Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Arivald z Wybrzeża
Arivald z Wybrzeża - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Arivald z Wybrzeża

Электронная книга - «Arivald z Wybrzeża». Краткое содержание книги:

Mimo podeszłego wieku, obdarzony nadzwyczajną siłą fizyczną i niemałymi (chociaż nie popartymi gruntownymi studiami) zdolnościami czarodziejskimi Arivald wiedzie żywot, jakiego nie powstydziłby się znacznie młodszy miłośnik kobiet i mocnych trunków. Ochoczo stawia czoło danskarskim piratom, rozprawia się z wampirami, spieszy z odsieczą księżniczkom uwięzionym w innym wymiarze, wyjaśnia zagadkę złowieszczych kopalń Ghorlagru. Z pewnością trudno by go nazwać ozdobą salonów, ale i jemu niezbyt tam było spieszno: po dniu pełnym przygód najchętniej zasiada w gospodzie przy suto zastawionym stole, z wiernymi kompanami u boku, i snuje opowieści o swych nadzwyczajnych dokonaniach, zerkając z ukontentowaniem na urodziwą karczmarkę…
1 ... 39 40 41 42 43 44 45 46 47 ... 79
Перейти на страницу:

Arivald zamyślił się głęboko. Zakładał, że wiedźma mówi prawdę, choć było to założenie bardzo odważne. Ale pozostawało nadal pytanie, czy nawet baronia Dragostasa była warta wojny. Czemu nie? Przechodziły tamtędy ważne szlaki handlowe, co równało się zyskom z ceł, myta, prawa składu, targów i tak dalej. Poza tym na północ od baronii krasnoludy prowadziły ożywione prace nad reaktywowaniem dawno zamkniętych kopalń srebra i soli. Jeżeli wydobycie okazałoby się opłacalne, jedyna droga dla karawan będzie prowadziła przez baronię. To oznaczałoby ogromne zyski.

– Dlaczego Dragostas chce władzy nad waszą wyspą? – zapytał Arivald.

– Wie o nas i chce wykorzystać naszą moc do swoich celów. Jeżeli zdobędzie władzę nad wyspą, będziemy musiały być mu posłuszne.

– Czemu nie przeniesiecie się gdzie indziej?

– Czemu czarodzieje nie opuszczą Silmaniony? – odpowiedziała pytaniem na pytanie Vendia.

Arivald żachnął się na takie porównanie.

– Powiem ci szczerze – rzekł po chwili. – Nie obchodzi mnie wasz los, choć jestem przeciwnikiem prześladowań, procesów, takich jakie prowadzą inkwizytorzy, i stosów. Ale najbardziej niepokoi mnie fakt, iż możecie stać się niebezpiecznym narzędziem w rękach człowieka pokroju Dragostasa. Chciałbym jednak wiedzieć, czy wyobrażasz sobie jakieś wyjście z sytuacji.

– Niebezpiecznym narzędziem – powtórzyła słowa Arivalda. – Kto wie… – urwała nagle. – Nie wiem, czy wolno mi zaufać ci do końca. Nie wiem, czy to, co mogę… – pokręciła głową. – Odwiedź nas, dobrze? Zobacz, jak żyjemy. Może wtedy będziesz miał ochotę nam pomóc. Może wtedy będę mogła… – znowu urwała w pół zdania. – Może wtedy uwierzysz.

Arivald roześmiał się.

– Mam zostawić rozmowy pokojowe, gdzie jestem mediatorem, by zajmować się sprawami wiedźm? Nie za dużo ode mnie wymagasz?

– Pomóż nam. – Vendia zacisnęła szczupłe dłonie w pięści. – Być może, będzie to miało dla ciebie większe znaczenie, niż myślisz.

– Posłuchaj, wiedźmo… – Ta rozmowa zaczęła Arivalda nie tylko nużyć, ale i denerwować. – Najlepiej dla was i dla wszystkich byłoby, gdyby tę część morza nawiedziło małe trzęsienie ziemi i cała wasza wyspa znalazła się na wieki pod wodą. Jak możesz spodziewać się pomocy od członka Tajemnego Bractwa? Powinnaś cieszyć się, iż nie zawiadomiłem jeszcze Zakonu i nie wezwałem inkwizytorów. Zresztą robię to tylko dla Vigarellego. To, że tolerował twoją obecność, skompromitowałoby go na zawsze. Nawet gdyby tłumaczył się, iż o niczym nie wiedział. Nie próbuj nawet! – Arivald zorientował się, że Vendia zamierza rzucić czar. – Nawet nie próbuj swoich wiedźmich sztuczek! Czy nikt nie uczył cię, głupia kobieto, że żaden mag nie podda się wiedźmim czarom? Czy chcesz, abym pokazał ci, co oznacza prawdziwy ból?

Vendia na chwilę zastygła w bezruchu, a potem się rozpłakała. Ukryła twarz w dłoniach.

– Wybacz mi – wyszlochała. – Jesteś naszą ostatnią nadzieją. Błagam, przyjedź do nas. Zobaczysz, że jesteśmy tylko nieszkodliwą garstką kobiet próbującą poznać siły tkwiące w Naturze.

