Pelagia i czerwony kogut
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Prowincjonalny kryminał #3
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: Noir sur Blanc
- ISBN: 83-7392-078-1
- Переводчик: Henryk Chłystowski
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Pelagia i czerwony kogut». Краткое содержание книги:
I co może być bardziej podniecającego niż rozwiązywanie zadania, które wydaje się przekraczać granice możliwości?
Jakow Michajłowicz wierzył święcie w nieograniczoną potencję ludzkiego umysłu. W każdym razie własnego.
Powyłamywał palce, pocmokał grubymi wargami, stęknął sobie nawet i mimo wszystko znalazł rozwiązanie. A jakie czyste, piękne – po prostu cudo!
Nie potrzeba żadnej publiczności, nie potrzeba wielu oczu. Tutaj, jak niemal w każdej sprawie, ważna jest nie ilość, lecz jakość. Niechaj będzie jedna para oczu, ale zastępująca cały tłum świadków (którzy nie wiadomo jeszcze, co zobaczą, czego się domyśla i co zeznają w czasie przesłuchań). Jeśli mniszka umrze na oczach tego, który sam kieruje śledztwami, żadne przesłuchania, przepytywania w ogóle nie będą potrzebne. Bo co – nie uwierzy własnym oczom? Uwierzy, nie będzie miał wyjścia.
No, no.
Prokurator okręgowy Berdyczowski co wieczór odprowadza mniszkę z siedziby archijereja do służbowego mieszkania. Dowozi swoją dwukółką do samego domu, pomaga wysiąść. Zawsze czeka, dopóki nie wejdzie ona na ganek i nie otworzy drzwi.
Co tu można wymyślić?
Spowodować, żeby koń poniósł? W pewnym miejscu, na zakręcie ze Szlacheckiej, jest w pobliżu urwisko.
Konia ma prokurator spokojnego, ale jeśli palnąć mu z dmuchawki w bok kolcem posmarowanym czymś żrącym, poniesie aż miło.
Ryzykowne.
Przede wszystkim może wyskoczyć, przecież to sportsmenka. Wykręci się jakimś byle złamaniem.
Albo zabiją się, ale obydwoje. Tego tylko brakowało!
Od ogólnej idei kluczowego świadka do właściwego olśnienia droga nie była daleka. Pomysł przyszedł prawie natychmiast, i to taki, że Jakow Michajłowicz aż świsnął z zadowolenia. Zawrócił, kierowany natchnieniem. Nie wbiegł, ale, rzec by można, wzleciał na ganek i przytknął nos do samej klamki, przyświecając sobie malutką latarką elektryczną.
Tak jest!
Za sprawą ludzkiego umysłu poszerzyły się granice możliwości.
Prokurator zobaczy wszystko na własne oczy. Tuż pod jego haczykowatym nosem Jakow Michajłowicz skończy z rudą mniszką, a pan Berdyczowski niczego nie zrozumie i nie spostrzeże.
Tu macie prawdziwy impresjonizm i prawdziwe piękno, to nie to, co urządzać głupie zawały w jaskiniach.
Nazajutrz, o dziesiątej wieczorem, specjalista od czystej roboty znowu pojawił się na cichej peryferyjnej ulicy, tyle że przebrany był nie za rzemieślnika, ale za tandeciarza.
Ulokował się naprzeciwko szkoły. Chodził, leniwie pokrzykując: „Starzyznę, butelki skupujemy! Szmaty, gałgany bierzemy!" – bardziej z profesjonalizmu aniżeli dla sprawy.
Jak ustalił wcześniej, ludzie o tej porze po ulicy nie chodzą, szmat i butelek oddawać nie będą.
Na ganek wszedł zaledwie na minutkę, dłużej nie było trzeba. Klamka przy drzwiach była najzwyklejsza: drewniana rączka, przybita gwoźdźmi, przy czym Bóg jeden wie, ile lat temu – główki dawno zardzewiały. Jakow Michajłowicz wbił jeszcze jeden, cienki, ale nieco na ukos, tak że czubeczek wyszedł odrobinę z drugiej strony – akurat tam, gdzie chwytało się palcami. Sterczący koniec Jakow Michajłowicz posmarował jakąś cieczą z flakonika – z niezwykłą ostrożnością, włożył nawet rękawiczki.
Fachowiec zawsze brał ze sobą w podróż służbową specjalną apteczkę: rozmaite flaszeczki, probóweczki na każdą możliwą okoliczność.
Zadrapać palec o klamkę to istne głupstwo, każdemu może się zdarzyć.
