Gwiezdny motyl
- Автор: Вербер Бернард
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Gwiezdny motyl». Краткое содержание книги:
– Dlaczego to robisz, Satine? Dlaczego sabotujesz projekt, przy którego narodzinach kiedyś’ pracowałaś? – zapytał Yves.
– Już za późno. Jesteście tu sami, a nas jest setka! Zwyciężyliśmy! Zawrócimy maszynę i polecimy na naszą planetę.
– Nie rozumiem.
– Odeszłam, ponieważ nie układało nam się z Adrienem. To straszny egoista, a życie z nim było piekłem. Nie mogłam go dłużej znieść. A potem przemyślałam wszystko. Chciałam wrócić incognito. Z ciekawości. Żeby się przekonać, czy ten projekt może się udać. Przez długie miesiące byłam rozdarta między pragnieniem, żeby się udało, a pragnieniem, żeby się nie powiodło. Codziennie rozważałam wszelkie „za” i „przeciw”. Kiedy zaś zobaczyłam narodziny konstytucji, wszystko stało się jasne. Każde zjawisko powoduje reakcję w formie swojego przeciwieństwa. Tak, myślę, że jesteśmy „reakcjonistami”. Ale wszystko działa właśnie w ten sposób. Lekarstwo stwarza chorobę. Prawo stwarza zbrodnię. Więzienie stwarza przestępców. Konstytucja stwarza rewolucję.
Yves opuścił kij i dał Gabrielowi znak, żeby zrobił to samo.
– Chyba nie zepsujesz teraz wszystkiego.
Satine roześmiała się nerwowo.
– Zbyt daleko zaszłam, wątpię więc, żebyś dał radę mnie pokonać. Wiesz, Yves, zawsze myślałam, że samoloty potrafią oderwać się od ziemi za sprawą jakichś „mistycznych” zjawisk. Fakt, że wielki stos blachy utrzymuje się w powietrzu z ludźmi w środku, jest całkowicie sprzeczny z logiką. Moim zdaniem to działa dlatego, że wszyscy pasażerowie są pełni wiary. Uważają za normalne, że góra żelastwa jest lżejsza od chmur. Ale wystarczy, żeby jedna osoba powiedziała sobie: „Przecież to nie jest normalne, ten samolot powinien spaść”, a… spadnie. Tak samo jest z Gwiezdnym Motylem. To się trzyma kupy tylko dzięki wierze wszystkich pasażerów. Teraz to ja doszłam do wniosku, że to wszystko jest sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem. Człowiek został stworzony, żeby żyć na ziemi, a nie w blaszanej puszcze, która będzie rdzewieć i gnić w kosmosie przez tysiąc lat. Okrzyki aprobaty ze strony spiskowców.
– Nigdy nie jest za późno, żeby przyznać się do własnych błędów. A więc zawracajmy, a wszystko będzie dobrze.
Yves zrobił niezadowoloną minę, po czym się uśmiechnął.
– Nie możesz pilotować Motyla. Tylko Elisabeth to potrafi.
– A niby dlaczego? – zapytała Satine Vanderbild.
– Kontrola sterów jest skomputeryzowana. Trzeba znać kody, żeby mieć dostęp do systemu pilotażu.
Twarz młodej kobiety zmieniła się w jednej chwili.
– Kłamiesz! To zwykły blef!
– Sama sprawdź.
– Trudno, w takim razie zrobimy inaczej. Chodźcie tu wszyscy, wrócimy na Muszce.
– Co to jest? – zdziwił się jeden ze spiskowców.
– Prom wyładowczy – odrzekł drugi.
– Wiem dokładnie, gdzie on się znajduje, bo uczestniczyłam w opracowaniu planów – stwierdziła Satine Vanderbild.
– I tym razem nie sądzę, żeby była tam klawiatura z kodem.
Po czym ruszyła ku ładowni promu.
Właśnie wtedy Mac Namarra odważył się na desperacki krok. Rzucił nunchako w kierunku podbródka buntowniczki, ona jednak zrobiła unik i wbiła mu w brzuch nóż kuchenny.
Miliarder cofnął się osłupiały. Yves zdążył go podtrzymać, zanim zwalił się na ziemię.
– Przykro mi, nie trzeba było mnie atakować – powiedziała.
– Nic do pana nie mam. Chcę tylko wrócić do domu. Na moją planetę. Nie zbliżaj się, Yves, bo tobie też zadam cios. Zegnaj.
Satine Vanderbild wsiadła czym prędzej na prom, a wraz z nią setka pozostałych spiskowców.
Nietrudno było uruchomić ten mały stateczek, wyposażony w uproszczony pulpit sterowniczy i zaprojektowany do przyszłego lądowania.
Śluza ładowni otworzyła się na przestrzeń kosmiczną, dysze Muszki zaś umożliwiły jej start i nikt nie zdołał jej powstrzymać.
