Arivald z Wybrzeża
- Автор: Пекара Яцек
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Arivald z Wybrzeża». Краткое содержание книги:
Bardowie skończyli śpiewać i zbierali teraz zasłużone pochwały. Mistrz Erenvard Din dał znak i na salę weszli zapaśnicy. Potężni, półnadzy, wysmarowani od stóp do głów oliwą. Na dźwięk gongu rozpoczęli pozbawioną finezji walkę, w której obaj stali miejscu i tłukli się pięściami jak młoty. Uwaga gości skupiła się na walce i Arivald z pewnym zażenowaniem dostrzegł, iż to ich interesuje o wiele bardziej niż pieśni bardów.
– Sto dukatów na tego czarnego! – krzyknął rozochocony Rilerius. Uwagi Arivalda nie umknęło, iż wiedźma nie przyglądała się walce, a usłyszawszy księcia skrzywiła się lekko.
– Dwieście na tłuściocha – powiedział doża. Vendia zacisnęła usta.
– Przyjmuję! – jednocześnie zawołali Riherius i Dragostas. Arivald zastanowił się, skąd Dragostas może mieć dwieście dukatów. Od czasu jak stracił swe włości, raczej mu się nie przelewało. I czy to, że postawił przeciw doży, miało jakieś znaczenie? Tymczasem obaj atleci okładali się równomiernie i obaj broczyli już krwią. Jeden miał zmiażdżony nos, drugiemu opuchlizna zakryła lewe oko. Słychać było tylko jęki bólu i wysiłku oraz głuche klaśnięcia trafiających w cel pięści.
– Obrzydliwe – powiedziała głośno wiedźma. Arivald nie mógł nie przyznać jej racji, ale tylko w myślach.
– Prawdziwa męska walka – stwierdził uprzejmie Verreck, który był pod wyraźnym wrażeniem urody wiedźmy.
– Łatwo mówić, siedząc przy stole – odparowała Vendia.
Verreck, nadal z miłym uśmiechem na ustach, wstał z krzesła. Zbliżył się do walczących i stanął pomiędzy nimi. Zatrzymał pięść czarnego, uchylił się przed ciosem grubasa, po czym chwycił obu za karki i zderzył głowami. Huknęło na całą salę, atleci osunęli się na kolana. Verreck, wciąż z miłym uśmiechem na ustach, usiadł przy stole i otarł serwetą krew z prawej dłoni. Arivald zaśmiał się w myślach. Co znamienitsi rycerze Silmaniony byli szkoleni w specjalnych, magicznych sztukach walki, pozwalających pokonać wroga dysponującego fizyczną przewagą. Arivald wiedział, że nie zderzenie głów pozbawiło przytomności obu zapaśników, ale to, iż Verreck, chwytając ich za karki, zacisnął palce w odpowiednim miejscu. Na obecnych jednak wywarło to silne wrażenie. Choć niekoniecznie się spodobało, że rycerz przeszkodził im w tak miłej zabawie. Cóż, obu zapaśnikom mogło to wyjść tylko na dobre. Przynajmniej dzisiaj żaden już nie zabije drugiego.
– Mój Boże! – wykrzyknął mistrz Zakonu. – Czegoś takiego jeszcze nie widziałem!
Doża i Riherius pokiwali głowami i Arivald ucieszył się, że wreszcie jest sprawa, w której się zgodzili. Wiedźma uśmiechnęła się – wyjątkowo nie złośliwie.
– Wypiję zdrowie tych dzielnych ludzi – powiedziała – aby więcej nie poniżano ich zmuszaniem do walk godnych byków czy kogutów, a nie myślących stworzeń.
Riherius zakrztusił się winem, doża uśmiechnął się z zakłopotaniem. Mistrz Eren vard Din spochmurniał.
– Czyżbyś znowu chciała nas obrazić? – warknął Dragostas.
– Obrazić? Ciebie? – zdumiała się wiedźma i Arivald znowu zwrócił uwagę na jej palce.
Ona naprawdę zaraz rzuci czar, pomyślał ze złością.
– Pani, nikt nie zmusza ich, aby walczyli. Traktują to jak swój zawód. Zakon nie uznaje niewolnictwa, nieprawdaż? – spytał Arivald.
– Uchowaj Boże – odrzekł mistrz. Vendia wzruszyła ramionami.
– To niewolnictwo myśli – powiedziała – spowodowane przewagą szowinistycznej męskiej mentalności bazującej na okrucieństwie i sile fizycznej.
Riherius znowu się zakrztusił. Doża uśmiechnął się ze zmęczeniem i Arivald poznał, że musiał nieraz już słyszeć podobne wypowiedzi.
– Wypijmy za to – ocknął się minister o trudnym imieniu i wzniósł kielich.
Wiadomo było, że uczta jedynie jest wstępem do właściwych rozmów, takim przedkoncertowym preludium. Przecież nikt, na Boga, nie będzie rozmawiać o poważnych sprawach politycznych w obecności barona Dragostasa. Ścisłe grono zainteresowanych, czyli stron konfliktu i mediatorów, spotkało się wieczorem w prywatnych komnatach mistrza. Doża był, oczywiście, ze swoją wiedźmą, a Riherius z ministrem o trudnym imieniu, który, ku zdumieniu wszystkich, zdążył już zupełnie wytrzeźwieć. Minister przedstawił doży, mistrzowi i Arivaldowi kopie traktatu pokojowego, przygotowanego w kancelarii księcia. Eren vard Din uważnie przejrzał dokument.
– Mamy rozmawiać o traktacie pokojowym czy kapitulacji? – zapytał zgryźliwie.
Doża tylko się roześmiał i rzucił papier na blat stołu. Arivald westchnął. Tak przygotowany traktat był następną prowokacją. Przewidywał kontrybucję, konfiskatę statków wojennych, zburzenie portowych fortyfikacji i obsadzenie portów Republiki garnizonami z Dessvonu. W zasadzie oznaczał pełną, całkowitą i nieodwołalną kapitulację. Doża musiałby ciężko zachorować na umyśle, aby podpisać podobny dokument. A po podpisaniu pewnie nie pożyłby długo i Riherius miałby do czynienia z nowym dożą.
– Mój drogi książę – rzekł Arivald – czego ty właściwie chcesz? Ta propozycja to zniewaga dla nas, mediatorów. Czy myślisz, że jechałem tu dwa tygodnie po to, aby czytać podobne bzdury?
Riherius nachylił się nad stołem.
– Nie potrzebuję mediatorów – stwierdził. – Zgodziłem się na waszą pomoc, ale nie na to, żebyście byli adwokatami Vigarellego. Żądam zadośćuczynienia. Kto wywołał wojnę, niech płaci!
– Wszystko to bajki – powiedział doża gwałtownie. – On chce wojny! Tylko czemu, na Boga?
Minister o trudnym imieniu chrząknął.
– Nie chcemy wojny – odezwał się pojednawczym tonem – chcemy sprawiedliwego pokoju.
– I to jest według ciebie sprawiedliwy pokój? – zapytał Arivald, kręcąc głową. – Jeśli tak, to możemy rozjechać się do domów.
Wiedźma wybrała sobie kiść winogron i z zamyśloną miną zaczęła je skubać. Mistrz Eren vard Din bawił się nakładając i zdejmując pierścień ze środkowego palca. Minister o trudnym imieniu miał nieszczęśliwą minę. Arivald był pewien, że nie od niego wyszedł pomysł treści traktatu. Tylko Riherius siedział nieporuszony.