Odwieczny Wróg
- Автор: Кунц Дин Рэй
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Odwieczny Wróg». Краткое содержание книги:
– Myślisz, że ten, ten… owad… wydzielał kwas? Skinęła głową.
– I rozpuścił twarz Stu Wargle'a?
– I wyssał upłynnione ciało – powiedziała.
– O Jezu!
– Tak.
Twarz Bryce'a była blada jak twarz nieboszczyka. Kontrastujące z bielą piegi płonęły i migotały mu na obliczu.
– To wyjaśnia, jak mogło tak szybko dokonać takiego zniszczenia. Jenny starała się nie myśleć o kościstej twarzy wyglądającej jak oblicze jakiegoś monstrum, które zerwało właśnie maskę.
– Wydaje mi się, że krew wypłynęła – kontynuowała. – Wszystka.
– Co?
– Czy ciało leżało w kałuży krwi?
– Nie.
– Nie było też krwi na mundurze.
– Zauważyłem.
– Powinna być. Powinno z niego tryskać jak z fontanny. Oczodoły winny być zalane krwią. Ale nie było ani kropli.
Bryce otarł twarz. Otarł tak mocno, że trochę rumieńca powróciło mu na policzki.
– Spójrz na jego szyję – powiedziała. – Na tętnicę szyjną. Nie ruszył w kierunku ciała.
– I spójrz na przedramiona po wewnętrznej stronie. Na wierzchy rąk. Nigdzie śladu niebieskich linii, “koronek".
– Zapadnięcie naczyń krwionośnych?
– Właśnie. Wydaje mi się, że cała krew z niego wyciekła. Bryce nabrał głęboko tchu.
– Ja go zabiłem. Ja ponoszę za to odpowiedzialność. Powinniśmy poczekać na posiłki, nie opuszczać podkomisariatu. Tak jak mówiłaś.
– Nie, nie. Miałeś rację. Tam nie było bezpieczniej niż na ulicy.
– Ale on zginął na ulicy.
– Posiłki nie zmieniłyby sytuacji. Kiedy to cholerne stworzenie spadło z nieba… do diabła, nawet cała armia by go nie powstrzymała. Było zbyt szybkie, zaskakujące.
Dotychczas nieustępliwe, jego oczy teraz były pełne rozpaczy. Zbyt przejmował się odpowiedzialnością. Winił siebie za śmierć swojego funkcjonariusza.
– Jest coś gorszego – powiedziała z pewnymi oporami.
– Nie może być.
– Mózg… Bryce czekał.
– Co? Co z jego mózgiem? – spytał w końcu.
– Przepadł.
– Przepadł?
– Jego czaszka jest pusta. Całkowicie pusta.
– Skąd możesz to wiedzieć, nie otwierając… Podniosła latarkę, przerwała mu:
– Weź to i zajrzyj mu w oczodoły.
Nie ruszył się. Teraz powieki nie przesłaniały mu oczu. Oczy miał szeroko otwarte, przestraszone.
Sama nie była w stanie utrzymać latarki. Ręce trzęsły się jej gwałtownie.
Też to dostrzegł. Wziął latarkę, odłożył na stolik obok zakrytego trupa. Ujął jej ręce i trzymał w swoich dużych, szorstkich, zaciśniętych dłoniach, grzał swym ciepłem.
– Nie ma nic w oczodołach, w ogóle nic, nic, całkiem nic, widać tylko tył czaszki.
Bryce uspokajająco rozcierał jej dłonie.
– Tylko mokra, wytrepanowana dziura – powiedziała. Mówiła coraz wyższym, coraz bardziej łamiącym się głosem. – Zżarło mu twarz, przeżarło się przez oczy, prawdopodobnie tak szybko, że nawet nie mrugnął, na litość boską, zżarło usta, wyrwało język z nasadą, oderwało dziąsła od zębów, przeżarło się przez podniebienie, Jezu, po prostu skonsumowało mózg i krew z całego ciała, prawdopodobnie wyssało ją dokumentnie i…
– Spokojnie, spokojnie – mówił Bryce.
Ale słowa wypadały z niej, grzechotały, brzęczały jak ogniwa łańcucha na rękach skazańca.
– …to w zaledwie kilkanaście sekund, to niemożliwe, cholera, do diabła, po prostu niemożliwe! Wyżarło – rozumiesz? Wyżarło funty tkanki – sam mózg ma sześć, siedem funtów – wyżarło w kilkanaście sekund!
Stała dysząc ciężko, z rękami w jego dłoniach.
Podprowadził ją do sofy przykrytej zakurzonym białym pokrowcem. Siedli obok siebie.
Nikt na nich nie patrzył.
Chwała Bogu, pomyślała Jenny. Lepiej żeby Lisa nie widziała mnie w takim stanie.
Bryce położył jej dłoń na ramieniu. Przemawiał cichym, uspokajającym tonem.
