Czas żyć czas zabijać
- Автор: Жамбох Мирослав
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: Fabryka Słów
- ISBN: 9788375748017
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Czas żyć czas zabijać». Краткое содержание книги:
- Podsłuchałem rozmowę ludzi Koharowa - odpowiedział spokojnie Trimitri. - Dasz mi to, co obiecałeś? - Powrócił do jedynej kwestii, jaka go interesowała. - Swojego słowa dotrzymam wtedy z łatwością.
Jednostajna intonacja słów nie pozwalała baronowi odgadnąć nastawienia Trimitriego, przez co spiął się cały w oczekiwaniu na problemy. Jego ludzie zareagowali podobnie. Jeśli Evan odmówi, będzie walka.
Czarodziej jednak przytaknął, sięgnął bez patrzenia do jednego z juków i wydobył zeń dwie duże, połyskujące srebrzyście igły. Jednak kiedy Coverfly przyjrzał im się uważniej, zauważył, że iglane ostrza były tylko na jednym z końców, przeciwległe rozszerzały się i przechodziły w puste rurki.
- Oto one. - Czarodziej podał bandycie przedmioty.
- Mnie nie oszukasz! - syknął nagle Trimitri. - Chcę wiedzieć, jak to działa!
Zmiana tonu głosu powiedziała baronowi, że jego przypuszczenia okazały się jak najbardziej prawidłowe. Trimitri był całkowicie niepoczytalny.
- A zatem chcesz wiedzieć, jak to działa, tak? - warknął Evan. Podprowadził swego konia bliżej przywódcy Czarnych Jeźdźców, tak że nieomal stykali się teraz głowami.
- No to przypatrz się uważnie, żeby nie przyszło ci do głowy mnie oszukać!
Oni wszyscy są chorzy na umyśle, zdecydował Coverfly i położył dłoń na rękojeści miecza. Fram trzymał swoją schowaną za plecami, zaś Hoovery szykował buzdygan, który najlepiej sprawdzał mu się podczas walki w siodle.
Coverfly chciał krzyknąć, że przecież w ten sposób żadnych negocjacji się nie prowadzi, ale czarodziej już spiął konia i ruszył na jeźdźca, którego Trimitri miał po swojej prawej stronie. Igła błysnęła w słońcu, po czym z obrzydliwym mlaśnięciem wbiła się w pierś najmłodszego z Czarnych Jeźdźców, przechodząc gładko między kółeczkami kolczugi ukrytej pod płaszczem.
Młodzieniec puścił lejce i chciał wyrwać sterczącą mu z piersi igłę, ale jedyne, co zdołał, to położyć na niej słabnące ręce.
- Przyglądajcie się! - syknął czarodziej, zanim Jeźdźcy zdecydowali się zaatakować.
Z pustego końca igły zaczęła wypływać krystalicznie czysta woda. Niczym zaintrygowane dziecko Trimitri pochylił się w siodle, aby móc się lepiej przyjrzeć. Potem jakby się opamiętał, skinął ręką na jednego ze swoich towarzyszy, a ten zeskoczył z siodła i zaczął natychmiast łapać uciekającą wodę do wydobytego skądś skórzanego bukłaka. A potem do następnego i następnego. Podczas gdy wszyscy zafascynowani przyglądali się cieknącej życiodajnej cieczy, młodzieniec coraz bardziej kurczył się, oczy zapadły mu się w głąb czaszki, skóra coraz bardziej przypominała z wyglądu pergamin, ubywało mięsa, aż w końcu żyjące jeszcze przed paroma chwilami ciało zmieniło się w kościotrupa obciągniętego cienką jak papier skórą. Wreszcie rozległ się klekoczący dźwięk i na ziemię zwaliła się z siodła wysuszona na pieprz mumia.
- Pięćdziesiąt trzy litry czystej wody, panie - oznajmił Czarny Jeździec.
Trimitri nastawił dłonie, aby tamten mógł mu trochę owej wody nalać, po czym bez żadnych skrupułów popróbował.
- Czysta i jeszcze ciepła. Nie sądziłem, czarodzieju, że mówisz prawdę, że dotrzymasz swego słowa.
Evan podał mu drugą igłę.
- Teraz ty dotrzymaj swego.
Trimitri poczekał, aż jego podwładny poda mu pierwszą igłę, schował ją pod płaszczem, po czym bez słowa obrócił konia i ruszył na wschód. Jego towarzysze, objuczeni wodą wydestylowaną magicznym sposobem z ludzkiego ciała, podążyli za nim.
- To było potworne - powiedział cicho Coverfly. - I czemuście mu to dali? Przecież nie dostarczył Gwiazdy! - dopytywał się z wściekłością w głosie. Wiedział, że widok umierającego człowieka i wyciekającej zeń wody będzie do niego powracał wielokrotnie.
- Dlatego że mi pomógł. A teraz dzięki temu - czarodziej zeskoczył z konia i wskazał mumię tak wysuszoną, że przy upadku na ziemię rozpadła się na kawałki - możemy ich z łatwością śledzić. A właściwie to ja ich teraz mogę śledzić. Rzeczy, które stworzyłem sam, nikt nie zdoła przede mną ukryć. Oni będą śledzić Czerwoną Gwiazdę, a my będziemy śledzić ich.
