Gwiezdny motyl
- Автор: Вербер Бернард
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Gwiezdny motyl». Краткое содержание книги:
Tuż po starcie nastąpił pewien mały problem: tęsknota za rodzinną Ziemią.
Kiedy dopadało ich zmęczenie, niektórzy wypowiadali szeptem złowróżbne słowa: „Dawniej, na Ziemi, było jednak lepiej”.
W rzeczywistości każdemu przynajmniej raz przemknęło przez myśl coś takiego. Brakowało im wakacji nad morzem, wyjazdów na narty w wysokie góry albo obecności bliskiej osoby, która była teraz daleko. U jednych kryzysy objawiały się ostrzej niż u innych, Adrien wynalazł zaś termin na określenie tej nowej choroby.
„Ziemianica”. Zdaniem psychobiologa, był to rodzaj nerwicy.
Z chwilą gdy problem otrzymuje swoją nazwę, wydaje się mniej poważny.
Wspominanie skoków na spadochronie, wiatru przyjemnie owiewającego twarz czy deszczu na policzkach to była ziemianica. Pragnienie, by pędzić samochodem dwieście kilometrów na godzinę, strzelać z broni palnej albo nawet żal za metrem czy smrodem spalin to była ziemianica.
Nikomu jednak nie przyszło do głowy, że może to stanowić prawdziwy problem, aż do momentu, kiedy setka osób opanowała siłą siedzibę telewizji wewnętrznej.
Rankiem spiskowcy zaczęli siać propagandę na prywatnych monitorach i na wielkim ekranie ściennym umieszczonym w centrum Miasta Raju. Młoda kobieta wyglądająca na ich przywódczynię wzywała całą ludność cylindra do obalenia rządu i zawrócenia ku Ziemi.
Adrien Weiss pognał do stojącego na palach domu Elisabeth i Yves’a.
– Rozpoznaliście ją? – zapytał z przejęciem.
– Kogo?
– Tę dziewczynę, która przemawia w telewizji.
Yves przyjrzał się dokładniej. Zdążył wypowiedzieć jej imię przed Elisabeth:
– Satine Vanderbild.
Przywódczyni spiskowców mówiła właśnie przed kamerą, że ona i grupa „oswobodzicieli” postanowili przerwać tę „ucieczkę przed siebie w próżnię” i wrócić na Ziemię. Wzywała do powszechnego powstania.
– Co ona tu robi? Jak udało się jej wsiąść na pokład niezauważenie? – zdziwił się Yves.
– Ufarbowała włosy, włożyła okulary i zmieniła nazwisko. Przemknęła się niepostrzeżenie w tłumie stu czterdziestu czterech tysięcy osób – odparła Elisabeth.
– Adrienie, nigdy nam nie powiedziałeś, dlaczego się rozstaliście.
– W tej chwili naszym największym zmartwieniem jest pytanie nie o to, „dlaczego”, ale „jak”. Jak nie dopuścić do tego, żeby „Ostatnią Nadzieję” trafił szlag.
Tłum w cylindrze zaczynał wrzeć. Ludzie zdążyli się już zgromadzić na rynku i rozprawiali na temat tego wydarzenia. Wkrótce nastąpiły pierwsze kłótnie. W ciągu zaledwie kilku minut, podczas gdy z ekranów telewizyjnych wylewała się propaganda Satine, wywiązała się bójka między dwoma przeciwstawnymi obozami: lojalistów i buntowników. Ponieważ nie ustanowiono jeszcze policji, nikt nie rozdzielał walczących.
Na progu domu pojawiła się Jocelyne.
– Chodźcie prędko, utworzyliśmy mały oddział uzbrojony w kije, spróbujemy odbić telewizję.
– Przykro mi, ale zostaję z małą – odrzekła Elisabeth.
– Ja idę – oświadczył Yves, chwytając za trzonek od miotły. Tymczasem na dole zebrali się już członkowie zgromadzenia wyposażeni w kije. Adrien stanął na czele pochodu, jakby zamierzał uregulować osobiste porachunki z szefową spiskowców.
W miarę jak zbliżali się do budynku telewizji, stojącego na wzniesieniu na północy miasta, zdali sobie sprawę z istnienia pola bitwy, które zdążyło powstać samoistnie.
Linię obrony telewizji tworzył dobry tysiąc ludzi. Rzucali w siebie kamieniami. Wtem między napastników i obrońców wdarła się jakaś grupa. W ruch poszły nogi, pięści, kije, młotki i wreszcie noże. Rozległy się okrzyki wściekłości. Okrzyki bólu.
Walczący wili się po podłożu albo zamierali bez ruchu. Yves spoglądał na ten widok w osłupieniu.