Rozdygotanie ustępowało stopniowo. Wciąż była przejęta. Wciąż wystraszona. Ale mniej rozdygotana.
– Lepiej?
– Jak mówi moja siostra, odpadłam i dałam ci popalić.
– Bynajmniej. Żartujesz, czy co? Ja nawet nie byłem w stanie wziąć od ciebie latarki i zajrzeć w te oczy. To ty miałaś odwagę zbadać ciało.
– Cóż, dzięki, że pomogłeś mi się pozbierać. Umiesz uspokoić stargane nerwy.
– Ja? Nic nie zrobiłem.
– Bardzo uspokajająco nic nie robisz.
Siedzieli w milczeniu, myśląc o rzeczach, o których nie chcieli myśleć.
– Ta ćma… – zaczął. Czekała.
– Skąd ona się wzięła?
– Z piekła?
– Widzisz inne możliwości? Jenny wzruszyła ramionami.
– Z ery mezozoicznej? – powiedziała półżartem.
– Kiedy to było?
– Za czasów dinozaurów.
Jego błękitne oczy zamrugały z ciekawością.
– Wtedy żyły takie ćmy?
– Nie wiem – przyznała się.
– Mogę sobie wyobrazić, jak unoszą się nad prehistorycznymi rozlewiskami.
– No. Polują na mniejszą zwierzynę i dokuczają tyranozaurom tak samo jak dzisiejsze letnie ćmy dokuczają nam.
– Ale jeśli to jest z mezozoiku, to gdzie ukrywało się przez ostatnie sto milionów lat? – zapytał. Tykały kolejne sekundy.
– Może to z laboratorium inżynierii genetycznej? – zastanawiała się. – Jakiś eksperyment z krzyżówkami DNA?
– Doszli już tak daleko? Mogą reprodukować całkiem nowe gatunki? Wiem tyle, co przeczytam w gazetach, ale myślałem, że całe lata dzielą ich od takich spraw. Że dalej ślęczą nad bakteriami.
– Chyba masz rację. Ale…
– Noo… Nic nie jest niemożliwe, skoro ta ćma żyje. Po chwili ciszy powiedziała:
– A co poza tym tu pełza albo fruwa?
– Zastanawiasz się, co spotkało Jake'a Johnsona?
– No. Co go porwało? Nie ćma. Jest zabójcza, ale nie dałaby rady zabić go po cichu i wynieść. – Westchnęła. – Wiesz, przedtem nie chciałam wyjeżdżać z miasta, bo bałam się, że rozniesiemy epidemię. Teraz nie chcę tego próbować, bo wiem, że nie ujdziemy z życiem. Zostaniemy zatrzymani.
– Nie, nie. Jestem pewien, że będziemy mogli was stąd wywieźć – powiedział Bryce. – Jeśli zdołamy dowieść, że sprawa nie ma związku z chorobą, jeśli ludziom generała Copperfielda uda się to wykluczyć, to oczywiście ty i Lisa natychmiast zostaniecie odesłane w bezpieczne miejsce.
Potrząsnęła głową.
– Nie. Tu coś jest, Bryce, coś o wiele bardziej przebiegłego i sprawniejszego niż ćma i ono nie chce, żebyśmy odjechali. Chce sobie z nami poigrać, zanim nas zabije. Nie pozwoli odejść nikomu, więc lepiej, do cholery, zorientujmy się, co to za ono i znajdźmy na to sposób, nim znudzi się zabawą.
W obu salach dużej restauracji zajazdu poukładane na stolikach krzesła przykryte były plastykowymi zielonymi pokrowcami. Teraz w pierwszej sali Bryce i inni zsunęli osłony, zdjęli krzesła i zaczęli przekształcać to miejsce w stołówkę.
W drugiej sali odsunęli meble, robiąc miejsce na materace, które później zniesie się z góry. Ledwie się wzięli do tej roboty, rozległ się z dala słaby, ale nie dający się pomylić z niczym innym hałas silników samochodowych.
Bryce podszedł do francuskiego okna. Spojrzał w lewo, w dół Skyline Road. Trzy wozy patrolowe policji okręgowej wspinały się po wzgórzu, czerwone koguty błyskały.
– Oto i są – oznajmił.
Poprzednio myślał, że posiłki znakomicie wzmocnią ich malejący oddziałek. Teraz pojął, że to wszystko jedno: dziesięciu ludzi więcej czy jeden.
Jenny Paige miała rację, kiedy powiedziała, że życia Stu Wargle'a nie uratowałoby siedzenie na podkomisariacie i oczekiwanie na posiłki.
Wszystkie światła w Zajeździe Na Wzgórzu i wszystkie lampy przy głównej ulicy zamigotały. Przygasły. Zgasły. Ale powróciły po zaledwie sekundowej ciemności.