Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Światy braci Strugackich - Czas uczniów
Światy braci Strugackich - Czas uczniów - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Światy braci Strugackich - Czas uczniów

Электронная книга - «Światy braci Strugackich - Czas uczniów». Краткое содержание книги:

Antologia opowiadań rosyjskich
Wybór: Andriej Czertkow
Borys Strugacki — „O problemie materializacji światów”
Siergiej Łukjanienko — „Krzątanina w czasie”
Ant Skałandis — „Druga próba”
Leonid Kudriawcew — „I myśliwy…”
Nikołaj Romanieckij — „Obarczeni szczęściem”
Wiaczesław Rybakow — „Trudno stać się bogiem”
Andriej Łazarczuk — „Wszystko w porządku”
Michaił Uspienski — „Smocze mleko”
Wadim Kazakow — „Lot nad żabim gniazdem”
Andriej Czertkow — „Nie umówione spotkania”
1 ... 32 33 34 35 36 37 38 39 40 ... 137
Перейти на страницу:

— A nie wydaje ci się, Boł, że w sensie społecznym to to samo?

— Owszem, ale wykładam panu ich punkt widzenia, żeby pan go zrozumiał.

— Ach, to tak.

— Tak, panie Baniew. Od siebie dodam tylko jedno. Chłopcy supermani, którzy sięgają dziś po władzę (podkreślam: sięgają, a nie rwą się do niej, jak wszyscy się rwali), nie tylko potrafią zabijać. Byli na wojnie i znają cenę śmierci. Właśnie dlatego po przejęciu władzy nie zaczną od przygotowania list egzekucji, jak to czynili we wszystkich czasach różni filozofo-wie-poligloci w typie Lenina i ludowi poeci-humaniści w typie Nura Mohammada Tarakiego.

— Jesteś pewien, że nie zaczną? — zapytał Wiktor.

— Niczego nie jestem pewien! — rozzłościł się Boł-Kunac i zaczął gniewnie tłuc fajką o popielniczkę. — Po prostu jestem niepoprawnym optymistą.

Rozkaszlał się przy słowie „optymistą”. Wiktor podniósł się.

— Na mnie czas. Wpadnę jeszcze tutaj. Odbyliśmy bardzo pożyteczną rozmowę. Dziękuję za piwo.

Odprowadzając go do drzwi, Irma powiedziała:

— Ojcze, słyszałam, że proponują ci wystąpienie w telewizji. Byłoby znakomicie, gdybyś się zgodził. Możesz powiedzieć coś bardzo ważnego. Jestem przekonana.

Wiktor uśmiechnął się. Był mile połechtany. — 1 ty też! — powiedział tylko.

Na środku zupełnie pustej ulicy spojrzał na zegarek i gwizdnął. Niezły poranek! Była już piąta po południu. Sjesta się kończyła. Przed spotkaniem w merostwie mógł co najwyżej zjeść obiad i wysączyć szklaneczkę mentolówki u Teddy’ego.

8

U Teddyego było zupełnie pusto. Nawet Kwadryga jeszcze nie przyszedł. Tylko przy narożnym stoliku jak zawsze jedli obiad młody w mocnych okularach i jego wysoki towarzysz, a w innym rogu szeptała do siebie jakaś para. Teddy stał za kontuarem i w zamyśleniu przecierał szklanki.

— Cześć — powiedział Wiktor. — Daj mi mentolówki, proszę.

— Znowu nie zdrzemnął się pan podczas sjesty — powiedział Teddy z wyrzutem.

— Nie jestem przyzwyczajony. A poza tym nie wydaje ci się, że trochę strach kłaść się spać? Lepiej cały czas czuwać.

Teddy oszacował ogromny siniak pod lewym okiem Wiktora, podpuchnięty na dodatek i z żółtą otoczką, i zgodził się z nim:

— Może i ma pan rację, panie Baniew. Słyszał pan, że mer podał się do dymisji?

— Nie. A czy to ważne?

— Samo w sobie pewnie nie. A o godzinie policyjnej pan słyszał?

— Już wprowadzili? — zdziwił się Wiktor.

— Oczywiście, i to od dwudziestej drugiej zero zero. Chyba znowu mamy rewolucję.

— To nie rewolucja, Teddy. Rewolucje były wcześniej. Teraz to się nazywa pucz.

— Ech — machnął ręką Teddy — co to za różnica! Znowu powybijają szyby, odłącza prąd, naniosą błota i wypiją mi wszystko, nie zapłaciwszy ani grosza. Za każdym razem jest to samo. Ma tego dość. — Westchnął.

— Teraz będzie inaczej — oświadczył Wiktor.

— Myśli pan? Czy coś pan wie? — zainteresował się Teddy.

— Tylko przypuszczam — odpowiedział Wiktor. — Co ja mogę wiedzieć? Doktor Golem wie wszystko.

