Arivald z Wybrzeża
- Автор: Пекара Яцек
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Arivald z Wybrzeża». Краткое содержание книги:
Lo zniknął z tacą w dłoniach, a Varrad uśmiechnął się smutno.
– Coś się kończy, coś się zaczyna. Zachowaliśmy się chyba jak przyzwoici ludzie.
– Z całą pewnością – rzekł Arivald, chociaż też było mu bardzo smutno. – Z całą pewnością, przyjacielu.
W milczeniu czekali na przybycie czarodziejek, lecz pierwszy pojawił się Velvelvanel, jak zwykle marudzący i zgryźliwy. Twierdził, że czas się zabrać do pracy, bo dość już tego leniuchowania i dość wysługiwania się biednym, starym Velvelvanelem, i czas już, by inni też coś wreszcie zrobili.
Po jakiejś półgodzinie do komnaty weszły czarodziejki. Były pięknie ubrane, ale nie w suknie głęboko wydekoltowane, lecz skromnie zapięte pod samą szyją.
– Mamy gości – klasnęła w dłonie Solyenna – jak miło!
– Ach, śliczna moja! – Galladrin ruszył w jej stronę. – Stęskniłem się za tobą. Czy możemy przed śniadankiem udać się na drobną konsumpcję do twojego pokoju?
Solyenna poczerwieniała, co w połączeniu z jej złotymi włosami stanowiło niezapomniany widok.
– Nie wiem, kim jesteś, ale zapominasz się chyba, mój panie. Nie jesteś już tu mile widzianym gościem – oznajmiła lodowatym tonem.
– Nie żartuj sobie, koteczku! – Galladrin uśmiechnął się niepewnie. – Jesteś przecież moim małym kociątkiem, które uwielbia drapanie po futerku. Sama…
Galladrin nie zdążył dokończyć, kiedy otrzymał tak potężny magiczny cios w żołądek, że tylko nabrał głęboko powietrza, nim zataczając się odszedł w kąt pokoju. Oczywiście mag, doświadczony jak Galladrin, poradziłby sobie bez trudu z tak prostym czarem. Ale trzeba było się go spodziewać, a to była ostatnia rzecz, jakiej oczekiwał ze strony pięknej Solyenny.
– Wybacz mu, pani. – Arivald skłonił się głęboko. – Wasza uroda uderzyła mu do głowy niczym mocne, wyborne wino. Zaręczam, że to się już nie powtórzy.
Solyenna, nie do końca przekonana, skinęła głową. Arivald zauważył, że Ilyenna bacznie mu się przygląda, i serce zamarło w nim trochę z niepokoju, a trochę powodowane nadzieją. Czyżby pamiętała? – przemknęło mu przez myśl. Tymczasem Ilyenna zbliżyła się nieśmiało.
– Wybacz mi, ale nie mogę się powstrzymać, kiedy patrzę na ciebie. Przypominasz mi kogoś. Bardzo przypominasz – zacisnęła w piąstki drobne dłonie, a Arivald pomyślał, że zaciskała je w ten sam sposób, tylko w innych sytuacjach.
– Mam nadzieję, że kogoś sympatycznego?
– Och, tak – westchnęła – kogoś, z kim byłam bardzo blisko. Kogoś, kogo chyba – zawahała się – kochałam.
Arivald poczuł, jak rozpływa się pod jej uważnym i czułym spojrzeniem. Wiem! – zdecydował w myśli. Powiem jej wszystko i zabiorę ze sobą. Niech się dzieje, co chce! Do diabła z Jej Magicznością, prawami tego dziwnego świata i klątwami. Czarodzieje z Silmaniony znajdą na pewno sposób, by pomóc jej przeżyć, by nie zniknęła i nie rozpłynęła się pewnego dnia w powietrzu. Przecież nigdy nie było mi z nikim tak dobrze. Dlaczego ludzie muszą rezygnować z przyjaźni lub miłości, dlaczego muszą się unieszczęśliwiać nawzajem lub pozwalać, by unieszczęśliwiał ich świat?
– Ilyenno – zaczął – chciałbym…
– Już wiem! – przerwała mu, śmiejąc się i klaszcząc w dłonie. – Jesteś podobny do mojego ojca! Umarł, kiedy miałam dwa i pół roczku, ale bardzo za nim tęsknię.
Arivald głęboko wciągnął powietrze.
– Do ojca? – spytał głucho.
Przytuliła się do niego. Poczuł na swej piersi dotyk wspaniałego biustu i omal się nie rozpłakał. Objął Ilyennę i poklepał czule po plecach.
– No dobrze, dziecko – rzekł – już dobrze.
Varrad, mistrz żywiołów, przyglądał mu się ze współczuciem.
– Będziesz chyba potrzebował wakacji. Zobaczysz, że tych, które spędzimy w moim świecie, nie zapomnisz nigdy.
