Rozstaje zmierzchu
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #10
- Год: 2004
- Язык: польский
- Переводчик: Ewa Wojtczak
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Rozstaje zmierzchu». Краткое содержание книги:
Opiekunowie koni wykonywali wprawdzie w widowisku wszystkie niezbędne prace związane z oporządzaniem zwierząt: od czyszczenia pastwisk z gnoju oraz sprzątania klatek i boksów aż po stawianie i demontaż namiotu, tym niemniej na samą myśl o poleceniu przekopania zamulonego kanału w Rahad mężczyzna zadrżał, gdyż była to dla niego najwidoczniej perspektywa gorsza od zawiśnięcia na szubienicy.
— Wspomniałem coś o rozmowie z kimś? — zaprotestował Col, rozkładając ręce. — Pytałem tylko, jak długo mamy tu siedzieć, nic więcej. I spytałem, kiedy zobaczymy trochę obiecanych monet.
— Będziemy tu siedzieć tak długo, jak każę. — Nadzwyczajne, że Egeanin bez podnoszenia głosu i mimo typowego dla Seanchan cedzenia słów potrafiła przemawiać twardo, a polecenia wydawała tonem, który słuchaczom kojarzył się z odgłosem wysuwanego z pochwy ostrza. — Zobaczycie swoje pieniądze, kiedy dotrzemy do celu. Najwierniejsi otrzymają dodatkową premię, zamyślających zdradę zaś czeka zimny grób!
Col otoczył się szczelniej mocno połatanym płaszczem i szerzej otworzył oczy. Wyraźnie starał się wyglądać na oburzonego lub może niewinnego, ale prawdopodobnie myślał jedynie o tym, by Egeanin podeszła do niego bliżej, dzięki czemu mógłby jej skraść sakiewkę.
Mat zazgrzytał zębami. Przede wszystkim złoto, którym kobieta tak chętnie szafowała, należało do niego, nie do niej. Egeanin posiadała co nieco, lecz nawet w przybliżeniu nie tak dużo. Co ważniejsze, znów usiłowała przejąć kontrolę. O Światłości, gdyby nie on, nadal wszak tkwiłaby w Ebou Dar, starając się unikać Poszukujących... a może nawet wpadłaby już w ich łapy. Tak, tak, gdyby nie on, nigdy by też nie pomyślała o kryjówce tak blisko Ebou Dar, dzięki której jakże łatwo zmylić pościg. I bez wątpienia nie trafiłaby do widowiska Luki. Skąd jednak wzięli się tu żołnierze? Seanchanie, choćby podejrzewając obecność Tuon, wysłaliby stu ludzi albo i tysiąc. Jeśliby natomiast sądzili, że gdzieś niedaleko przebywa Aes Sedai... Nie, nie. Petra i Clarine nie wiedzieli przecież, że pomagają w ukryciu Aes Sedai, mogliby jednak wspomnieć o sul’dam i damane, co żołnierzom bez wątpienia dałoby do myślenia. Mat dotknął tkwiącego pod płaszczem medalionu z godłem lisiego łba. Nosił go i we śnie, i na jawie, licząc na to, że medalion w odpowiednim momencie go ostrzeże.
Nigdy nie brał pod uwagi ucieczki konno i to nie tylko dlatego, że Col i tuzin jemu podobnych powiadomiłoby w takim przypadku Seanchan, zanim jeszcze zniknąłby im z pola widzenia. Ludzie, których znał, nie żywili szczególnej animozji ani do niego, ani do Egeanin — nawet żonglujący mieczami Rumann czy związana z nim akrobatka imieniem Adria — jednak niektórym na pewno trudno było się oprzeć pokusie zarobienia dodatkowej garści złota. Na szczęście w chwili obecnej nie słyszał we własnej głowie żadnego ostrzegawczego łomotu. A w tym namiocie znajdowali się ludzie, których nie mógł zostawić.
— Jeśli nie przeszukują terenów, nie mamy się czym martwić — oświadczył stanowczo. — Ale dzięki za ostrzeżenie, Petra. Nigdy nie lubiłem być zaskakiwany.
Siłacz wykonał krótki gest, sugerujący, że nie zrobił niczego wielkiego, jednak Egeanin i Clarine spojrzały na Mata przerażone, jakby wcześniej kompletnie o jego osobie zapomniały. Nawet Col i jednooki gbur po słowach Cauthona zamrugali gwałtownie. Rozgniewany Mat zacisnął zęby, starając się znów nimi nie zgrzytać.
— Przejdę się może w pobliżu wozu Luki i rozejrzę wokół. Leilwin, ty i Noal odszukacie Olvera i zostaniecie z nim — dodał.
