Gwiezdny motyl
- Автор: Вербер Бернард
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Gwiezdny motyl». Краткое содержание книги:
– Jesteś tutaj szczęśliwy?
– Chce pan prawdy? Nie. Jak dla turysty, może być. Żarcie jest dobre, dziewczyny milutkie i mają „otwarte umysły”. Ale jako komik się nudzę. Tak naprawdę nie mogę się z pana śmiać – jest pan za mało karykaturalny. Nie ma dość kryzysowych sytuacji, żebym mógł rozwinąć cały mój dowcip. W rzeczywistości wszystko idzie aż za dobrze. My, komicy, jesteśmy po to, żeby stanowić przeciwwagę dla lęku, ale skoro nie ma lęku, na co możemy się przydać? Żywo! Dajcie jakąś porządną wojnę, żebyśmy się pośmiali i żebym poczuł się potrzebny.
Yves zmarszczył brwi, po chwili jednak pojął, że to żart. Pełen wątpliwości, roześmiał się z przymusem. Odpowiedziawszy mu kuksańcem, Gilles oddalił się do pobliskiego lasu.
Wynalazca pozostał na szczycie wzgórza przez cały dzień, aby podziwiać postępujący stopniowo zachód sztucznego słońca, któremu towarzyszyło pojawienie się pierwszych świetlików. Powiedział sobie, że dla większego autentyzmu brakuje tylko porannej rosy.
Chwilowo na centralnym neonie gromadziła się tylko odrobina pary, która zaczęła się skraplać.
47. RYZYKO KARMELIZACJI
Wdech. Wydech. Wdech. Wydech.
Od samego rana na rynku Caroline prowadziła gimnastykę grupową. W takt rytmicznej muzyki wykonywała ruchy mające na celu wzmocnienie wszystkich mięśni oraz regulację oddechu i rytmu serca.
Yves Kramer usiłował dosyć nieudolnie ją naśladować, ale raczej bez powodzenia.
Nagle zaczęło mrugać czerwone światełko i włączyła się syrena alarmowa. Ostatni raz wyła wtedy, gdy zaklinował się żagiel, stawiając start pod znakiem zapytania.
Na ekranie telewizora ukazała się pogrążona w smutku twarz Jocelyne, aby ogłosić straszną wiadomość.
W Mieście Raju doszło do zbrodni.
Yves wsiadł na rower i popędził do ratusza, gdzie siedzieli już w głównej sali Gabriel Mac Namarra, Adrien Weiss i Jocelyne Perez.
– To było zbyt piękne, żeby mogło trwać zbyt długo – stwierdził z goryczą Gabriel. Ktoś nie wytrzymał.
Gdy zasięgnęli języka, okazało się, że to sprawa uczuciowa. Zdradzany mąż, podpiwszy sobie, odnalazł w alkoholu dość siły, żeby chwycić za kuchenny nóż i dźgnąć swoją byłą konkubinę.
– Alkohol i zazdrość wystarczyły, żeby zburzyć spokój w raju – stwierdziła Jocelyne, która sprawiała wrażenie najbardziej poruszonej tym wydarzeniem.
Tak oto brak dostępu motylańskiej społeczności do broni okazał się za małą przeszkodą, aby zapobiec zbrodni. Zwykły nóż kuchenny wystarczył, by popełnić coś nieodwracalnego.
– Chyba nie skonfiskujemy wszystkich ostrych noży i nie zastąpimy ich nożykami o zaokrąglonych czubkach, jak dla dzieci…
Yves Kramer przypomniał sobie słowa swojego ojca, Jules’a:
„Miłość nie jest drogą, którą należy podążać. Człowiek może zabić z miłości, może dopuścić się niecnych czynów w imię kochania. Jedyna droga, jaką trzeba podążać, to światło”.
– Co zrobić z winowajcą? Wsadzić do więzienia? Zabić? Wybaczyć w imię powszechnego spokoju?
– Jak to się stało, że nie wykluczyliśmy niszczycielskiego potencjału u tego faceta podczas rekrutacji? – zapytał Mac Namarra.
– To czarujący, pracowity i pełen zapału facet, który od samego początku podróży zachowywał się całkowicie zgodnie z regułami życia społecznego. Poza tym posiada szczególne uzdolnienia.
– To piekarz – dodał Adrien Weiss. – I to nie byle jaki, ale najlepszy piekarz w Mieście Raju.
Na myśl o wybornych rogalikach, którymi zajadał się każdego ranka, Yves doznał jeszcze większego zawodu. Gdyby usunęli piekarza poza nawias, musiałby jeść gorsze rogaliki.
– Tylko tego brakowało… Mówiłem, że najtrudniejszy do opanowania jest czynnik ludzki. Do licha ciężkiego, dlaczego? Dlaczego!?
