Hiob: Komedia sprawiedliwości [Job: A Comedy of Justice - pl]
- Автор: Хайнлайн Роберт Энсон
- Год: 1992
- Язык: польский
- Год: Rebis
- ISBN: 83-05202-43-9
- Переводчик: Michal Jakuszewski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Hiob: Komedia sprawiedliwości [Job: A Comedy of Justice - pl]». Краткое содержание книги:
Jeśli kiedykolwiek znajdziecie się bez grosza przy duszy w nieznanym mieście, nie mając się do kogo zwrócić, a nie chcecie udać się na posterunek policji, i boicie się rozboju, istnieje tylko jedno miejsce, gdzie możecie się zwrócić po pomoc. Można je zwykle znaleźć w dzielnicy nędzy i występku.
Armia Zbawienia.
Gdy tylko dostałem w swoje ręce książkę telefoniczną, odszukanie adresu Armii Zbawienia zajęło mi tylko chwilkę (choć rozpoznanie telefonu zabrało już troszkę czasu; ostrzeżenie dla podróżników międzyświatowych — drobne zmiany mogą spowodować znacznie więcej trudności niż wielkie różnice).
Po dwudziestu minutach i lekkim błądzeniu Margrethe i ja dotarliśmy do misji. Na chodniku przed wejściem stała czteroosobowa orkiestra: waltornia, wielki bęben i dwa tamburyny. Wokół nich gromadził się tłum. Ćwiczyli „Opokę Wieków”. Szło im nieźle, choć przydałby im się baryton. Odczuwałem pokusę, aby się do nich przyłączyć. Lecz w odległości dwóch wystaw sklepowych przed misją Margrethe zatrzymała się, chwytając mnie za rękaw.
— Alec… czy musimy to robić?
— Hej? Co się stało, kochanie? Myślałem, że to ustaliliśmy.
— Nie, sir. Po prostu oznajmiłeś mi to.
— Hmm… może i tak było. Nie chcesz pójść do Armii Zbawienia?
Zaczerpnęła głęboki oddech i wydusiła to w końcu z siebie:
— Alec… nie byłam w kościele, odkąd… odkąd wyrzekłam się wiary luterańskiej. Iść teraz do kościoła!… Myślę, że to byłby grzech. (Dobry Boże, co mam począć z tym dzieciakiem? Porzuciła wiarę nie dlatego, że jest poganką… lecz dlatego, że jej zasady są jeszcze surowsze od twoich. Proszę cię o przewodnictwo — i to piorunem!)
— Kochanie, jeśli uważasz, że to grzech, nie zrobimy tego. Powiedz mi jednak, co mamy począć. Nie mam już więcej pomysłów.
— Och… Alec, czy nie ma innych instytucji, do których może się zwrócić człowiek w potrzebie?
— Ależ są! W tak dużym mieście kościół katolicki na pewno ma więcej niż jedno hospicjum. Znajdą się też inne misje protestanckie… Prawdopodobnie również żydowska. Ponadto…
— Miałam na myśli: nie związane z kościołem.
— Rozumiem. Margrethe, wiemy oboje, że to nie jest naprawdę moja ojczyzna. Wiesz zapewne o obowiązujących tu zasadach równie dużo co ja. Mogą tu istnieć schroniska dla bezdomnych całkowicie nie związane z kościołem. Nie jestem jednak tego pewien, gdyż kościoły z reguły monopolizują tę działalność, ponieważ nikt inny nie chce się tym zajmować. Gdyby było wcześnie rano, a nie późno wieczorem, spróbowałbym znaleźć coś pod nazwą Unia Dobroczynna, Fundusz Społeczny, czy coś podobnego i przyjrzeć się, co tam rozdają. Może by się coś znalazło. Teraz jednak… przychodzi mi do głowy jedynie odszukanie policjanta i poproszenie go o pomoc… a mogę ci z góry powiedzieć, co zrobi gliniarz w tej części miasta, gdy mu powiesz, że nie masz gdzie spać. Skieruje cię prosto do tej misji.
— W Kopenhadze albo Sztokholmie, czy Oslo — poszłabym prosto na posterunek. Wystarczy poprosić o nocleg i załatwione.
— Muszę ci przypomnieć, że to nie jest Dania ani Szwecja czy Norwegia. Tutaj mogliby nas przenocować — mnie zamknęliby razem z pijakami, a ciebie wśród prostytutek.
Rano moglibyśmy zostać oskarżeni o włóczęgostwo, bądź też o coś innego. Nie jestem pewien.
— Czy Ameryka naprawdę jest taka zła?
— Nie wiem, kochanie. To nie jest moja Ameryka. Wolę jednak tego nie sprawdzić na własnej skórze. Najdroższa, jeśli zapracuję na to, co nam dadzą, czy będziemy mogli przenocować w Armii Zbawienia, nie wywołując u ciebie poczucia grzechu?
