Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]
Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]

Электронная книга - «Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]». Краткое содержание книги:

Kolejna książka o Świecie Dysku. Magowie z tajnego uniwersytetu w Ankh-Morpork słyną z mądrości, talentów magicznych i zamiłowania do popołudniowej herbatki. Z całą pewnością jednak nie ceni się ich jako sportowców. Lord Vetinari, lokalny tyran, sugeruje rektorowi, że uniwersytet powinien przywrócić popularną niegdyś tradycję footballową i skomponować drużynę składającą się z kadry akademickiej i studentów. Profesorowie mają twardy orzech do zgryzienia. Muszą ustalić, dlaczego ich rodacy — niezależnie od wieku i statusu społecznego — przepadają za footballem. Muszą nauczyć się w niego grać. A następnie muszą wygrać mecz, nie korzystając z magii…
1 ... 31 32 33 34 35 36 37 38 39 ... 106
Перейти на страницу:

Najwyraźniej nie wiedzieli, więc zaczęła tłumaczyć:

— Nienawidzą się nawzajem. Zawsze się nienawidzili i zawsze będą. To niedobre zestawienia. Ludzie źle na to patrzą. Nie wiem, co by powiedzieli moi sąsiedzi, gdyby zobaczyli, że kibicuję Ćmokom.

— Przecież to straszne! — zawołał kierownik studiów nieokreślonych.

— Przepraszam, panienko — wtrącił Myślak. — Większość tych par pochodzi z bliskich okolic, więc dlaczego tak bardzo się nie lubią?

— To akurat jest proste — zapewnił doktor Hix. — Trudno nienawidzić kogoś na daleki dystans. Ale na kurzajki u sąsiada człowiek musi patrzeć codziennie.

— Takiego właśnie cynicznego komentarza należało się spodziewać od komunikatora post mortem — burknął kierownik studiów nieokreślonych.

— Albo realistycznego. — Ridcully uśmiechnął się promiennie. — Ale Siostry Dolly i Przyćmiona leżą dość daleko od siebie, panienko.

Glenda wzruszyła ramionami.

— Tak, lecz zawsze tak było i tak jest. Tyle wiem.

— No cóż, bardzo dziękujemy, panno…?

Nie dało się nie dostrzec zawieszonego w powietrzu znaku zapytania.

— Glenda — przedstawiła się.

— Widzę, że wielu spraw jeszcze nie rozumiemy.

— Tak, proszę pana. Wszystkich.

Nie chciała mówić tego głośno. Słowa wyrwały się całkiem samodzielnie.

Wśród magów nastąpiło niewielkie zamieszanie. Byli skonsternowani, ponieważ zdarzyło się coś, co tak naprawdę nie mogło się zdarzyć. Równie dobrze wózek z herbatą mógłby zarżeć.

Ridcully uderzył dłonią w stół, zanim pozostali zdążyli przywołać jakieś słowa.

— Dobrze powiedziane, panienko — stwierdził, gdy Glenda czekała, aż podłoga się rozstąpi i ją pochłonie. — I jestem przekonany, że ta uwaga płynęła prosto z serca, podejrzewam bowiem, że nie mogła pochodzić z głowy.

— Przepraszam, proszę pana, ale dżentelmen spytał o moją opinię.

— A ta z kolei wyszła z głowy. Brawo. Proszę więc dać nam możliwość skorzystania z pani przemyśleń, panno Glendo.

Wciąż jakby w szoku, Glenda spojrzała nadrektorowi prosto w oczy i zrozumiała, że nie jest to pora, by zachowywać się mniej niż zuchwale. Ale to też wyprowadzało ją z równowagi.

— Ale o co tu chodzi, proszę pana? Jeśli chcecie grać, to zwyczajnie idźcie i grajcie. Dlaczego cokolwiek zmieniać?

— Gra w kopanie piłki nie nadąża za naszymi czasami, panno Glendo.

— No ale panowie też… Przepraszam, bardzo przepraszam, ale sami panowie wiedzą. Magowie zawsze są magami. Niewiele się tutaj zmienia, prawda? Potem opowiadają panowie o jakimś mistrzu muzyki, który ma wymyślić nową pieśń, a to nie tak się odbywa. Ścisk tworzy swoje pieśni. Same powstają. Tak jakby brały się z powietrza. A zapiekanki są okropne, to prawda, ale kiedy człowiek stoi w Ścisku, pogoda jest ohydna, deszcz wlewa się pod płaszcz i buty przemakają, a potem wgryza się w swoją zapiekankę i wie, że wszyscy wgryzają się w swoje, a tłuszcz spływa mu do rękawa, naprawdę, proszę pana, nie ma na to słów. Naprawdę mi ich brakuje, proszę pana. To uczucie, jakiego nie potrafię opisać, ale trochę przypomina bycie dzieckiem na Strzeżenie Wiedźm. I nie można go kupić, wie pan, nie można zanotować, zorganizować, wypolerować ani oswoić. Przepraszam, że mówię tak zuchwale, proszę panów, ale na tym to wszystko polega. Na pewno panowie o tym wiedzieli. Czy ojcowie nigdy nie zabierali was na mecze?