Z kąta pokoju podchodził do nich nie do końca jeszcze przytomny Galladrin.
– Co jest? – zapytał żałosnym tonem. – Przecież taka piękna przygoda nie może się w ten sposób skończyć! Solyenno!!!
I wtedy trzy czarodziejki po prostu zniknęły. Jak zdmuchnięty płomień świecy, choć sformułowanie to nie należy do najbardziej oryginalnych metafor. Jeszcze przed chwilą stały obok siebie, na tle złotego kobierca z haftowanymi lwami, a teraz już tylko same lwy patrzyły smutnymi ślepiami zrobionymi z brązowych nici.
– Co, u licha? – dziwił się Velvelvanel. – Gdzie one się podziały?
– A o kim mówisz? – zapytał ponurym głosem Varrad.
– Jak to o kim? – Stary czarodziej spojrzał na niego, jakby rozmawiał z chorym umysłowo. – O tych trzech dziewczętach z innego świata.
– Arivaldzie, widziałeś tu jakieś kobiety? Z innego świata?
– Oczywiście, że nie – wzruszył ramionami czarodziej. – Widzę tu tylko jedną mało przytomną Panienkę – dodał patrząc na Galladrina. – Cóż, chłopcy – rzekł po krótkiej chwili – posiedzieliśmy sobie w tym pięknym pałacu, napiliśmy się wina, poplotkowaliśmy, ale czas już do domu. Varradzie, mogę liczyć na twoją wizytę?
– Ależ oczywiście – powiedział mistrz żywiołów – a ja na twoją, prawda?
Galladrin popatrzył na nich i pokiwał głową.
– A więc to tak. Ta historia nie skończy się dobrze, prawda?
– Oczywiście, że skończy się dobrze, bo tam, gdzie jestem ja, tam musi mieć szczęśliwe zakończenie – powiedział Arivald. – Ty wrócisz do swojej pięknej i zakochanej żony, Velvelvanel znowu zagłębi się w księgach, a kiedy już ja i Varrad zwiedzimy swoje światy, udam się w wielką podróż do Nowego Świata, gdzie wybieram się od lat. Czy to nie jest szczęśliwe zakończenie?
– Tak… – Galladrin spojrzał w stronę haftowanych lwów, jakby myślał, że coś lub ktoś pojawi się między nim a kobiercem.
Arivald i wiedźmy
Pierwszą osobą, którą dostrzegł Arivald, była wiedźma. Właściwie nawet nim ją zobaczył, już przeczuł jej obecność. Zawirowanie Aury było ledwo widoczne, ale jednak istniało. Nieprzyjemne zawirowanie. Drwina z Aury i drwina z magii. Czarodziej nie dał niczego znać po sobie, ale był bardzo niezadowolony. Ktokolwiek wynajął wiedźmę, musiał się liczyć z konsekwencjami. A zaproszenie jej na naradę, w której miał uczestniczyć czarodziej, było czymś więcej niż tylko bardzo poważnym nietaktem. Arivald przyjrzał się wiedźmie uważnie. Zdawał sobie sprawę, że ona doskonale czuje ten taksujący i niechętny wzrok. Mimo że inni mogli sądzić, iż mag powoli, podpierając się laską (jakby było mu to na coś potrzebne!), zmierza w stronę wyznaczonego miejsca przy stole. Wiedźma była młodą i piękną kobietą, a o ile Arivald zdołał się zorientować, ani młodość, ani uroda nie zostały w tym wypadku przywołane zaklęciami. Siedziała po prawicy doży, sztywna, wyniosła i zimna. W bladozielonej sukni z wysokim kołnierzem i wysoko upiętymi włosami koloru starego złota. Mag przez chwilę zastanawiał się, czy książę Riherius i mistrz Eren vard Din wiedzą, że doża Vigarelli ma w swej świcie wiedźmę. Cóż, jeżeli nie wiedzieli, tym gorzej dla doży. Riherius otrzymałby wspaniały prezent – powód, aby zerwać rozmowy i znów rozpocząć głupią i bezsensowną wojnę. A stary Eren vard Din mógłby tylko rozłożyć ręce. Choć pewnie byłyby naciski, aby kazał przygotować stos.
Czarodziej, siadając i witając sąsiadów, myślał intensywnie nad tym, czy dożę stać na postępowanie tak głupie. Lub tak finezyjne. Czy Republika chciałaby też wojny z Zakonem? Bo spalenie na stosie członka delegacji Republiki mogło wywołać wojnę bez najmniejszych przeszkód. Ta, która się toczyła obecnie, rozpoczęła się z dużo bardziej błahego powodu. A mistrz vard Din wiedźmę spalić by musiał. Chyba że jej obecność była uzgodniona. Jeśli nie, to nawet list żelazny nic by nie pomógł. Wiedźmom nie daje się listów żelaznych. A jeżeli takowy mają, uważa się go za wyłudzony.