Arivald z Wybrzeża
- Автор: Пекара Яцек
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Arivald z Wybrzeża». Краткое содержание книги:
– To prawda. – Arivald zauważył, że Velvelvane wyraźnie się stropił. – Może jednak postępowaliśmy zbyt pochopnie? Rozwiązanie tego problemu było dla mnie prawdziwą przyjemnością, ale zawsze uważałem się tylko za wybitnego teoretyka, praktykę, podróże i eskapady pozostawiając innym.
– Świat, który wygania tak piękne i miłe istoty, nie może być światem przyjaznym – stwierdził Galladrin – ale możemy tam się pojawić i zrobić porządek.
– Nie-in-ge-ren-cja! – prawie krzyknął Velvelvanel, unosząc palec. – Oto co jest naszym zadaniem.
– Idę spać – rzekł nagle Varrad – a wy się zastanówcie, co chcecie robić. Jestem już tak upiornie śpiący, że zaraz dostanę szału. A jak pomyślę, ile pracy czeka mnie jutro, to zaczynam być jeszcze bardziej zły.
– Racja – poparł go Arivald – jutro, z nowymi siłami, zastanowimy się, jak poradzić sobie z całym tym galimatiasem.
Galladrin wzruszył ramionami.
– Mam nadzieję, że śliczna Solyenna jeszcze nie śpi.
Jak się okazało, nie spała nie tylko ona, ale również obie jej siostry. Czekały wszystkie na czarodziei, siedząc w komnacie przy słodyczach i winie.
– Arivaldku! – krzyknęła Ilyenna. – Jak ja się za tobą stęskniłam!
– Varrad! – Kylyenna podbiegła i przytuliła się do mistrza żywiołów.
Tylko Solyenna stała z boku, nieco osamotniona, póki nie podszedł do niej Galladrin, będący uosobieniem czaru i galanterii.
Arivald zauważył, że Varrad tłumaczy coś bardzo niezadowolonej Kylyennie, i sam wiedział, że również rozczaruje jej piękną siostrę.
– Za pół godzinki, moja droga – rzekł i zobaczył, jak czarodziejka smutnieje.
– Wcale za mną nie tęsknisz – powiedziała z wyrzutem.
– Tylko godzina – zapewnił Arivald i pośpiesznie uciekł do swej komnaty.
Tam szybko przebrał się w swoje ubranie z Silmaniony i zatknął za pas różdżkę, którą przyniósł z Silmaniony przewidujący Velvelvanel. Potem cicho przeszedł pałacowymi korytarzami pod drzwi pokoju Varrada.
– Ha, spodziewałem się ciebie – rzekł mistrz żywiołów. – Wiedziałem, że tylko ty i ja jesteśmy mężczyznami w tym towarzystwie.
– To, co chciałeś zrobić, jest bardzo niebezpieczne – powiedział Arivald. – Pamiętaj, że nie dysponujesz całą swą mocą.
– A więc tym lepiej, że jesteś – stwierdził Varrad. – Bierzmy się do roboty.
Aby dostać się do świata, z którego wygnano trzy siostry, musieli dysponować trzema elementami: lokalizacją świata, zaklęciem przenoszącym oraz zaklęciem uaktywniającym przenoszenie. To pierwsze uzyskali dzięki szpilce do włosów, to drugie zostało rozpracowane zarówno przez Arivalda, jak i dwóch pozostałych czarodziei. Problemem mógł być trzeci element, ale i Arivald, i Varrad słusznie przewidywali, że uaktywnienie nie będzie potrzebne w tym świecie. On sam bowiem był katalizatorem tego właśnie procesu magicznego.
– Mam nadzieję, że będziemy w stanie tu wrócić – powiedział Arivald.
– Twoi przyjaciele chyba będą na tyle rozsądni, by w razie czego pomóc nas ściągnąć. Zaczynajmy!
Samo wypowiedzenie zaklęcia zajęło im w sumie prawie godzinę. Najpierw Arivald pomylił się w określaniu lokalizacji, co mogło skończyć się tym, że wylądowaliby zupełnie gdzieś indziej. Potem Varradowi zaschło w gardle, kiedy przyszła pora na właściwe zaklęcie, potem wreszcie kłócili się przez kilka minut o to, kto jest większym nieudacznikiem i kto powinien wrócić do szkoły, by się jeszcze uczyć. Jednak nim minęła godzina, udało im się wypowiedzieć poprawnie zaklęcie, a przynajmniej myśleli, że wypowiedzieli je poprawnie. Arivald poczuł nagłą słabość, wkrótce pojawiło się koszmarne uczucie, jakby ktoś z całej siły ciągnął go za włosy na brodzie i głowie. Dodatkowo wydawało mu się, iż jest to dwóch ktosiów, a każdy ciągnie w odwrotnym kierunku. Czarodziej zacisnął zęby i miał nadzieję, że są to najgorsze efekty, jakich można się spodziewać. Okazało się, że może być jeszcze gorzej. W pewnym momencie poczuł, jakby ktoś wsadził ogromne łapsko do jego brzucha i wiercił nim tam w poszukiwaniu ukrytego skarbu. Na domiar złego Varrad, który przeżywać musiał podobne katusze, zwymiotował prosto na kolana Arivalda. Nagle wszystko się urwało. Niemiłe uczucia przeszły jak ręką odjął i obaj z hukiem wylądowali na podłodze jakiegoś domu. Arivald roztarł obolałą kość ogonową. Wolał nie wypowiadać żadnych zaklęć, póki nie wyczuje tożsamości tutejszej Aury.