Ridcully spojrzał na siedzących przy stole wykładowców i dostrzegł pewne zamglenie oczu. Magowie należeli w większości do tej generacji, z której tworzy się dziadków. Byli też w większości wielcy, ociekający cyniczną drażliwością i obrośnięci pąklami lat, ale… Zapach tanich płaszczy w deszczu, zawsze mającym odcień i posmak sadzy, i ojciec, a może dziadek sadzający człowieka na ramionach, i siedzenie tam ponad wszystkimi tanimi kapeluszami i szalikami… Człowiek czuł wtedy ciepło Ścisku, obserwował jego falowania, wyczuwał puls, a potem oczywiście do góry wędrowała zapiekanka, czy może pół zapiekanki, jeśli czasy były ciężkie, a jeśli naprawdę złe, to garść polanego tłuszczem grochu, którego ziarenka należało zjadać po jednym, żeby wystarczyły na dłużej… A kiedy czasy były dobre, mógł się trafić prawdziwy smakołyk, na przykład hot dog, którym nie trzeba się dzielić, albo talerz potrawki z żółtym tłuszczem krzepnącym na wierzchu i bryłkami chrząstki, którą dało się żuć przez całą drogę do domu — mięso, jakiego dziś człowiek nie dałby psu, ale w deszczu, pośród krzyków, w sercu Ścisku wydawało się lotosem jadanym przez bogów.

Nadrektor zamrugał. Zdawało się, że to było wczoraj, jeśli nie liczyć tych siedemdziesięciu lat, które przeminęły nie wiadomo kiedy…

— Ehm… Bardzo obrazowe wyjaśnienie — stwierdził i wziął się w garść. — Inteligentne uwagi i rozsądnie zaprezentowane. Ale widzi pani, ciąży na nas odpowiedzialność. W końcu zanim zbudowano mój uniwersytet, miasto było ledwie garstką wiosek. Niepokoją nas te wczorajsze uliczne starcia. Dotarła do nas pogłoska, że ktoś zginął, gdyż kibicował niewłaściwej drużynie. Nie możemy stać z boku i pozwalać na takie wypadki.

— W takim razie pewnie zamkniecie panowie Gildię Skrytobójców, tak?

Syknięcia zabrzmiały ze wszystkich ust, nie wyłączając jej własnych. Jedyna racjonalna myśl, która nie uciekła z głowy, brzmiała: Ciekawe, czy wciąż mają wolną posadę w Gildii Błaznów… Nie płacą wiele, ale potrafią docenić fachowca, choć będzie trzeba z zapiekanek przerzucić się na torty…

Kiedy ośmieliła się spojrzeć, nadrektor patrzył w sufit i bębnił palcami po stole. Powinnam bardziej uważać, jęczała Glenda do własnego ucha. Nie próbuj pogawędek z dżentelmenami. Zapominasz, kim naprawdę jesteś, ale oni nie.

Bębnienie ucichło.

— Słuszna uwaga. Rozsądne słowa — oświadczył Ridcully. — I swoje argumenty zaprezentuję w taki oto sposób.

Pstryknął palcami. Z cichym puknięciem, wśród zapachu agrestu, w powietrzu nad blatem pojawiła się czerwona kulka.

— Po pierwsze: skrytobójcy, choć niosą śmierć, nie działają przypadkowo i są zagrożeniem przede wszystkim dla siebie nawzajem. Skrytobójstwa muszą się obawiać głównie ci, którzy są dostatecznie potężni, by mogli sobie pozwolić na ochronę.

Pojawiła się następna kulka.

— Po drugie: jest dla nich niemal religijnym dogmatem, że nie wolno niszczyć własności. Są nieodmiennie uprzejmi, rozważni i przysłowiowo bezgłośni. Pewnie by nie mogli sobie nawet wyobrazić inhumowania celu na publicznej ulicy.

Zajaśniała trzecia kulka.

— Po trzecie: są zorganizowani, a więc podatni na wpływy obywatelskie. Lord Vetinari jest bardzo czuły na tym punkcie.

I jeszcze jedna kulka wykwitła ze stukiem.

— I po czwarte: sam lord Vetinari jest wyszkolonym skrytobójcą i uzyskał dyplom ze skradania i trucizn. Nie jestem pewien, czy zgodziłby się z pani opinią. Jest również tyranem, nawet jeśli rozwinął tyranię do takiego punktu metafizycznej doskonałości, że stała się raczej wyobrażeniem niż siłą. Widzi pani, panno Glendo, on nie musi pani słuchać. Nawet mnie nie musi słuchać. On słucha miasta. Nie wiem, jak to robi, ale robi. I gra na nim jak na skrzypcach… — Ridcully urwał na moment, po czym podjął: — … albo w najbardziej skomplikowaną grę, jaką można sobie wyobrazić. Miasto działa, może nie idealnie, ale lepiej niż kiedykolwiek. I myślę, że przyszedł czas, by zmieniła się także piłka. — Uśmiechnął się, widząc jej minę. — A jaką pracę pani wykonuje, młoda damo? Bo marnuje się pani w niej.

1 ... 31 32 33 34 35 36 37 38 39 ... 106
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)