Wszyscy lubili tego chłopca, Mat wolałby mieć oboje z głowy, samotnie się wyprawić na zwiad i może co nieco podsłuchać. A w razie konieczności natychmiastowej ucieczki Egeanin i Noal mogliby pomóc wydostać się stąd także chłopcu. Oby Światłość do tego nie dopuściła! Nagła konieczność ucieczki stanowiłaby z pewnością nie lada katastrofę.
— No cóż, przypuszczam, że nikt nie żyje wiecznie — westchnął Noal, odbierając od jednookiego wędkę i kosz.
Ten stary diabeł, niech sczeźnie, potrafiłby rozbawić nawet umarłego! Marsowa mina Petry wyraźnie się jednak pogłębiła. Żonaci mężczyźni stale się czymś trapią. Między innymi dlatego Mat nie palił się do ożenku. Noal zniknął już za rogiem, jednooki zaś popatrzył tęsknie za rybami. Cauthon pomyślał, że i on nie ma chyba wszystkich klepek w porządku. I ten prawdopodobnie miał gdzieś żonę.
Mat naciągnął sobie czapkę niemal na oczy. Nadal nic mu w głowie nie grzechotało. Starał się nie myśleć, ile razy — mimo braku ostrzegawczego alarmu — cudem uniknął podcięcia gardła lub śmiertelnego ciosu w głowę. W przypadku prawdziwego niebezpieczeństwa na pewno otrzymałby ostrzeżenie. Na pewno i bez wątpienia!
Nie zrobił nawet trzech kroków ku wozowi Luki, gdy Egeanin podbiegła do niego i otoczyła go ramieniem w talii. Zatrzymał się w pół kroku, przypatrując jej się złowrogo. Egeanin opierała się jego rozkazom niczym złowiony pstrąg walczący z wędką, tym razem jednak chodziło o coś więcej niż o opór.
— Co twoim zdaniem robisz?! A jeśli ten seanchański oficer cię rozpozna? — Coś takiego wydawało się równie mało prawdopodobne jak pojawienie się w namiocie samej Tylin, Mat wszakże ze wszystkich sił starał się w tej chwili pozbyć Egeanin.
— Jak duże jest ryzyko, że znam tego człowieka? — zadrwiła. — Nie mam... — skrzywiła się na moment — ...nie miałam... wielu przyjaciół po tej stronie oceanu i ani jednego w Ebou Dar. — Dotknęła opadającego na piersi warkocza czarnej peruki. — Zresztą — dodała posępnie — w tym przebraniu nawet własna matka by mnie nie poznała.
Uprzytomnił sobie, że jeśli nie przestanie zaciskać zębów, w końcu je sobie połamie. Sprzeczka z Egeanin w tym miejscu i w tym momencie była bardziej niż bezużyteczna, jednak w umyśle Cauthona wciąż świeże pozostało spojrzenie, jakim ta kobieta obrzucała seanchańskich żołnierzy.
— Nie możesz patrzeć na ludzi z furią — ostrzegł ją. — Najlepiej w ogóle na nich nie patrz.
— Jestem poważną eboudarianką — obruszyła się wyzywającym tonem. — Umówmy się, że ty poprowadzisz całą rozmowę. — Najwyraźniej go przestrzegała.
O Światłości, te kobiety! Często utrudniają najnormalniejsze nawet sprawy, a Egeanin chyba zawsze i wobec wszystkiego się buntowała. Za chwilę Mat naprawdę połamie sobie zęby!
Za wejściem główna ulica widowiska wiła się wśród wozów przypominających te używane przez Druciarzy — wozy z dyszlami umieszczonymi przy siedzeniach woźniców tkwiły pod ścianami namiotu niczym spore domy na kółkach. Większość tych wozów pomalowano jaskrawo: na różne intensywne odcienie czerwieni, zieleni, żółci lub błękitu; płócienne budy również były barwne, niektóre pasiaste. Tu i ówdzie, często przy uliczkach, stały drewniane estrady, na których mogli występować mieszkańcy wozów, czyli członkowie widowiska. Kolorowy materiał zaczynał już wyglądać na nieco brudny. Szeroki trakt, liczący blisko trzydzieści stóp i ubity przez tysiące nóg twardo niczym droga, przecinał zajmowany przez widowisko obszar. Wiatr pędził jasnoszare wstęgi dymu wznoszącego się z cynowych kominów umieszczonych na dachach wozów lub plandekach namiotów. Większość mieszkańców wyszła teraz prawdopodobnie na śniadanie lub nadal leżała w łóżkach. Z reguły — którą Cauthon pochwalał — wstawali późno, a w tym chłodzie nikt nie miał ochoty jeść na dworze przy ognisku kucharza. Mat zobaczył więc tylko jedną osobę — Aludrę, która zawinąwszy nad łokcie rękawy ciemnozielonej sukienki, rozcierała coś, tłukąc tłuczkiem w brązowym moździerzu na stole rozłożonym przy jej intensywnie niebieskim wozie, tuż za rogiem, na jednej z węższych bocznych uliczek.