Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
Pan Lodowego Ogrodu. Tom II - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom II

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
1 ... 31 32 33 34 35 36 37 38 39 ... 116
Перейти на страницу:

Kobieta z głową nakrytą chustą, drżąc od wstrzymywanych łez, rozsupłała zawiniątko, z którego wyjęła dwa małe, srebrne kolczyki z oczkami z kryształu. Dowódca obejrzał je pogardliwie, po czym wrzucił do koszyka i głową wskazał im przejście pomiędzy wozami.

Zanim wszyscy na nasz widok uklękli na piachu, za wozy zdążył przejść jeszcze samotny wędrowiec. Wysoki mężczyzna w zniszczonym płaszczu przeciwdeszczowym, z kijem na ramieniu, o twarzy zasłoniętej przez rondo podróżnego kapelusza. Nosił szatę Sindara, lecz z postawy i sposobu noszenia się przypominał mi Kirenena. Wrzucił do koszyka garść nowych, żelaznych gwoździ i poszedł na spotkanie ze staruchą.

Tym razem nie musieliśmy tłumaczyć się ani wykłócać. Wystarczyły nasza dwukółka, szaty i wlokący się za nami cień Wieży. Brus nawet nie zdążył sięgnąć po swój wiszący na szyi znak.

Wóz przetoczył się na drugą stronę mostu, dając nam drogę.

Ledwo jednak przejechaliśmy kilka kroków, rozległ się krzyk. Najpierw chropawy wrzask staruchy, a potem tupot i rwetes. Kiedy tylko usłyszałem jej skrzek, omal nie zemdlałem, przekonany, że chodzi o mnie.

W następnej chwili zobaczyłem ją, jak rzuca się ku wysokiemu mężczyźnie, chwytając go za ubranie, sięgając mu do twarzy węźlastymi palcami zakrzywionymi w szpony, o wielkich pożółkłych pazurach zawijających się niczym u ptaka. Podróżny wyrwał się i rzucił do ucieczki. Beznadziejnie, na drugą stronę rzeki, na spotkanie kolejnych dwóch wozów.

— Grzech! Ciemięzca! Ciemięzca! — wrzeszczała Wiedząca głosem, który brzmiał jak krzyk sójki.

Jeden z jeźdźców grupy pościgowej wskoczył na grzbiet konia, ale nie normalnie, tylko stając nogami na siodle, bez trudu, jakby wskoczył na stół. Jeszcze w powietrzu zdarł z pleców łuk, w drugiej dłoni trzymając już strzałę, zawinął nimi w powietrzu jakimś skomplikowanym ruchem i błyskawicznie, nie celując, strzelił z biodra, trzymając łuk płasko.

Biegnący runął na ziemię z pierzastym drzewcem sterczącym z karku, ale natychmiast podciągnął nogi i wstał chwiejnie, po czym uparcie ruszył na drugą stronę mostu, na kolejne dwa wozy.

Zaganiacz po tamtej stronie oparł nogę o burtę wozu i też strzelił, takim samym momentalnym ruchem, jakby bez namysłu. Mężczyzna zatrzymał się w pół kroku i zachwiał, na jego plecionym płaszczu pojawił się krwawy punkcik i błysk stali. Brzęknęła cięciwa żołnierza stojącego obok nas na siodle, za chwilę z krótkim bzyknięciem od wozów z tamtej strony śmignęła kolejna strzała. Mężczyzna jednak szedł nadal. Stanął na moment, po czym złamał sterczącą mu z piersi strzałę, sięgnął dłonią za plecy, chwycił pierzysko i wyciągnął drugą. I zaraz przeszyły go dwie kolejne. Stojący na siodle strzelec zachichotał.

Wyglądało, jakby łucznicy grali ze sobą o to, kto zdoła go wreszcie powalić. Mężczyzna jednak nadal szedł. Cały zalany krwią, naszpikowany sterczącymi we wszystkie strony drzewcami o purpurowych pierzyskach, dzierżąc w dłoni odłamany grot. Nie mogłem oderwać od niego wzroku i modliłem się w duchu, żeby doszedł do tamtego wozu. Żeby udało mu się choć tyle.

Jednak kilka kroków dalej podróżny dostał jeszcze dwa razy i nagle zwalił się na kamienie mostu. Usiłował się podźwignąć, ale zwiotczał w końcu, a ja zrozumiałem, że i tak wygrał. Nikt nie powlecze go do wieży, nikt nie rozpruje nagiego wśród dymów i zawodzeń kamiennym nożem, nikt nie nakarmi jego krwią starego posągu.

Starucha dyszała ciężko, świszczącym głosem, adeptka podtrzymywała jej ramię. Druga niosła stołek.

— Głupcy... — wyrzęziła baba. — Jego krew dla Matki... Zmarnowaliście jego krew...

