodą.
— Mam odznakę wyrytą na ramieniu — zahuczał Detrytus. — Jak kto chce, to może sobie ją zdjąć.
Marchewa położył swoją bardzo delikatnie.
Rust uniósł brwi.
— Pan także, kapitanie?
— Tak jest, sir.
— Myślałem, że pan przynajmniej…
Przerwał i obejrzał się z irytacją na dźwięk otwieranych drzwi. Wbiegło kilku pałacowych gwardzistów, a za nimi grupa Klatchian.
Rada pospiesznie zerwała się z miejsc.
Vimes rozpoznał Klatchianina w samym środku — widywał go już podczas oficjalnych spotkań. I gdyby nie fakt, że człowiek ten był Klatchianinem, uznałby go za przebiegłego typa.
— Kto to jest? — szepnął do Marchewy.
— Książę Kalif. Zastępca ambasadora.
— Jeszcze jeden książę?
Wiceambasador zatrzymał się przed stołem, spojrzał na Vimesa, niczym nie zdradzając, że go poznaje, po czym skłonił się Rustowi.
— Książę Kalifie — powiedział lord Rust. — Pańskie przybycie jest niezapowiedziane, niemniej jednak…
— Niosę złe wieści, panie.
Mimo oszołomienia część umysłu Vimesa zauważyła, że głos brzmi inaczej. Khufurah uczył się swego drugiego języka na ulicy, ten tutaj miał nauczycieli.
— W takiej chwili jakież wieści nie są…
— Nastąpiły pewne wydarzenia na nowym lądzie. Godne pożałowania incydenty. Jak również w Ankh-Morpork. — Znów zerknął na Vimesa. — Choć tutaj, muszę przyznać, raporty są niejasne. Lordzie Rust, muszę pana powiadomić, że formalnie jesteśmy w stanie wojny.
— Formalnie w stanie wojny? — powtórzył Vimes.
— Obawiam się, że wydarzenia porywają nas naprzód — powiedział Kalif. — Sytuacja jest delikatna.
Wiedzą, że będą walczyć, myślał Vimes. To tak jak na początku tańca, kiedy człowiek czeka i patrzy na partnerkę…
— Mam obowiązek zawiadomić pana, że dostaliście dwanaście godzin na usunięcie wszystkich swoich obywateli z Leshpu — rzekł Kalif. — Jeśli to nastąpi, problem zostanie szczęśliwie rozwiązany. Chwilowo.
— Nasza odpowiedź brzmi tak, że to wy macie dwanaście godzin, by opuścić Leshp — odparł Rust. — Jeśli tego nie uczynicie, podejmiemy… kroki…
Kalif lekko pochylił głowę.
— Rozumiemy się zatem. Oficjalny dokument trafi do pana wkrótce i nie wątpię, że i my otrzymamy taki od pana.
— W samej rzeczy.
— Zaraz, chwileczkę, nie możecie tak… — zaczął Vimes.
— Sir Samuelu, nie jest pan już komendantem straży, a zatem nie ma pan wpływu na te procedury — przerwał mu ostro Rust. Zwrócił się znowu do księcia. — To prawdziwe nieszczęście, że sprawy zaszły tak daleko — stwierdził oschle.
— Istotnie. Ale nadchodzi czasem chwila, gdy słowa już nie wystarczają.
— Muszę się z panem zgodzić. Jest to chwila, gdy trzeba spróbować siły.
Vimes z fascynacją i grozą spoglądał to na jednego, to na drugiego.
— Oczywiście zostawimy wam czas na opuszczenie ambasady. Tego, co z niej zostało.
— Jakże uprzejmie. I oczywiście zrewanżujemy się taką samą grzecznością.
Kalif skłonił się. Rust także.
— W końcu to, że nasze kraje przystąpiły do wojny, nie jest jeszcze powodem, byśmy nie mieli się wzajemnie szanować jak przyjaciele — powiedział.
— Co? Właśnie że jest powodem, do demona! — zawołał Vimes. — Nie wierzę własnym oczom! Nie możesz stać tak po prostu i… Wielkie nieba, co się stało z dyplomacją?
— Wojna, Vimes, to kontynuacja dyplomacji innymi środkami — oświadczył lord Rust. — O czym by pan wiedział, gdyby rzeczywiście był pan dżentelmenem.
— A wy, Klatchianie, wcale nie jesteście lepsi — ciągnął Vimes. — To pewnie przez tę zzieleniałą i spleśniałą baraninę, co ją sprzedaje Jenkins. Wszyscy zapadliście na chorobę spienionych owiec. Nie możecie tak zwyczajnie…