Coverfly trzymał w ręku kielich i z pochmurną miną spoglądał na mapę. Na skraju pustyni pod wieczór zawsze zrywał się na krótko wiatr, ściany namiotu falowały, rzucając na stół mylące oczy cienie. Evan wyglądał na zmęczonego i wciąż jeszcze naburmuszonego.
- Zatrzymali się dopiero teraz! - warknął wreszcie z wściekłością. - Wciąż się od nas oddalają, a mówiliście, że nocą po pustyni podróżować się nie da. - Rzucił karcące spojrzenie Hoovery’emu. Wielki mężczyzna wzruszył tylko ramionami i dalej raczył się bez pytania winem z prywatnych zasobów barona. Ten znał grzeszki swego podwładnego zbyt dobrze, żeby zwracać uwagę na tak drobne pogwałcenie zasad dobrego wychowania.
- Jest ich około pięćdziesięciu, może mniej - mamrotał do siebie półgłosem Coverfly. - Trimitri na pewno ich liczbę zawyżył, żeby nie stracić twarzy po swojej porażce. Mają trzy wozy z wodą, ale dokąd oni, do czarta, jadą? To się nie trzyma kupy nijak!
Baron rozdrażnionym gestem odsunął mapę i nalał sobie wina. Czarodziej uczynił podobnie, nieznacznie się przy tym uśmiechając.
- Wyjaśnijcie mi, co się wam tak nie podoba - zażądał.
Coverfly uświadomił sobie, że młodzieniec ma głęboko zapadnięte oczy, jakby przez ostatnich kilka dni ostro balował albo ciężko pracował. Nie spytał, czym to było spowodowane, zamiast tego zaczął objaśniać:
- Wyruszyli stąd. - Pokazał na mapie. - I jadą w kierunku Hutskiej, gdzie wkrótce powinni się znaleźć. O ile już tam nie są, o co skłonny byłbym się wręcz założyć. Dokąd jednak pojadą dalej? To wszystko - wskazał wypisane nazwy, wszystkie podkreślone czarnym ołówkiem - to kiedyś też były oazy. Kiedyś. Studnie są albo zasypane, albo zatrute, pola i gaje wypalone. Samotny podróżny może by tam jeszcze gdzieś wygrzebał kilka łyków wody, ale nie dziesiątki ludzi. Najbliższa większa oaza z przyzwoitym źródłem wody znajduje się tutaj, osiem razgów w kierunku praktycznie równoległym do granicy pustyni. Z wozami to będzie dwa razy dłużej, więc na pewno się tam nie dostaną. A nawet gdyby, my tam mamy wygodny dostęp z naszych posterunków. Na wszelki wypadek już tam posłałem jeden oddział. Nie wierzę, żeby chcieli tam jechać, to by nie miało najmniejszego sensu. - Spojrzał pytająco na czarodzieja.
Ten skinął głową na znak, że się zgadza z rozumowaniem barona.
- O ile to będzie możliwe, uczynią wszystko, aby dostarczyć Czerwoną Gwiazdę księciu. Jednak aby przejść przez pustynię na drugą stronę, ta jest w tym miejscu zbyt szeroka. A przynajmniej tak mi to przedstawili wasi ludzie.
- Jest szeroka, bez oaz, a do tego to bardzo trudny teren, który nigdy nie został naniesiony szczegółowo na mapy. Nikt nigdy nie przemierzył na tej wysokości pustyni w poprzek, nawet w czasach, kiedy istniały jeszcze oazy na dwadzieścia razgów w głąb - przypomniał Coverfly, czemu jego ludzie zgodnie przytaknęli.
- Do tego są tam jeszcze Góry Gejzerowe - dodał Hoovery.
- Bajanie. Nie spotkałem jeszcze człowieka, który dotarłby tak daleko i zdołał powrócić - parsknął Coverfly.
- Do Żelaznej Doliny, którędy ciągną karawany, ich nie puścimy, mamy tam obsadzone wszystkie możliwe szlaki. Paradoksalnie, są na dobrą sprawę chwyceni w potrzask na otwartej pustyni, gdzie nie mogą nam się zgubić. Jedyne wyjście, jakie im pozostaje, to udać się jak najgłębiej w pustynię - ocenił Grigor Evan ze spojrzeniem wbitym w mapę.
Coverfly spojrzał na swoich przybocznych.
- Koharow to wariat - podjął powoli Fram. - Ryzykuje coraz więcej i wdaje się w coraz bardziej obłąkane akcje. Sam przecież w pewnym momencie szukał Czarnych Jeźdźców. Tak że on w taką drogę bez powrotu może i jeszcze by się wypuścił. Za to pozostali, nie mam pojęcia. Żeby dostać się tak głęboko w pustynię, trzeba współpracy wielu ludzi, którzy muszą przecież wiedzieć, że idą na pewną śmierć.