Rankiem opuchlizna. Pod wieczór temperatura. Symptomy wskazujące na zakażenie krwi: zaraz też i dreszczyki, i obfite pocenie się, i żółknięcie skóry. Następnego dnia silna gorączka, maligna. Tego samego wieczoru, a jeśli serce silne, to najpóźniej nad ranem – wieczne odpoczywanie. I żadnych podejrzeń, zwykły życiowy przypadek. Najważniejsze zaś, że będzie to wszystko obserwował prokurator. Usłyszy, jak ona, ukłuwszy się, krzyknie. Kto mógłby przypuszczać, że takie głupstwo wywoła posocznicę? Nikt. Zrządzenie Boże.
Jakow Michajłowicz zajął pozycję w krzakach. Czekał.
Przyjechali za dwadzieścia jedenasta, zaczynał się już denerwować. Dzisiaj prokurator nie tylko wysadził towarzyszkę, ale z galanterią odprowadził ją do samych drzwi. To jeszcze lepiej – niechaj napatrzy się z bliska.
Ruda ujęła klamkę, pociągnęła, krzyknęła.
Jak było przewidziane.
Usłyszawszy ciche „ach!", Jakow Michajłowicz cmoknął i wycofał się, a po pięciu sekundach całkowicie rozpłynął w ciemności.
Sprawa zakończona. Jak to się mówi, reszty dokona natura.
Zakochany prokurator
Radcy stanu Matwiejowi Bencjonowiczowi Berdyczowskiemu, mądremu i rzeczowemu trzydziestodziewięcioletniemu mężczyźnie, przydarzyło się nieszczęście, jakiego obawiał się przez całe swoje małżeńskie pożycie, niezwykle szczęśliwe, a ponadto pobłogosławione licznym potomstwem.
Miłość Matwieja Bencjonowicza do żony w ciągu wielu spędzonych wspólnie lat przebyła kilka naturalnych faz i na trwałe weszła w ramy przyjaznego przyzwyczajenia i pełnego pokrewieństwa dusz, niewymagającego czułych słówek i wzniosłych czynów. Maria Gawriłowna, która w wieku osiemnastu lat odznaczała się płomiennym, romantycznym usposobieniem, po urodzeniu trzynaściorga dzieci całkowicie zatraciła owe pierwotne cechy – pojawiły się skłonności i troski ważniejsze. Na przykład: jak utrzymać rodzinę za pobory męża, skądinąd zupełnie przyzwoite, ale to przecież cała piętnastka!
Po trzydziestce pani Berdyczowska przekształciła się w kwitnącą, spokojną damę o statecznym, twardym charakterze, bez najmniejszych wątpliwości na temat tego, co w życiu jest ważne, a co jest głupstwem i na uwagę nie zasługuje.
Matwiej Bencjonowicz cenił owe zalety żony, najbardziej jednak zachwycała go niedostępna dla mężczyzny ofiarność wobec tych, których Maria Gawriłowna kochała – miłością bezwarunkową, naturalną, pozbawioną jakiejkolwiek afektacji.
Odwrotnie było z samym Berdyczowskim, u którego z upływem lat żarliwość wyobraźni i marzycielstwo raczej się wzmogły. Jak każdy zdrowy mężczyzna oglądał się za pięknymi lub zwyczajnie pociągającymi kobietami (a takich zawsze znajdzie się wokół aż nadto) i jeśli jakaś szczególnie mu się podobała, zaraz pojawiał się lęk: a jak się zakocham? I fantazja natychmiast zaczynała rysować tak straszne następstwa, tak przerażające dramaty, że starał się trzymać od niebezpiecznej osoby jak najdalej. Zakochać się w obcej kobiecie, kiedy ma się wierną żonę i trzynaścioro latorośli, byłoby dla szacownego człowieka czymś absolutnie niedopuszczalnym.
Do czasu Bóg litował się nad Matwiejem Bencjonowiczem i nie doświadczał go ponad miarę. A może raczej tak: prawdziwa pokusa to nie ta, którą od razu widać. Bardzo możliwe, że czarodziejki, których unikał Berdyczowski, nie były dla niego rzeczywistym zagrożeniem, albowiem kto uprzedzony, ten uzbrojony. Jak to zwykle się zdarza, zguba czyhała na cnotliwego męża tam, gdzie, wydawałoby się, nie ma się czego bać.
Bo czyż może komuś przyjść do głowy, by wystrzegać się miłosnych pokus ze strony mniszki? Po pierwsze, zakonnica to istota, by tak rzec, pozbawiona właściwości płciowych.
Po drugie, siostra Pelagia nie miała nic wspólnego z żeńskim typem, po którym Matwiej Bencjonowicz spodziewał się zamachów na swoje serce. O kołatanie przyprawiały je zwykle pulchne blondynki z dołeczkami albo przeciwnie, kształtne brunetki o władczym spojrzeniu i z delikatnym łukiem bezbronnej białej szyi. A ta była ruda, piegowata i w dodatku w okularach.