– No to jesteśmy. – Varrad potrząsnął głową. Potem spojrzał na spodnie Arivalda.
– Och, wybacz mi – powiedział.
– Zdarza się – czarodziej przez chwilę analizował jeszcze Aurę, po czym doszedł do wniosku, że choć jest trochę inna od tej w Silmanionie, to jednak nie tak bardzo inna, by nie można popróbować jakiś drobnych zaklęć.
Postanowił więc użyć Oczyszczacza Propertusa, modnego czaru, zwłaszcza chętnie stosowanego przez bardzo młodych czarodziei, a to z uwagi na ciekawe efekty uboczne. Oczyszczacz Propertusa powodował bowiem pojawienie się kilkunastu małych istotek z ogromnie długimi jęzorami, których przysmakiem były wszelkie możliwe brudy, nieczystości i resztki. Propertus, skromny czarodziej, żyjący przez lata daleko poza Silmanioną, był w ogóle człowiekiem obdarzonym niezwykłym poczuciem humoru. Do historii przeszedł nie tylko jego słynny Oczyszczacz, ale również kilka innych czarów, spośród których najbardziej znane było zaklęcie o niezmiernie uczonej nazwie, które jednak wszyscy nazywali Podglądaczem Propertusa. Powodowało ono, że wybrane osoby zyskiwały zdolność widzenia bliźnich, jak ich Bóg stworzył, omijając wszelkie zbędne ubiory i zasłony. Podglądacz był szalenie modnym czarem na wielu koedukacyjnych przyjęciach, mimo że Bractwo zakazało jego używania z uwagi na wartości moralno-etyczne. Ale też przyłapanych na jego stosowaniu nie karano zbyt surowo i kończyło się zwykle na dwóch czy trzech miesiącach oddelegowania do nudnych obowiązków. Większość czarodziei, która skorzystała z dobrodziejstw Podglądacza, twierdziła, iż gra jest warta świeczki.
Tymczasem jednak Arivald wypowiedział Oczyszczacz i jak zwykle znikąd wyłoniły się dziwne istotki, które z dzikim i namiętnym piskiem rzuciły się w stronę czarodzieja, po czym z zapałem godnym lepszej sprawy zabrały się do zlizywania zanieczyszczeń z jego spodni. Varrad patrzył na to wzrokiem pełnym obrzydzenia.
– Zaraz znowu rzygnę – powiedział. Oczyszczacze poradziły sobie bardzo szybko.
– Dziękujemy i polecamy się na przyszłość – pisnął największy z nich, po czym natychmiast rozpłynęły się z powrotem w powietrzu.
Teraz Arivald rozejrzał się spokojnie wokół. Znajdowali się w dużym, pustym pokoju o drewnianych ścianach. Na podłodze poniewierały się jakieś rupiecie. Kawałek zdartego gobelinu, krzesło z ułamanym oparciem i nogą, książka, z której wydarto prawie cały środek. Klepki w podłodze wypaczyły się, a okna były zabite deskami na głucho.
– Nawet jeśli tu kiedyś była pracownia jubilera, właścicielowi chyba nie szło najlepiej – zauważył Arivald.
– Ano – przytaknął Varrad.
Kiedy szykowali się już do wyjścia z tego domu, nagle tuż przed nimi zmaterializowała się twarz starej kobiety.
– Nielegalne przerwanie Zasłony – obwieścił bardzo nieprzyjemny głos w tym samym języku, którego używały piękne czarodziejki z pałacu. – Przestępcy są wezwani do pozostania na miejscu zbrodni i natychmiastowego poddania się patrolowi, który bezzwłocznie przybędzie. Przypominam, że niezastosowanie się do niniejszego rozkazu będzie traktowane jako najwyższa zbrodnia przeciw majestatowi Jej Magiczności.
– No to wpadliśmy – powiedział Arivald. – Jak myślisz, lepiej zostać?