Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Pelagia i czerwony kogut - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pelagia i czerwony kogut

Электронная книга - «Pelagia i czerwony kogut». Краткое содержание книги:

Na płynącym Rzeką parowcu Jesiotr zebrało się barwne towarzystwo pielgrzymujących do Ziemi Świętej. Wśród pasażerów są tez znajdy, odstępcy od wiary prawosławnej, którym przewodzi charyzmatyczny Manujła. Sytuacja nabiera dramatyzmu, gdy w kajucie ktoś znajduje jego zwłoki. A jeszcze większą niespodzianką okaże się ujawnienie prawdziwej tożsamości domniemanego proroka. Próby wyjaśnienia tajemnicy Manujły zawiodą Pelagię najpierw do małej wioski, zagubionej w nieprzebytych poduralskich lasach, a następnie do Ziemi Świętej, dokąd podąży za nią bezwzględny prześladowca. Pojawi się również czerwony kogut, który swoim pianiem sprawia, że rozstępują się ciemności i światło dnia zmusza do ucieczki demony nocy potrafi on wskazać wyjście z jaskini, a taka pomoc będzie siostrze Pelagii bardzo potrzebna.
1 ... 32 33 34 35 36 37 38 39 40 ... 104
Перейти на страницу:

Po trzecie, była to osoba znana od dawna, by tak rzec, swoja, to znaczy, wedle rozpowszechnionego wśród mężczyzn błędnego mniemania, w sensie romantycznym niegroźna. Chociaż właśnie tutaj najczęściej dochodzi do dramatów: wcześniej w ogóle nieinteresująca kobieta nagle, z powodu byle drobiazgu, zasnuje się zwiewną mgiełką i rozpromieni blaskiem. Pochwycisz się za serce, zawołasz: ślepcze, gdzie miałeś dotąd oczy? I już jest za późno, żeby cokolwiek zmienić, żeby się wycofać – można powiedzieć, że dokonały się wyroki losu.

To właśnie przytrafiło się Berdyczowskiemu – mgiełka, blask, serce.

Zaczęło się od podziwu dla umysłu, odwagi i talentu Pelagii. W tamtym czasie Matwiej Bencjonowicz myślał o swoich uczuciach wobec mniszki jako o naznaczonej szacunkiem przyjaźni i nie zastanawiał się, dlaczego w jej towarzystwie jest mu tak dobrze. Przyjaciołom powinno być razem dobrze, czyż nie?

A potem, pewnego szczególnie jasnego dnia, już po powrocie siostry ze Stroganowki, olśnił go wspomniany drobiazg. Ową chwilę prokurator zapamiętał tak wyraźnie, że wystarczyło mu zamknąć oczy, by ujrzeć wszystko na nowo jak żywe.

Pelagia przycinała róże, przyniesione władyce z oranżerii, i upuściła nożyce do kryształowego wazonu z wodą. Podciągnęła rękaw, aby wsunąć tam rękę. Serce Matwieja Bencjonowicza nagle zamarło. Nigdy w życiu nie widział czegoś równie zmysłowego jak ta delikatna, obnażona ręka, która wysunęła się z czarnego rękawa riasy i zanurzyła w skrzącej wodzie. Oblizawszy wyschłe wargi, radca stanu zupełnie jakby po raz pierwszy zobaczył twarz czernicy: biała skóra, cała obsypana złotym pyłkiem, pełne łagodnego światła oczy... Tej twarzy nie dało się nazwać ładną czy choćby regularną, a jednak była ona bez żadnych wątpliwości piękna.

Tego dnia Berdyczowski wyszedł od władyki wcześnie, tłumacząc się pracą. Był jak ogłuszony, wręcz chwiał się na nogach. Przybywszy do domu, popatrzył na żonę ze strachem – przestał ją nagle kochać? Teraz zobaczy swoją Maszeńkę nie przez przychylne okulary miłości, ale taką, jaka jest w rzeczywistości: otyła, zabiegana, o grubym głosie.

Wypadło jeszcze gorzej. Miłość do żony nie zniknęła, przestała jednak zajmować główne miejsce w jego życiu.

Posiadając prawy i szlachetny charakter, Matwiej Bencjonowicz dręczył się strasznie. Co za podłość, co za nieuczciwość, co za trywialna historia: mąż tuż przed czterdziestką ochłódł w stosunku do żony, która utraciła uroki młodości, i zakochał się w innej. Jakby to żona była winna, że przywiędła, rodząc mu dzieci i zapewniając spokojne, szczęśliwe życie!

W pierwszych dniach po strasznym odkryciu prokurator przestał wieczorami chodzić do władyki, kiedy można tam było spotkać Pelagię.

Trzeciego dnia nie wytrzymał. Powiedział sobie: „Maszy nigdy w życiu nie rzucę i nie zdradzę, ale przecież serce nie sługa. Na szczęście ona jest mniszką, a zatem coś takieg o jest niemożliwe podwójnie, a nawet do kwadratu". Tym uspokoił sumienie.

Ponownie zaczął bywać u przewielebnego.

