Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7648-377-1
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]». Краткое содержание книги:
— Owszem. Na jedną miłą chwilę wzbudziło to przyjemne wspomnienie o moim ojcu.
— Jak zapewne u nas wszystkich — uznał Myślak. Wokół stołu magowie z powagą pokiwali głowami. — Osobiście nigdy nie znałem mojego ojca. Wychowały mnie ciotki. Przeżyłem deja vu bez oryginalnego vu.
— I to nie była magia? — zasugerował wykładowca run współczesnych.
— Nie, podejrzewam raczej religię — odparł Ridcully. — Bóg inwokowany i takie tam.
— Nie inwokowany, Mustrumie — sprzeciwił się Hix. — Przywołany rozlewem krwi.
— Mam nadzieję, że jednak nie. — Ridcully wstał. — Dziś po południu, panowie, chciałbym przeprowadzić niewielki eksperyment. Nie będziemy rozmawiać o piłce, nie będziemy rozmyślać o piłce, nie będziemy się martwić piłką…
— Chcesz nas zmusić, żebyśmy w nią zagrali, tak? — domyślił się posmutniały wykładowca run współczesnych.
— Tak — przyznał Ridcully, trochę zirytowany popsuciem całkiem dobrej przemowy. — Trochę sobie pokopiemy, żeby z pierwszej ręki doświadczyć tej gry tak, jak jest rozgrywana.
— Ehm… Ściślej mówiąc, zgodnie z nowymi regułami, przez co rozumiem starożytne reguły, a doświadczenie z pierwszej ręki oznacza: bez rąk — przypomniał Myślak.
— Słuszna uwaga, młody człowieku. Daj znać wszystkim, dobrze? Ćwiczenia gry w piłkę na trawniku, zaraz po obiedzie.
Najważniejsze, o czym należało pamiętać, kontaktując się z krasnoludami, to że choć formalnie żyły w tym samym świecie, widziały go, jakby był odwrócony dołem do góry. Tylko najbogatsze i najbardziej wpływowe krasnoludy mieszkały w najgłębszych jaskiniach. Dla krasnoluda penthouse w centrum miasta byłby odpowiednikiem slumsu. Krasnoludy lubiły mrok i chłód. Krasnolud, który szedł w górę, tak naprawdę schodził w dół, ponieważ klasa wyższa u krasnoludów była niższą. Krasnolud, który był bogaty, zdrowy, cieszył się szacunkiem i własną fermą szczurów, sprawiedliwie czuł się na dnie i patrzono na niego z góry. Rozmawiając z krasnoludami, należało wywrócić własny umysł. Miasto również. Oczywiście, gdy ktoś zaczynał kopać w Ankh-Morpork, znajdował więcej Ankh-Morpork. Tysiące lat Ankh-Morpork, czekające tylko, by je wykopać, ostemplować i wzmocnić lśniącymi krasnoludzimi cegłami.
To było to „Wielkie Przedsięwzięcie” lorda Vetinariego. Miejskie mury ściskały je gorsetem, jak w szczęśliwym marzeniu fetyszysty. Grawitacja oferowała jedynie ograniczone rezerwy „w górę”, ale głębokie złoża iłu z równin gwarantowały nieograniczony zapas „w dół”.
Glenda była więc dość zdziwiona, kiedy znalazła Shwattę na powierzchni Pały, obok naprawdę eleganckich sklepów z ubraniami dla ludzkich dam. To jednak miało sens: jeśli ktoś zamierza osiągnąć skandalicznie wysokie zyski ze sprzedaży odzieży, warto zamaskować się między innymi sklepami robiącymi to samo. Nie była pewna co do nazwy, ale najwyraźniej Shwatta po krasnoludziemu oznaczało „cudowną niespodziankę”, a gdyby człowiek zaczął się śmiać, nie miałby już czasu, by przerwać i złapać oddech.
Glenda zbliżyła się do drzwi z lękiem osoby przekonanej, że kiedy tylko wejdzie, każą jej płacić pięć dolarów za minutę oddychania, a potem przytrzymają głową w dół i hakami usuną cały jej majątek.
Rzeczywiście, lokal miał klasę. Ale była to krasnoludzia klasa, co oznacza mnóstwo kolczug i dość broni, by opanować miasto — lecz jeśli człowiek przyjrzał się uważnie, dostrzegał, że to damskie kolczugi i broń. Najwyraźniej tak właśnie się to odbywało. Krasnoludzie kobiety miały już dość wyglądania przez cały czas jak krasnoludzi mężczyźni i metaforycznie roztapiały swoje napierśniki, by wykuć coś lżejszego i z dopasowywanymi paskami.