Zastanowiła się nad tym poważnie. Największą wadą Margrethe był całkowity brak poczucia humoru. Dobry charakter — na mur. Cudowna towarzyszka — tak jest. Poczucie humoru? „Życie jest poważną sprawą…”
— Alec, jeśli będzie to można załatwić, mogę tam wejść. Ja również będę pracować.
— To zbyteczne, kochanie. Jest tu zapotrzebowanie na moją specjalność. Gdy skończą dzisiaj karmienie wyrzutków, pozostanie im wielki stos brudnych naczyń — a masz przed sobą mistrza wagi ciężkiej całego Meksyku i „los Estados Unidos” w ich zmywaniu.
Zmywałem więc naczynia. Pomogłem też rozdać śpiewniki z hymnami oraz zorganizować wieczorne nabożeństwo. Udało mi się także pożyczyć maszynkę do golenia wraz z żyletką od brata Eddiego McCaw, który był tu adiutantem. Opowiedziałem mu, w jaki sposób się tu znaleźliśmy.
Przebywaliśmy na wakacjach na Meksykańskiej Riwierze. Opalaliśmy się na plaży, gdy nastąpiło trzęsienie ziemi… cały szereg kłamstw, które przygotowałem dla Urzędu Imigracyjnego i których nie miałem okazji wygłosić.
— Straciliśmy wszystko. Pieniądze, czeki podróżne, paszporty, ubrania, bilety do domu. Dosłownie wszystko. I tak można powiedzieć, że mieliśmy szczęście. Uszliśmy z życiem.
— Pan miał was w Swych ramionach. Mówisz, że byłeś ponownie narodzony?
— Wiele lat temu.
— Naszym zbłąkanym owcom przyniesie pożytek, jeśli będą się mogły otrzeć o ciebie. Gdy przyjdzie czas na danie świadectwa, czy opowiesz im o tym? Jesteś tu pierwszym świadkiem naocznym. Oczywiście poczuliśmy to tutaj, ale tylko naczynia się zakołysały.
— Z chęcią dam świadectwo prawdzie.
— Cieszę się. Chodź, dam ci tę maszynkę.
Złożyłem więc świadectwo, dając im wierny i straszliwy opis trzęsienia ziemi, choć nie był on równie przerażający jak prawda — mam nadzieję, że nigdy już nie zobaczę szczura — po czym podziękowałem publicznie Panu, że Margrethe i ja nie zostaliśmy ranni i stwierdziłem, że była to moja najszczersza modlitwa od lat.
Wielebny Eddie poprosił tę salę pełną cuchnących wyrzutków, aby połączyła się z nim w modlitwie dziękczynnej za to, że brat i siostra Graham zostali ocaleni. Była to dobra, podnosząca na duchu modlitwa, w której znalazło się wszystko, poczynając od Jonasza. Wywołała ona okrzyki: „Amen!” na całej sali. Pewien stary pijaczek podszedł do mnie i oświadczył, że dostrzegł wreszcie Bożą łaskę i miłosierdzie i jest teraz gotów poświęcić swe życie Chrystusowi. Brat Eddie odmówił nad nim modlitwę, po czym zaprosił innych, aby również wystąpili. Dwóch uczyniło to. Brat Eddie był urodzonym kaznodzieją. Dostrzegł w naszej opowieści temat do wieczornego kazania i wykorzystał go, opierając się na cytatach z Łukasza — 15, 10 oraz Mateusza — 6, 19. Nie wiem, czy miał przygotowane kazanie oparte na tych wersetach. Prawdopodobnie nie, gdyż każdy kaznodzieja wart tego miana może kazać w nieskończoność, opierając się na którymkolwiek z nich. Tak czy inaczej wykazał się szybką orientacją i wykorzystał w pełni naszą nieprzewidzianą obecność.
Był z nas zadowolony i jestem pewien, że z tego powodu, gdy wychodziliśmy po kolacji po nabożeństwie, powiedział nam, że choć oczywiście nie mają osobnych pokojów dla par małżeńskich, które rzadko gościły w misji, zanosi się jednak, że siostra Graham będzie dzisiaj spać sama w sypialni dla sióstr, dlaczego więc nie miałbym się przespać tam, zamiast razem z mężczyznami? Nie ma podwójnych łóżek, tylko piętrowe prycze — niestety! Przynajmniej jednak bylibyśmy w tym samym pokoju.
Podziękowałem i udaliśmy się uszczęśliwieni do łóżka. Dwoje ludzi może dzielić ze sobą bardzo wąskie łóżko, jeśli naprawdę pragną spać razem.
Następnego ranka Margrethe ugotowała śniadanie dla wyrzutków. Poszła do kuchni i zgłosiła się na ochotnika. Musiała zrobić wszystko sama, ponieważ etatowy kucharz nie przygotowywał śniadania, lecz tradycyjnie robił to ten, komu akurat przypadł dyżur. Śniadanie nie wymagało dyplomu sztuki kulinarnej — owsianka, chleb, margaryna, małe pomarańczki (z odrzutu?) i kawa. Pozostawiłem ją samą, aby pozmywała naczynia, każąc jej czekać, aż wrócę.