Arivald z Wybrzeża
- Автор: Пекара Яцек
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Arivald z Wybrzeża». Краткое содержание книги:
– Zaraz, zaraz – przerwał mu Arivald – czy to oznacza, że ty stworzyłeś to wszystko?
– Nie! – Lo roześmiał się dźwięcznie. – Ja nie mam takiej mocy. Moje zdolności nigdy nie pozwoliłyby mi na stworzenie czegoś tak… – szukał odpowiedniego słowa – skończonego. Ja tylko pragnąłem mieszkać w spokojnym świecie i nie być w nim nikim ważnym.
– Kim ty jesteś, u licha? – zapytał Galladrin. – Demonem? Jakiś błysk przebiegł po twarzy Lohanniego i zaraz zgasł.
– Może – odparł – może kiedyś i tak było. Dawno, dawno temu. Dawniej niż narodziły się góry w świecie Varrada, dawniej niż wykopano fundamenty pod pierwsze domy w waszej Silmanionie. Ja prawie nic nie pamiętam. Tylko strach, ciągły strach…
– Biedny Lo! – szepnęła Solyenna.
Arivald upił łyk wina. Poczuł, że chętnie zapaliłby fajkę napełnioną tytoniem, tym fantastycznym zielem pochodzącym z Nowego Świata, które tak oczyszczało umysł i uspokajało.
– Dajmy temu spokój – powiedział. – Powinniśmy po prostu wracać do domu. Miałeś rację – zwrócił się do Velvelvanela – nie rozwikłamy problemów tego świata. A ty chodź z nami – rzekł do Varrada. – Chciałbym pokazać ci Silmanionę, potem zabierzesz mnie do swego świata.
– Jeżeli jesteście obarczone klątwą – rzekł Velvelvanel do sióstr – to taka podróż może być dla was niebezpieczna. Czy wasza przełożona nie wspominała nic o tym, abyście nie starały się opuścić tego miejsca?
– Oczywiście, że wspominała – rzekła niecierpliwie Solyenna – ale obiecywała też, że kiedy kara minie, zostaniemy zabrane z powrotem.
– Być może, kara jeszcze nie minęła – zauważył Velvelvanel.
– Albo ta kobieta o nich zapomniała – dorzucił Galladrin. – A może po prostu umarła?
Galladrin podrapał się po brodzie.
– I tak źle, i tak niedobrze – powiedział. – Wszystko to jest bardzo skomplikowane i szczerze mówiąc, na razie nie wiem, jak zakończy się ta historia ani co my możemy zrobić.
– Cały urok tkwi w nieprzewidywalności świata – rzekł sentencjonalnie Arivald.
– Cały urok tkwi w tym, aby wszystko przewidywać – nie zgodził się z nim Velvelvanel.
– Wasze rozważania są cokolwiek bezprzedmiotowe – wtrącił Galladrin. – Zresztą przecież Tandrim Szelestliwy napisał tak o przewidywaniu… – tu Galladrin zapewne zacząłby cytować Tandrima, jak zwykle niedokładnie i naginając twierdzenia do z góry ustalonej tezy, gdyby mistrz żywiołów nie huknął pięścią w stół.
– Dosyć tego! – warknął. – Skoro wy nie wiecie, co robić, to ja wam powiem. Gdzie należy szukać rzeki? U jej źródeł, głupcy! Gdzie więc należy szukać rozwiązania naszych problemów? Tam gdzie powstały, a więc w świecie naszych dziewcząt!
Czarodzieje patrzyli na Yarrada dość nieprzytomnie.
– Na Boga, to prawda! – krzyknął Galladrin, nie zwracając nawet uwagi na to, że został nazwany głupcem, z czego w innym przypadku nie omieszkałby wyciągnąć konsekwencji.
– Równie genialne, jak proste – skwitował Arivald – ciekawe tylko, jak się tam dostaniemy?
– Dajcie mi jakiś przedmiot, który stamtąd pochodzi – rozkazał Varrad.
– Kazano nam wszystko zostawić – westchnęła Solyenna – ubrania, ozdoby, każdy drobiazg.
– Stara suka pomyślała o wszystkim – powiedział z domieszką podziwu w głosie Galladrin.
Arivald pomyślał, że przełożona szkoły mogłaby się wcale nie ucieszyć z miana starej suki, ale sprytna była niewątpliwie.
– Udało mi się jednak coś przemycić. – Ilyenna sięgnęła do swych bujnych rudych włosów i wyjęła z nich srebrną szpilkę.
Arivald ucałował ją w palce.
– Jakaś ty mądra – powiedział czule. – Pytanie tylko, czy uda nam się coś z tym fantem zrobić.