Kiedy pojazd znalazł się dostatecznie daleko, rozwinął słoneczne żagle i pomknął w kierunku, w którym, zdaniem Satine, znajdowała się ukochana rodzinna Ziemia.
52. UREGULOWAĆ TEMPERATURĘ
Bijatyka trwała zaledwie kilka godzin.
Adrien kazał opatrzyć rannych i policzyć zabitych. Rezultat: dwadzieścia trupów, setka rannych z obu obozów.
W czasie bitwy niektórzy przeszli zresztą z jednego obozu do drugiego.
Na Gwiezdnym Motylu powracał stopniowo spokój.
Gabriel Mac Namarra miał bardzo głęboką ranę. Zawieziono go do szpitala, gdzie został natychmiast operowany. Lekarze nie żywili jednak zbytnich nadziei co do jego powrotu do zdrowia. Obudziwszy się, Gabriel zaczął grymasić.
– Wszystko w porządku – szepnął. – To tak jak z piorunem, trzeba było rozładować napięcie. Istniało zaś rzeczywiste napięcie, którego nie zauważyliśmy. Zawsze znajdą się jacyś malkontenci. Satine przydała się przynajmniej do jednego: wyłowienia tych niezadowolonych. A więc wszyscy ci, którzy zostali, są bardziej lub mniej… zadowoleni.
Uśmiechnął się, następnie zaś roześmiał, lecz jego śmiech przeszedł w kaszel. Zażądał cygara.
– Przynajmniej nie umrę na raka – zażartował. – A teraz pieprzyć to wszystko, sprawcie mi tę ostatnią przyjemność. Cygaro. Mam je w domu. Czy ktoś może po nie pójść?
Przyniósł je Yves. Przemysłowiec zapalił mocny tytoń i łapczywie się zaciągnął.
– Nie doceniliśmy zdolności człowieka do wiecznego niezadowolenia z tego, co ma. Kiedy jest na Ziemi, chce lecieć w kosmos. Kiedy jest w kosmosie, chce wracać na Ziemię. – Ponownie parsknął śmiechem, jakby uznał swój żart za wyśmienity. – Zawsze trzeba mieć jakiś system rozładowania napięć. Tak samo szybkowar musi być wyposażony w zawór, żeby wypuszczać parę, inaczej wybuchnie. Sami musimy włączać ten zawór. Sami musimy zorganizować jakiś środek do wyżywania się, który będziemy kontrolować.
Wypuścił z lubością niebieskawy dym.
– Dobra, pozostaje jeszcze jeden problem – oznajmił Gabriel. – Prom Muszka. Mieliśmy tylko jeden i nie bez przyczyny: to duża rzecz…
– Nie damy rady wylądować bez tego dodatku – przyznał Yves.
– Trzeba zbudować następny – zaproponował Gabriel.
– W Mieście Raju nie mamy aż tak wysokiej technologii, żeby wyprodukować pojazd kosmiczny.
– Jasne, że nie macie technologii, ale macie czas.
To „wy” sugerowało, że już czuje się wykluczony z projektu.
– W ciągu tysiąca lat byle szczur laboratoryjny znajdzie w końcu sposób, żeby uciec. Znajdziecie jakieś wyjście. Na przestrzeni milenium da się rozwiązać wszystkie problemy.
Ponownie się roześmiał, natychmiast jednak skrzywił się i złapał za brzuch.
– Dlaczego oni to zrobili?! – zapytał przez zęby Yves, powstrzymując gniew na widok swojego przyjaciela, który był w takim stanie.
– Małpa – odrzekł Gabriel. – W człowieku nadal kryje się strachliwa i agresywna małpa. Tak niewiele trzeba, żeby zobaczyć w nim przerażonego drapieżnika… A poza tym projekt „Ostatnia Nadzieja” jest taki delikatny…
– Nie – zaprzeczył Yves. – „Ostatnia Nadzieja” jest silniejsza niż kiedykolwiek.
Gabriel Mac Namarra wypuścił kłąb dymu.
– Miło jest tak myśleć, ale ostatnie wydarzenia wyraźnie pokazują, że jeszcze nikt nie jest gotowy do zwycięstwa w ostatniej walce, walce z naszą własną głupotą.
Chwycił wynalazcę za rękę.
– Dziękuję, że pozwolił mi pan marzyć, panie Kramer. Dziękuję, że nadał pan sens ostatnim dniom mojego życia. Nie wiem, czy istnieje reinkarnacja, ale gdybym miał wcielić się w czyjąś postać, chciałbym, żeby to był ktoś, kto mieszka tutaj, na Gwiezdnym Motylu, i kto poprowadzi ten projekt dalej. Chciałbym wcielić się w wasze dzieci…