Patrzył na Pelagię, słuchał. Był gorzko, nieprzytomnie szczęśliwy. Tak uwierzył w niemożność czegoś takiego, że przyjął za regułę odwożenie czernicy własną kolaską do szkoły. Owe jazdy stały się dla Matwieja Bencjonowicza najważniejszym wydarzeniem dnia, sekretną rozkoszą, na którą czekał od wczesnego ranka. Dziesięć minut razem na wąskim siedzeniu. Czasami, na zakręcie, dotyk łokcia. Pelagia, rzecz jasna, w ogóle tego nie zauważała, przez prokuratora zaś przetaczała się słodka fala, od splotu słonecznego w dół.

Był jeszcze i deser: podanie ręki, kiedy będzie wysiadała z kolaski. Mniszki wszak rękawiczek nie noszą. Dotknąć jej skóry – leciutko, ani na sekundę nie przedłużając kontaktu. Co znaczą wszystkie zmysłowe uniesienia w porównaniu z tą krótką chwilą?

W drodze przeważnie milczeli. Pelagia rozglądała się na boki, Berdyczowski całą swą postawą pokazywał, że pochłania go powożenie. Tymczasem zaś marzył: są mężem i żoną, wracają do domu z wizyty. Zaraz wejdą do pokoju, ona z roztargnieniem pocałuje go w policzek i pójdzie do łazienki, by przygotować się do snu...

W podobnych chwilach Matwiejowi Bencjonowiczowi marzyło się najcudowniej, zwłaszcza jeśli wiosenny wieczór był tak piękny jak teraz. Aby przedłużyć iluzję, prokurator pozwolił sobie na swobodę – pożegnał się nie przy kolasce jak zazwyczaj, ale odprowadził mniszkę do samego ganku.

Urządził sobie całą orgię: nie dość, że lekko ścisnął dłoń, pomagając pasażerce wysiąść z dwukółki, to potem jeszcze nadstawił łokieć.

Pelagii ani trochę nie zdziwiła zmiana w rytuale – nie przydawała temu znaczenia. Ujęła go pod rękę, uśmiechnęła się.

– Cóż za wieczór... Cudo!

Berdyczowskiemu zaraz zaświtała śmiała idea: odprowadzanie od kolaski na ganek podnieść do rangi zwyczaju. Ponadto: czy nie wprowadzić pożegnalnego uścisku dłoni? Bo niby cóż takiego? Mniszek nie całuje się w rękę, uścisk dłoni zaś to rzecz całkiem na miejscu, niewinna i przyjacielska.

Na ganku prokurator podniósł kaszkiet – lewą ręką, żeby prawa była wolna, ale mimo wszystko nie zdecydował się jej podać, a Pelagii nie przyszło to do głowy.

– Spokojnej nocy – pożegnała się.

Ujęła klamkę i nagle krzyknęła – miło, bezbronnie, po dziewczęcemu. Cofnęła dłoń i Berdyczowski zobaczył na serdecznym palcu kropelkę krwi.

– Gwóźdź wyszedł! – powiedziała z irytacją mniszka. – Już dawno czas zrobić nową rączkę, miedzianą.

Sięgnęła po chusteczkę.

– Proszę pozwolić! – zawołał Matwiej Bencjonowicz, wprost nie wierząc własnemu szczęściu. – Chusteczką nie wolno, co też pani! A jeśli, nie daj Boże, tężec się wda...! Mogą tam być mikroby! To trzeba wyssać, tak czytałem... w pewnym artykule.

I całkiem stracił głowę – pochwycił Pelagię za rękę, podniósł ukłuty paluszek do ust.

Tak się zdumiała, że nie próbowała się uwolnić. Popatrzyła tylko na troskliwego prokuratora w szczególny sposób, zupełnie jakby zobaczyła go po raz pierwszy.

Domyśliła się?

Ale teraz Berdyczowskiemu było wszystko jedno. Od ciepła jej ręki, od smaku krwi zakręciło mu się w głowie – niczym wygłodzonemu wampirowi.

Matwiej Bencjonowicz ze wszystkich sił wciągnął słoną ciecz. Żałował tylko jednego – że nie jest to ukąszenie śmiertelnie jadowitej żmii.

Pelagia oprzytomniała i wyrwała palec.

– Proszę wypluć! – nakazała. – Kto wie, jakie mogły być tam brudy!

Delikatnie splunął w chusteczkę, choć, rzecz jasna, wolałby wszystko połknąć. Już żałując swego porywu, wymamrotał zmieszany:

– Natychmiast wyciągnę ten paskudny gwóźdź.

Ach, źle! Domyśliła się, na pewno się domyśliła! Przy jej bystrości... Teraz koniec, zacznie stronić ode mnie i unikać spotkań!

Zdjął z hołobli latarnię, a ze skrzynki pod siedzeniem wyjął cęgi (w ekwipażu rzecz niezbędna, by usunąć drzazgę z kopyta, jeśli koń okuleje).

Na ganek wrócił poważny i skupiony. Wyciągnął zdradliwy gwóźdź, pokazał.

– Dziwne – powiedziała Pelagia. – Czubek rdzawy, a główka błyszczy. Jakby dopiero co został wbity.

Berdyczowski przyświecił latarnią. Zobaczył, że czubek połyskuje. Od krwi? Tak, od krwi także. Ale gwóźdź połyskiwał i wyżej, czymś oleistym, o jaśniejszej barwie.

Prokuratorowi zaparło dech, tyle że tym razem już nie z powodu miłosnych uniesień.

1 ... 32 33 34 35 36 37 38 39 40 ... 104
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)