Światy braci Strugackich - Czas uczniów
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич, Скаландис Ант
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Rebis
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światy braci Strugackich - Czas uczniów». Краткое содержание книги:
Wybór: Andriej Czertkow
Borys Strugacki — „O problemie materializacji światów”
Siergiej Łukjanienko — „Krzątanina w czasie”
Ant Skałandis — „Druga próba”
Leonid Kudriawcew — „I myśliwy…”
Nikołaj Romanieckij — „Obarczeni szczęściem”
Wiaczesław Rybakow — „Trudno stać się bogiem”
Andriej Łazarczuk — „Wszystko w porządku”
Michaił Uspienski — „Smocze mleko”
Wadim Kazakow — „Lot nad żabim gniazdem”
Andriej Czertkow — „Nie umówione spotkania”
— A nie wydaje ci się, Boł, że w sensie społecznym to to samo?
— Owszem, ale wykładam panu ich punkt widzenia, żeby pan go zrozumiał.
— Ach, to tak.
— Tak, panie Baniew. Od siebie dodam tylko jedno. Chłopcy supermani, którzy sięgają dziś po władzę (podkreślam: sięgają, a nie rwą się do niej, jak wszyscy się rwali), nie tylko potrafią zabijać. Byli na wojnie i znają cenę śmierci. Właśnie dlatego po przejęciu władzy nie zaczną od przygotowania list egzekucji, jak to czynili we wszystkich czasach różni filozofo-wie-poligloci w typie Lenina i ludowi poeci-humaniści w typie Nura Mohammada Tarakiego.
— Jesteś pewien, że nie zaczną? — zapytał Wiktor.
— Niczego nie jestem pewien! — rozzłościł się Boł-Kunac i zaczął gniewnie tłuc fajką o popielniczkę. — Po prostu jestem niepoprawnym optymistą.
Rozkaszlał się przy słowie „optymistą”. Wiktor podniósł się.
— Na mnie czas. Wpadnę jeszcze tutaj. Odbyliśmy bardzo pożyteczną rozmowę. Dziękuję za piwo.
Odprowadzając go do drzwi, Irma powiedziała:
— Ojcze, słyszałam, że proponują ci wystąpienie w telewizji. Byłoby znakomicie, gdybyś się zgodził. Możesz powiedzieć coś bardzo ważnego. Jestem przekonana.
Wiktor uśmiechnął się. Był mile połechtany. — 1 ty też! — powiedział tylko.
Na środku zupełnie pustej ulicy spojrzał na zegarek i gwizdnął. Niezły poranek! Była już piąta po południu. Sjesta się kończyła. Przed spotkaniem w merostwie mógł co najwyżej zjeść obiad i wysączyć szklaneczkę mentolówki u Teddy’ego.
8
U Teddyego było zupełnie pusto. Nawet Kwadryga jeszcze nie przyszedł. Tylko przy narożnym stoliku jak zawsze jedli obiad młody w mocnych okularach i jego wysoki towarzysz, a w innym rogu szeptała do siebie jakaś para. Teddy stał za kontuarem i w zamyśleniu przecierał szklanki.
— Cześć — powiedział Wiktor. — Daj mi mentolówki, proszę.
— Znowu nie zdrzemnął się pan podczas sjesty — powiedział Teddy z wyrzutem.
— Nie jestem przyzwyczajony. A poza tym nie wydaje ci się, że trochę strach kłaść się spać? Lepiej cały czas czuwać.
Teddy oszacował ogromny siniak pod lewym okiem Wiktora, podpuchnięty na dodatek i z żółtą otoczką, i zgodził się z nim:
— Może i ma pan rację, panie Baniew. Słyszał pan, że mer podał się do dymisji?
— Nie. A czy to ważne?
— Samo w sobie pewnie nie. A o godzinie policyjnej pan słyszał?
— Już wprowadzili? — zdziwił się Wiktor.
— Oczywiście, i to od dwudziestej drugiej zero zero. Chyba znowu mamy rewolucję.
— To nie rewolucja, Teddy. Rewolucje były wcześniej. Teraz to się nazywa pucz.
— Ech — machnął ręką Teddy — co to za różnica! Znowu powybijają szyby, odłącza prąd, naniosą błota i wypiją mi wszystko, nie zapłaciwszy ani grosza. Za każdym razem jest to samo. Ma tego dość. — Westchnął.
— Teraz będzie inaczej — oświadczył Wiktor.
— Myśli pan? Czy coś pan wie? — zainteresował się Teddy.
— Tylko przypuszczam — odpowiedział Wiktor. — Co ja mogę wiedzieć? Doktor Golem wie wszystko.