— A gdzie on jest, a propos? Już drugi dzień go nie widzę.

— Pewnie ma jakieś sprawy.

— Rewolucyjne troski? — zakpił Teddy.

— Puczystowskie, przyjacielu drogi, puczystowskie — poprawił go Wiktor i w końcu wychylił kieliszek, rozkoszując się ogarniającym całą krtań mentolowym chłodem.

Kątem oka zobaczył, że dwaj z kontrwywiadu, czy kim tam oni byli, wstali i poszli do wyjścia. Plan zrodził się w ułamku sekundy, Wiktor rzucił:

— Dziękuję, Teddy. Na mnie już czas. Wpadnę wieczorem. Dogonił tych dwóch już niemal na ulicy, w klatce między jednymi i drugimi szklanymi drzwiami. Tu na okrągło przez dość głośny klimatyzator pompowane było zimne powietrze. Bywalcy nazywali ten zakątek „akwarium”, a mając na uwadze krótką konspiracyjną rozmowę, jaką wymyślił sobie Wiktor, miejsce było idealne. Jeśli nie zechcą rozmawiać, to od razu sobie pójdzie, a ewentualny postronny obserwator będzie myślał, że Wiktor po prostu powiedział: „Przepraszam, czy mógłbym przejść?” albo coś w tym rodzaju.

— Panowie — rzekł wyraźnie i wystarczająco głośno. — Mam pewną sprawę.

Tykowaty profesjonalnie obmacał Wiktora spojrzeniem od głowy do stóp i nawet nie dotykając go palcem, ocenił: bezbronny.

— Proszę pójść do samochodu — powiedział. — Czarny chevrolet za rogiem na prawo. Kierowcy proszę powiedzieć: „Wariant B-15”.

Wyszli z lokalu pierwsi. Tykowaty spokojnie zapalił, kręcąc głową jakby w poszukiwaniu taksówki, a młody człowiek stał obok ze swoją teczką w obu rękach i pochmurnie patrzył na stopy.

Wywietrznik od strony kierowcy w czarnym chevrolecie był otwarty, łysy byczek właściwie zareagował na hasło i gdy tylko Wiktor usiadł na tylnym siedzeniu, samochód ruszył. Wszystko to przypominało scenę z kiepskiej powieści szpiegowskiej, jakiej sam Wiktor w życiu nie napisał, a nawet i nie przeczytał. Sytuacja przypominała mu także jakiś epizod z życiorysu, ale nie o tym należało teraz myśleć, nie o tym…

Chevrolet skręcał dwa czy trzy razy i w końcu podjechał do miejsca spotkania. Tykowaty zajął miejsce obok Wiktora, a jego towarzysz usiadł bokiem na przednim fotelu. Kierowca bez żadnych poleceń wysiadł i poszedł na spacer.

— No i? — zapytał młody człowiek.

— Wiem skądinąd, że pan Dumbel nie jest zwykłym inspektorem do spraw narodowościowych.

— Wiemy o tym — spokojnie zareplikował tykowaty. — Sytuacja jest pod kontrolą.

— Ale pan Dumbel chciał zabić Beduina i tylko moja interwencja uratowała tamtemu życie.

— Kiedy to było? — zainteresował się tykowaty. — Wczoraj, około siódmej.

— Godne pochwały — rzekł młody człowiek z jakąś niezrozumiałą intonacją.

— Proszę powiedzieć, czy Anton Dumbel zamierzał zabić Beduina z broni palnej?

— Tak — potwierdził Wiktor, próbując zrozumieć, jakie to może mieć znaczenie.

— Boże! — nie wytrzymał młody człowiek. — Dlaczego oni wszyscy są tacy tępi?

— Poza tym — Wiktor postanowił kontynuować, choć sam nie wiedział po co — za Beduinem pędziło jeszcze dwóch ludzi w maskach…

— I w dresach — uzupełnił tykowaty.

— Toteż wiecie — bąknął rozczarowany Wiktor.

— Pracuje się. — Tykowaty rozłożył ręce w usprawiedliwiającym geście. — A pan właściwie czego od nas oczekuje?

— Ochrony — uczciwie przyznał się Wiktor. — Dumbel mi groził.

— Proszę się nie obawiać — uspokoił go po ojcowsku tykowaty. — Dumbel wszystkim grozi. To zwykły pyskacz.

— Nie zwykły. — Wiktor uśmiechnął się smutnie i pomachał lewą dłonią przed twarzą.

— Ach, to on tak pana urządził! Współczuję — powiedział tykowaty.

Wiktor poczuł się strasznie, już tylko czekał, żeby wyskoczyć z tego samochodu. Zapytał z nadzieją: — To ja już pójdę?

1 ... 32 33 34 35 36 37 38 39 40 ... 137
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)