Juliet wyjaśniła to wszystko po drodze, choć oczywiście nie użyła słowa „metaforycznie”, jako będącego przynajmniej dwie sylaby poza jej zasięgiem. W sklepie były topory i młoty bojowe, ale wszystkie miały jakieś kobiece elementy. Na przykład jeden z toporów, najwyraźniej zdolny do rozłupania kręgosłupa wzdłuż, był przepięknie grawerowany w kwiaty. To był inny świat, a Glenda — stojąc przy drzwiach i rozglądając się nerwowo — z ulgą dostrzegła wewnątrz innych ludzi. Właściwie dostrzegła ich całkiem sporo, co ją zaskoczyło. Pewna młoda kobieta w stalowych butach na sześciocalowym obcasie zbliżała się jakby ściągana magnesem — a biorąc pod uwagę ilość ferromagnetycznego metalu na jej ciele, magnesu nie potrafiłaby ominąć zbyt szybko. Niosła tacę z drinkami.
— Mamy czarny miód, czerwony miód i biały miód — powiedziała. Po czym zniżyła głos o kilka decybeli i trzy klasy społeczne.
— Tak naprawdę czerwony miód to sherry i wszystkie krasnoludzie damy je piją. Lubią nie musieć żłopać.
— Trzeba za to płacić? — zapytała nerwowo Glenda.
— Nie, to za darmo — uspokoiła ją dziewczyna. Wskazała stojącą przy drinkach miseczkę małych czarnych kawałków, każdy na koktajlowym patyczku. — Proszę, spróbujcie też szczurzego owocu — zaproponowała bez wielkiej nadziei.
Zanim Glenda zdążyła przyjaciółkę powstrzymać, Juliet poczęstowała się i zaczęła entuzjastycznie przeżuwać.
— Która część szczura jest jego owocem? — spytała Glenda.
Dziewczyna z tacą unikała jej wzroku.
— No… Wiesz, co to zapiekanka pasterska?
— Znam dwanaście różnych przepisów — oświadczyła Glenda w chwili rzadkiej u siebie dumy. Zresztą było to kłamstwo. Prawdopodobnie znała około czterech przepisów, bo ileż różnych rzeczy można zrobić z mięsem i ziemniakami, ale ten wspaniały, metaliczny, migotliwy lokal zaczynał jej działać na nerwy i chciała trochę poprawić sobie nastrój. I wtedy zrozumiała. — Och, chodzi ci o tradycyjną zapiekankę pasterską, robioną z…
— Obawiam się, że tak — przyznała dziewczyna. — Ale są bardzo popularne u pań.
— Nie bierz tego więcej, Jula — rzuciła szybko Glenda.
— Ale to całkiem niezłe — odparła Juliet. — Mogę chociaż jednego?
— No dobrze, ale tylko jednego. To chyba nawet lepsze niż szczur.
Poczęstowała się sherry, a dziewczyna — balansując ostrożnie, gdy wykonywała trzy różne czynności dwoma różnymi rękami — wręczyła jej lśniącą broszurę.
Glenda przejrzała ją i zrozumiała, że pierwsze wrażenie jej nie zmyliło. Ten sklep był tak drogi, że nie zdradzali ceny żadnego towaru. Można być pewnym, że będzie drogo, kiedy ukrywają ceny. Nie warto nawet czytać, wyrwą człowiekowi pensję przez oczy. Darmowe drinki? Akurat.
Nie mając nic innego do roboty, zaczęła się przyglądać pozostałym gościom. Każdy tutaj — z wyjątkiem całkiem sporej, a wciąż rosnącej grupy ludzi — miał brodę. Wszystkie krasnoludy noszą brody. To element bycia krasnoludem. Tutaj jednak brody były delikatniejsze, niż zwykle widywało się w mieście, dało się również zauważyć ślady eksperymentów z trwałą ondulacją i kucykami. Owszem, pojawiały się górnicze kilofy, ale w kosztownie zdobionych sakwach, jakby właściciel mógł po drodze do sklepu trafić na tak zachęcającą żyłę węglową, że nie zdołałby się powstrzymać.
Tymi przemyśleniami podzieliła się z Juliet, która wskazała stopy kolejnej klientki, bogato wyposażonej w obcasy.
— Co ty! I popsuć sobie takie rewelacyjne buty? To rozłuhełmy, na pewno! Czterysta dolców za parę i jeszcze pół roku trzeba czekać!
Glenda nie widziała twarzy właścicielki rozłuhełmów, ale dostrzegła zmianę w mowie jej ciała, sugestię napuszenia, nawet od tyłu. No cóż, pomyślała, jeśli ktoś wydaje na buty cały roczny dochód pracującej rodziny, pewnie byłoby mu miło, gdyby ktokolwiek zauważył.