Jak na zdanie wypowiadane w czasie płaczu było ono zbyt dobrze skonstruowane i za dobrze przemyślane. Arivald nigdy nie dałby się złapać na lep wiedźmich szlochów. Nawet jeżeli wiedźma była tak piękną kobietą. Inna sprawa, że Velvelvanel, Borrondrin czy Lineal, nie mówiąc już o Wielkim Mistrzu, nawet nie zamieniliby jednego słowa z Vendią. Natychmiast, kiedy by ją zobaczyli, oddaliby pod czułą opiekę inkwizytorów. Może Galladrin postąpiłby inaczej. Ale tylko dlatego, iż był bardzo młody i uroki płci pięknej robiły na nim spore wrażenie. Arivald natomiast nauczył się, że nigdy, no… prawie nigdy nie należy postępować pochopnie. W końcu wiedźma nigdzie nie ucieknie. Zawsze będzie czas, aby oddać ją inkwizytorom, starając się jednocześnie w jak najmniejszym stopniu skompromitować dożę Vigarellego.

Arivalda obudziły krzyki na korytarzu, tupot nóg i nawoływanie się służby. Na początku sądził, że w zamku wybuchł pożar, ale zaraz potem zmienił zdanie. Jego wyczulone zmysły nie poczuły ani swądu dymu, ani ciepła ognia. Cóż to więc za harmider? Czarodziej wyszedł na korytarz i chwycił przebiegającego obok służącego za ramię.

– Co się dzieje?

Ten spojrzał na niego głupkowato i Arivald domyślił się, że służący biegnie po prostu tam gdzie wszyscy, nie wiedząc po co i do kogo.

– A niech cię! – warknął Arivald i wtedy spostrzegł znikającego w sąsiednim korytarzu ministra o trudnym do zapamiętania imieniu.

Pobiegł za nim, wściekając się sam na siebie, iż nie może go po prostu zawołać. Minister szedł szybkim krokiem, ale czarodziej dopadł go w rozwidleniu korytarzy.

– Co się, na Boga, dzieje? – wydyszał.

– Och, dostojny Arivald! – Minister wyglądał nie tylko na niewyspanego, ale i skacowanego. Miał przekrwione oczy i oddech łączący odór nie przetrawionego alkoholu z naturalnym smrodem gnijących między zębami resztek jedzenia. – Doża szaleje – wyjaśnił. – Ktoś załatwił jego ślicznotkę.

– Vendię!?

– A pies ją wie, chyba jej było Vendia – minister przerwał i wpatrzył się w czarodzieja otumanionym wzrokiem. – Riherius mnie wzywa. Bogowie, jak mnie boli łeb!

Arivald położył mu dłonie na głowie i wypowiedział Porannik Stephenusa, krótkie zaklęcie uśmierzające ból, wymyślone przez czarodzieja znanego z zamiłowania do długich alkoholowych biesiad, najbardziej ukochanego przyjaciela słynnego Albertusa Wychylto. Zaklęcie było nieszkodliwe i działało niezbyt długo (należało się po zakończeniu jego działania parę godzin przespać), ale przynajmniej na pewien czas odświeżało umysł oraz powodowało przypływ energii.

– O, dziękuję – rzekł z głęboką wdzięcznością w głosie minister. – Nie miałbyś ochoty przenieść się na nasz dwór?

– Nie – zaśmiał się czarodziej, choć wcale nie było mu do śmiechu. – Gdzie to się stało?

– W jej sypialni, ale nie pytaj o nic więcej, bo nic nie wiem. Myślę jednak, że im szybciej tam dotrzesz, tym lepiej. Atmosfera jest… – minister zawahał się, jakby szukając odpowiedniego słowa – dość gęsta.

– Idę – rzekł Arivald i nie mówiąc już nic więcej, skierował się do tej części zamku, którą zajmował Vigarelli wraz ze swą świtą.

W komnacie Vendii było pełno ludzi. Trzej medycy stali nad łożem, w którym leżała martwa kobieta. Doża siedział przy stoliku koło okna, a jego twarz przypominała krajobraz przed trzęsieniem ziemi. Nad nim pochylał się mistrz Eren vard Din i perorował coś zaciekle, ale ledwo słyszalnym szeptem. Vigarelli zdawał się w ogóle go nie słuchać. W komnacie był jeszcze adiutant Vigarellego, kilka nieznanych Arivaldowi osób ze świty doży, mnich w białym habicie oraz dwaj żołnierze z halabardami w dłoniach, którzy najwyraźniej nie wiedzieli, co ze sobą zrobić.

Czarodziej podszedł do łóżka i spojrzał w bladą, piękną twarz wiedźmy.

– Jak umarła? – spytał.

– Uduszono ją – odparł najstarszy z medyków, ustępując miejsca, by czarodziej mógł zbliżyć się do zwłok.

– Nie jestem pewien – rzekł drugi medyk.

– Dlaczego?

– Mój szanowny kolega zawsze ma zdanie odmienne niż ja – wyjaśnił z przekąsem starszy.

– Drogi kolego…

Arivald przerwał im podniesieniem ręki i zwrócił się w stronę trzeciego medyka.

– A co pan o tym sądzi?

– Chusta została założona na szyję ofiary już po śmierci. Na szyi bowiem nie ma charakterystycznych śladów ucisku. W momencie zaciskania pętli ta kobieta już nie żyła – wyjaśnił trzeci lekarz – ale będę pewny dopiero po zrobieniu sekcji.

1 ... 39 40 41 42 43 44 45 46 47 ... 79
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)