Nie mogąc się powstrzymać, porwał ze stołu szklankę z wodą i rąbnął nią z całej siły o ścianę, aż roztrzaskała się w drobny mak.
Kiedy złość mu minęła, wszyscy popatrzyli po sobie z niepokojem.
– Musimy dać przykład! – oświadczył. – Żeby to się więcej nie powtórzyło. Gdzie jest teraz ten piekarz?
– Siedzi zamknięty w domu. I płacze.
– Nie możemy go wypuścić na wolność i mu przebaczyć. To by oznaczało, że w Mieście Raju można bezkarnie mordować.
– Ani go zabić, bo to by oznaczało, że wyznajemy zasadę „oko za oko, ząb za ząb”. – Może moglibyśmy go zmusić, żeby pracował więcej, na przykład w nocy? – zaproponował pojednawczo Yves.
Zaraz jednak ugryzł się w język, pojąwszy, że palnął głupstwo, bo przecież piekarze i tak rozpoczynają pracę przed wschodem słońca.
Jocelyne Perez wpadła na pomysł powołania sądu ludowego. Dwunastu osób wyłonionych w losowaniu.
Tak też zrobili. Proces był szybki, gdyż nikt nie wiedział, od której strony ugryźć problem. Trybunał głosował za karą więzienia. Motylanie musieli czym prędzej zbudować jakieś miejsce odosobnienia, w którym można by zamknąć skazańca.
Ta pierwsza zbrodnia zburzyła jednak przeświadczenie o zbiorowej niewinności. Była to pierwsza czarna plama na nieskazitelnie białej powierzchni.
Wieczorami przebywający w więzieniu piekarz wykrzykiwał czasem imię zamordowanej nieboszczki. – Kochałem cię, Lucindo! Kochałem cię!
Jocelyne Perez odwiedziła Yves’a Kramera akurat wtedy, gdy karmił z butelki Elodie.
– Teraz znów staliśmy się społeczeństwem ludzkim, takim jak inne. Jestem tak bardzo zawiedziona. Wystarczył jeden kretyn, żeby wszystko schrzanić.
– Nie. To wspaniałe.
– Zbrodnia jest wspaniała?
– A czego się pani spodziewała? Stu czterdziestu czterech tysięcy świętych? To wspaniałe, że nie mieliśmy kłopotów wcześniej. Pozostaje pytanie: jak osiągnąć sprawiedliwość, nie wywołując jednocześnie niechęci?
Jocelyne Perez nie potrafiła pojąć, dokąd zmierza wynalazca.
– Naprawdę wierzyła pani w podróż, która trwałaby tysiąc lat bez ani jednej zbrodni? – zapytał.
– Chyba nie powinniśmy byli pozwolić na zabranie alkoholu. Przecież zakazaliśmy go przed wylotem.
– Produkują własny sok z owoców, żeby otrzymać z niego pokątnie alkohol przez destylację. To normalne. Od czasu do czasu muszą się odstresować. Nawet zwierzęta mają swój „odprężacz”.
Mówiąc to, pokazał na Domino, który zajadał właśnie kocimiętkę i wydawał się pijany ze szczęścia.
– Powinniśmy byli ogłosić całkowity zakaz – upierała się Jocelyne.
– Wtedy znaleźliby coś innego. Paliliby trawę, liany, konopie.
– Tego też zabronimy.
Yves oparł córeczkę na swoim ramieniu, żeby jej się odbiło, po czym położył ją w łóżeczku.
Jocelyne Perez przyglądała się gaworzącemu niemowlęciu.
– Dla pełnego spokoju powinniśmy zakazać mnóstwa rzeczy. Tylko że wtedy wkroczylibyśmy w dyktaturę. Na dodatek sprawilibyśmy, że staliby się dziećmi. Nie tak wyobrażam sobie homo stellaris przyszłości.
– Na litość boską! – zawołała Jocelyne. – Dlaczego oni nie potrafią się zachować? Myślałam, że zostali odpowiednio dobrani.
– Nie ma co liczyć na cuda. Mimo najlepszego nawet castingu to tylko ludzie, za nimi zaś są miliony lat zbrodni. Mamy to we krwi, nie da się tego tak łatwo wymazać.
Do pokoju weszła właśnie Elisabeth Malory, wyczerpana koniecznością wyminięcia asteroidy i naprowadzenia statku z powrotem na właściwy kurs. Niemowlę natychmiast zaczęło gaworzyć inaczej, przyzywając mamę, oraz otwierać i zaciskać dłonie.
– Co proponujesz, Jocelyne? – zapytała żeglarka, od razu włączając się do rozmowy.
– Uważam, że najwyższy czas jasno przedstawić reguły gry, które do tej pory były przemilczane. Rozumie się samo przez się, że lepiej powiedzieć to głośno.