– Spróbujemy – rzekł Varrad pełen optymizmu – ale nie tutaj. I sami. Panowie, za mną.
Zamknęli się w jednej z komnat, choć Galladrin bardzo oponował przeciwko pozostawianiu czarodziejek, a zwłaszcza jasnowłosej Solyenny. Potem próbował zaproponować, że będzie im dotrzymywać towarzystwa, póki wszystko się nie skończy, ale został szybko przywołany do porządku.
Problem, który stał przed czarodziejami, nie był wcale prosty. Wręcz przeciwnie: wyzwanie było iście diabelskie i cała sprawa nie musiała zakończyć się sukcesem. Teoria mówiła wprawdzie, że każdy przedmiot pozostawia bardzo wyraźny ślad w Aurze, prowadzący do miejsca, w którym powstał, ale czy prawo to obowiązywało również pomiędzy różnymi światami? A jeśli nawet uda im się zlokalizować miejsce pochodzenia szpilki, to czy będą potrafili się tam przenieść? Pójście za śladem tak zwanego ektoplazmatycznego ogona często zawodziło w normalnych warunkach. Miały wpływ na to i zawirowania Aury, i obecność złośliwych mieszkańców pomiędzyświata, którzy często bawili się, mogąc szkodzić lub przeszkadzać czarodziejom. Czy te złe wpływy nie nasilą się, jeśli sprawa będzie się rozgrywać w tak ekstremalnych warunkach?
Zaklęcia lokalizacyjne wymagały ogromnej siły magicznej (zwłaszcza w tak skomplikowanym wypadku), złożonych zaklęć i nieodzownej pomocy różdżki. Wszyscy żałowali, że nie ma z nimi bibliotekarza Baalbosa, który specjalizował się w teorii lokalizacji. Opanował ją do takiego stopnia, że potrafił nie tylko określić (najczęściej trafnie) pochodzenie przedmiotu, ale również poprzez Aurę przekazać obraz miejsca, w którym przedmiot ten powstał. Galladrin poniewczasie żałował, że nie uważał na wykładach Baalbosa, zwłaszcza kiedy uznał, iż tego typu umiejętności nie będą miały szans przydać się w praktyce. Okazało się jednak, że w praktyce przydać się może wszystko. Galladrin w ogóle rzadko kiedy uważał na jakichkolwiek zajęciach i zdumiewające było to, że mimo wszystko był znakomitym czarodziejem. Arivald zawsze zastanawiał się, jak potężnym magiem mógłby być Panienka, gdyby nie wrodzone mu lenistwo, zamiłowanie do przygód i niechęć do ślęczenia nad księgami. Ale historia znała już takie przypadki. Jeden z najpotężniejszych czarodziei w Silmanionie, zmarły dawno temu Albertus, zwany Wychylto (od ulubionego powiedzenia), był powodem trosk oraz debat wielu poważnych magów, dopóki nie stworzył teorii względności magii, która dała początek nowemu pojmowaniu praw rządzących światem. Co prawda niektórzy do tej pory uważali, że cała ta teoria jest jedną wielką bujdą i najlepszym kawałem, który Albertus zrobił swym zarozumiałym kolegom.
Arivald, Varrad, Velvelvanel i Galladrin biedzili się nad tą nieszczęsną szpilką do włosów prawie tydzień, nim zaczęli osiągać jakiekolwiek wyniki. Spod ręki Velvelvanela wychodziły dziesiątki wzorów zaklęć, ale wszystko to cały czas nie spełniało oczekiwań. Arivald był zmęczony, Varrad wściekły, Galladrin myślał o Solyennie, jedynie Velvelvanel obrał sobie za punkt honoru rozwiązać tę cholerną zagadkę. I wreszcie po tygodniu mieli to, co próbowali osiągnąć. Na karcie pergaminu pysznił się długi i pomazany wzór przedstawiający prawdopodobne miejsce powstania szpilki. Teraz pozostawała sprawa równie trudna, a wszystkim bardziej niebezpieczna. Należało zastosować w praktyce ten wzór i posiłkując się zaklęciem, które przeniosło czarodziej z Silmaniony do pałacu, spróbować osiągnąć rodzinny świat wygnanych dziewcząt.
– Znajdziemy się w jakiejś jubilerskiej pracowni i zostaniemy uznani za sprytnych złodziejaszków – powiedział Galladrin.
– Zabawne byłoby, gdyby ta szpilka została zrobiona w drugim końcu świata – zauważył Velvelvanel.
– Widać mamy inne pojęcie o słowie „zabawne” – rzucił zgryźliwie Varrad – ale trzeba taką możliwość również dopuścić. Jak również i to, że zostaniemy uznani za intruzów, najeźdźców czy innego rodzaju osoby niepożądane.