„A więc to, co zbudowaliśmy, jest takie kruche.
Oni właśnie wszystko niszczą z tęsknoty za starym światem”.
Tocząca się wokół wielka walka stawała się coraz bardziej zaciekła. Buntownicy zyskali przewagę. Zewsząd jednak przybywali ludzie na rowerach, można było zatem mieć nadzieję, że większość z nich będą stanowili lojaliści.
Nagle jeden ze spiskowców zawołał, wskazując palcem wynalazcę:
– Tam są!
Jocelyne, Adrien i Yves zostali natychmiast otoczeni przez wrogą grupę celującą w nich taką bronią, jaka wpadła im w ręce. Zacieśniali groźne koło.
Yves’a ogarnął strach. Chwyciwszy kij w obie dłonie, uniósł go nad głowę, gotów uderzyć. Jego przeciwnicy posuwali się naprzód powoli, w milczeniu, patrząc z determinacją. Wtem coś odwróciło ich uwagę. Oto przybywali właśnie z posiłkami Gabriel Mac Namarra i Gilles. Przemysłowiec wywijał drewnianym nunchakiem z zaskakującą zręcznością. Podążający obok Gilles trzymał przed sobą długą tyczkę.
Ciosom nunchaka często towarzyszył suchy świst i wrzask bólu.
Zrobiwszy wyłom w murze spiskowców, Gilles i Gabriel uwolnili przyjaciół.
– Trzeba przejąć kontrolę nad telewizją – oznajmił Gilles.
Wdrapali się na wzgórze, gdzie znajdował się budynek stacji.
Był to niewielki, raczej solidny dom z cegły.
– Z tyłu są drzwi – oświadczył komik – możemy wejść tamtędy i ich zaskoczyć.
Jocelyne dała znak członkom zgromadzenia, że nadszedł czas, żeby uprawomocnili swoją funkcję w rządzie, biorąc udział w obronie budynku.
Wkroczyło ich zatem do środka około pięćdziesięciu, uzbrojonych w kije, a niektórzy nawet w noże. Jednakże spiskowcy, których ktoś zdążył powiadomić, zdołali się już wymknąć po odłączeniu aparatury.
Gilles natychmiast uruchomił nadawanie, Jocelyne zaś stanęła twarzą do obiektywu i chwyciła za mikrofon.
– Posłuchajcie mnie wszyscy. To nie jest rewolucja. To tylko epidemiczna reakcja na zbiorową ziemianicę. Grupa spiskowców przypuściła atak na Motyla prawdopodobnie ze strachu przed nieznanym. To są „reakcjoniści”.
Zdawała sobie sprawę, że słowo „rewolucja” posiada zabarwienie pozytywne. Należało zatem je zatrzeć, używając określenia „reakcjonista”, które ma zabarwienie negatywne. Zastosował je już wcześniej Mac Namarra, nazywając w ten sposób ich przeciwników z przeszłości.
– Zachowajcie spokój, wkrótce wszędzie powinien zapanować porządek.
Yves, który zdążył już otworzyć okno, spostrzegł grupę spiskowców, liczącą co najmniej ze stu ludzi, pędzącą ku głowie Motyla. Po drodze dołączali do nich niezdecydowani, gdyż tłum zawsze chce się opowiedzieć po stronie zwycięzców.
– Będą próbowali się wedrzeć do kokpitu! Prędko!
Zanim jednak lojaliści zdołali uformować oddział i ruszyć za nimi, spiskowcy zdążyli dotrzeć niemal do tarasu. Właśnie tam zatem, na dwóch rzędach ogromnych schodów wiodących na górę i tych prowadzących na dół, odbyła się wielka bitwa, podczas której starło się między sobą kilkaset osób. Dziwnie było przyglądać się walce, w której przeciwnicy znajdowali się na górze i na dole. Niektórzy rzucali kamieniami, te jednak przekroczywszy oś grawitacji, zamiast spadać, leciały dalej, trafiając w tych, co byli tuż nad nimi. Ciosy zadawane kijami bądź białą bronią powodowały poważne rany. Niektórzy padali i nie podnosili się więcej. Na białych stopniach widniała krew.
Gilles został na miejscu, żeby zagrzewać oddziały za pośrednictwem telewizji.
– Nie ma litości dla reakcjonistów!
W końcu spiskowcom udało się sforsować drzwi łączące kadłub z głową. Gabriel Mac Namarra oraz Yves zdołali się przedrzeć przez pierwszą linię obrony, wywijając jeden kijem, drugi nunchakiem. Obaj stanęli na wprost Satine i około setki uzbrojonych osób w korytarzu prowadzącym ku głowie Motyla.