A potem Wiedząca usłyszała turkot kół naszego wózka i podniosła głowę. Patrzyłem przed siebie, żeby nie spotkać jej ślepych oczu pokrytych złotym bielmem. Stara wyszarpnęła się adeptkom, macając przed sobą, zaczęła węszyć. Wyciągnęła szyję niczym pies, jej nozdrza poruszały się, jakby szukała tropu.

Łucznik z drugiej strony mostu podszedł do leżącego mężczyzny i trącił go lekko butem. Przyklęknął i dotknął trupa, po czym uniósł się w naszą stronę i przesunął wyprostowaną dłonią po swojej szyi.

Wiedziałem, co teraz będzie.

Brus siedział nadal jak kukła, stara znalazła już kierunek i ruszyła mi na spotkanie. „Dłoń, oko Matki..."

— Stać! — Rozległ się krzyk. Obejrzałem się.

Zobaczyłem archimatronę. Siedziała w lektyce, towarzyszyło jej czterech zbrojnych z tarczami świątyni i w zbrojach.

Poczułem, że w gardle rodzi mi się dziwaczny, histeryczny śmiech. Wypełniał mnie od środka powoli, jak woda, jeszcze chwila i będzie musiał się wylać. Co jeszcze? Czy nad tym mostem wisiała jakaś klątwa?

— Stać! — zawołano ponownie, mimo że wszyscy już stali.

— Ciemięzca! — zawyła Wiedząca. — Czuję zło! Egoizm! Chciwość! Czuję nienawiść! Czuję krew dla Matki!

— Dosyć! — Lektyka z archimatrona wędrowała nam na spotkanie, widziałem już twarze świątynnych strażników.

Postanowiłem, że skończę tak samo jak podróżnik, który przypominał mi Kirenena. Nie powloką mnie do stóp posągu. Nie dostaną mojego serca, krwi i kości. Nie nakarmię ich Matki. Skonam w biegu, w szaleńczym ataku na wozy po tamtej stronie. Zwolniłem trochę, żeby w razie czego zdążyć sięgnąć po miecz ukryty w podróżnej lasce leżącej na tyle wozu.

Archimatrona wrzasnęła nagle na niosących i kazała postawić lektykę na ziemi. Wszyscy wokół, wojsko i podróżni klęczeli już z czołami na ziemi. Kapłanka wyplątała się z muślinowych zasłon i ruszyła w naszym kierunku, powiewając czerwonym płaszczem, z twarzą niknącą w cieniu.

— Dosyć tego szaleństwa! — krzyknęła. — Nie możesz wstrzymywać posłańca! Masz dosyć ciemiężycieli!

— Zamilcz! Ja czuję! Jestem okiem Matki! Wiesz, że się nie mylę! On tam jest! Czuję jego smród! Nie ośmielaj się stawać mi na drodze. To ja znajduję! To ja wiem! To ja czuwam! Matka się nie myli!

— Jedźcie! — rzuciła archimatrona przez ramię prosto do nas. — Tylko szybko!

Potem znowu krzyknęła na staruchę:

— Przestań mówić „ja"! Wiesz, czym jest to słowo! Przestań przeklinać!

Ruszyliśmy więc, zostawiając je wrzeszczące na siebie jak pawie, pośród kornie klęczących ludzi.

Kopyta stukały o bruk, koła kręciły się z turkotem, w dole rzeka huczała wśród piany.

— On jest naznaczony! — Dobiegło mnie z tyłu. — To nosiciel losu!

To starucha krzyczała. Ale nie chodziło jej o Brusa, jak zapewne myślała kapłanka. To ja byłem naznaczony. Byłem nosicielem losu.

Cokolwiek to oznaczało.

Najpierw minęliśmy leżący na ziemi podróżny kapelusz, malowany jasną żywicą, potem ścieżkę drobnych plam krwi, a na jej końcu leżał mężczyzna. Miał białą, umazaną posoką twarz i nagle wydał mi się podobny do mojego ojca.

Odwróciłem wzrok.

Jeden z wozów został przepchnięty na bok, kopyta osłów znalazły się na trakcie, koła stoczyły się z mostu. Rzeka, miasto i wieża zostały za nami. Znowu byliśmy na szlaku i wędrowaliśmy na wschód.

Brus nadal rozpierał się na siedzeniach pod parasolem, nie zdejmując z twarzy maski, a ja wędrowałem obok z trzcinową tyczką i widokiem na zadki osłów.

Wciąż był kapłanem, ja adeptem. Pryszczatym Agyrenem, którego miałem już powyżej uszu. Gdybym mógł, zabiłbym go jeszcze raz.

Marzyłem o tym, żeby zedrzeć z siebie te szaty i znaleźć jakąś wodę, która obmyje mnie z kurzu, potu i strachu.

1 ... 31 32 33 34 35 36 37 38 39 ... 116
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)