— A gdzie on jest, a propos? Już drugi dzień go nie widzę.
— Pewnie ma jakieś sprawy.
— Rewolucyjne troski? — zakpił Teddy.
— Puczystowskie, przyjacielu drogi, puczystowskie — poprawił go Wiktor i w końcu wychylił kieliszek, rozkoszując się ogarniającym całą krtań mentolowym chłodem.
Kątem oka zobaczył, że dwaj z kontrwywiadu, czy kim tam oni byli, wstali i poszli do wyjścia. Plan zrodził się w ułamku sekundy, Wiktor rzucił:
— Dziękuję, Teddy. Na mnie już czas. Wpadnę wieczorem. Dogonił tych dwóch już niemal na ulicy, w klatce między jednymi i drugimi szklanymi drzwiami. Tu na okrągło przez dość głośny klimatyzator pompowane było zimne powietrze. Bywalcy nazywali ten zakątek „akwarium”, a mając na uwadze krótką konspiracyjną rozmowę, jaką wymyślił sobie Wiktor, miejsce było idealne. Jeśli nie zechcą rozmawiać, to od razu sobie pójdzie, a ewentualny postronny obserwator będzie myślał, że Wiktor po prostu powiedział: „Przepraszam, czy mógłbym przejść?” albo coś w tym rodzaju.
— Panowie — rzekł wyraźnie i wystarczająco głośno. — Mam pewną sprawę.
Tykowaty profesjonalnie obmacał Wiktora spojrzeniem od głowy do stóp i nawet nie dotykając go palcem, ocenił: bezbronny.
— Proszę pójść do samochodu — powiedział. — Czarny chevrolet za rogiem na prawo. Kierowcy proszę powiedzieć: „Wariant B-15”.
Wyszli z lokalu pierwsi. Tykowaty spokojnie zapalił, kręcąc głową jakby w poszukiwaniu taksówki, a młody człowiek stał obok ze swoją teczką w obu rękach i pochmurnie patrzył na stopy.
Wywietrznik od strony kierowcy w czarnym chevrolecie był otwarty, łysy byczek właściwie zareagował na hasło i gdy tylko Wiktor usiadł na tylnym siedzeniu, samochód ruszył. Wszystko to przypominało scenę z kiepskiej powieści szpiegowskiej, jakiej sam Wiktor w życiu nie napisał, a nawet i nie przeczytał. Sytuacja przypominała mu także jakiś epizod z życiorysu, ale nie o tym należało teraz myśleć, nie o tym…
Chevrolet skręcał dwa czy trzy razy i w końcu podjechał do miejsca spotkania. Tykowaty zajął miejsce obok Wiktora, a jego towarzysz usiadł bokiem na przednim fotelu. Kierowca bez żadnych poleceń wysiadł i poszedł na spacer.
— No i? — zapytał młody człowiek.
— Wiem skądinąd, że pan Dumbel nie jest zwykłym inspektorem do spraw narodowościowych.
— Wiemy o tym — spokojnie zareplikował tykowaty. — Sytuacja jest pod kontrolą.
— Ale pan Dumbel chciał zabić Beduina i tylko moja interwencja uratowała tamtemu życie.
— Kiedy to było? — zainteresował się tykowaty. — Wczoraj, około siódmej.
— Godne pochwały — rzekł młody człowiek z jakąś niezrozumiałą intonacją.
— Proszę powiedzieć, czy Anton Dumbel zamierzał zabić Beduina z broni palnej?
— Tak — potwierdził Wiktor, próbując zrozumieć, jakie to może mieć znaczenie.
— Boże! — nie wytrzymał młody człowiek. — Dlaczego oni wszyscy są tacy tępi?
— Poza tym — Wiktor postanowił kontynuować, choć sam nie wiedział po co — za Beduinem pędziło jeszcze dwóch ludzi w maskach…
— I w dresach — uzupełnił tykowaty.
— Toteż wiecie — bąknął rozczarowany Wiktor.
— Pracuje się. — Tykowaty rozłożył ręce w usprawiedliwiającym geście. — A pan właściwie czego od nas oczekuje?
— Ochrony — uczciwie przyznał się Wiktor. — Dumbel mi groził.
— Proszę się nie obawiać — uspokoił go po ojcowsku tykowaty. — Dumbel wszystkim grozi. To zwykły pyskacz.
— Nie zwykły. — Wiktor uśmiechnął się smutnie i pomachał lewą dłonią przed twarzą.
— Ach, to on tak pana urządził! Współczuję — powiedział tykowaty.
Wiktor poczuł się strasznie, już tylko czekał, żeby wyskoczyć z tego samochodu. Zapytał z nadzieją: — To ja już pójdę?