Czas żyć czas zabijać
- Автор: Жамбох Мирослав
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: Fabryka Słów
- ISBN: 9788375748017
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Czas żyć czas zabijać». Краткое содержание книги:
Koharow zaskoczony głośno przełknął, ale nie powiedział nic. Oczy Baklego spoglądały na niego z nieodgadnionym wyrazem. Nagle zrobiło mu się niedobrze. Wcale nie od tego spojrzenia.
Baron Artur Coverfly przeklinał chwilę, w której zgodził się na dogadanie się z Czarnymi Jeźdźcami. Była to banda najciemniejszych z możliwych indywiduów, nierespektująca nikogo i niczego, za którą zresztą sam cesarz wyznaczył przed paroma miesiącami specjalną nagrodę. Tym akurat baron aż tak bardzo się nie przejmował. Jako pułkownik miał prawo podejmować decyzje właściwe ze strategicznego punktu widzenia, które w danej sytuacji mogły nawet oznaczać pójście na współpracę z bandytami. Obiecał sobie zresztą, że jak tylko przestaną mu być potrzebni, porachuje się z nimi raz a dobrze. Doprowadzało go jednak do pasji, że musiał się zgodzić na wszystkie warunki, jakie ten przeklęty Trimitri, czy jak go tam zwali, postawił. Nie miał jednak wyjścia, czarodziej upierał się przy tym, aby ich do współpracy nająć.
I właśnie dlatego teraz wraz z Hooverym, Framem i Evanem musiał się tłuc na miejsce umówionego spotkania. Gdzie były jakiekolwiek gwarancje, że Trimitri zwyczajnie ich nie napadnie? Czemu, do jasnej cholery, w ogóle się na ten pomysł zgodził? Wszystko sprowadzało się do tych dwóch przeciwstawnych sobie rozkazów cesarza i Varatchiego. Coverfly zdawał sobie sprawę, że na włosku wisiała nie tylko jego kariera. Gra toczyła się również o życie. Na sobie miał wszystko, co tylko najlepszego rodzinna zbrojownia mogła mu zapewnić, zainwestował też mnóstwo pieniędzy, by wyposażyć Hoovery’ego i Frama. Szybkim spojrzeniem skontrolował obu swoich ludzi. Był od nich zależny w dużo większym stopniu, niż chciałby sobie na to pozwolić. Fram jako mniejszy pełnej kolczugi założyć nie chciał, zadowolił się tylko skórzaną przeszywanicą uzupełnioną naramiennikami i napierśnikiem. Uzbrojony był w niesymetryczny, koczowniczy łuk. Baron miał nadzieję, że to wystarczy. Z pięcioma, sześcioma przeciwnikami poradziliby sobie we trzech, potem musiałoby im już pomóc dwóch osobistych strażników czarodzieja. Dobra, poniżej dziesięciu dadzą sobie radę, a przecież Trimitri też musi się liczyć ze stratą sporej części swych ludzi, uspokajał się w myślach baron. Na zdolność bojową samego czarodzieja nie liczył. Wolał już trzymać go z dala od niebezpieczeństwa, a przy tym samemu na siebie uważać.
Powoli zbliżali się do niewielkiego pagórka, na szczycie którego miało dojść do spotkania. Podobno zwali go kiedyś Zielonym, bo porastał lasem, ale to musiały być stare dzieje. Może i jest coś z prawdy w bajaniach, że dawniej nie było tu aż tak sucho.
Zwolnili tempo, by nie forsować koni. Hoovery okręcił się w siodle, rozglądając się naokoło, potem stanął i zeskoczył z konia. Parę chwil później znów ich dogonił.
- Żadnych śladów, nic a nic. Jeśli na nas czekają, musieli przyjechać z innej strony.
Coverfly skinął tylko głową. Na zasadzkę mieli okazji aż nadto.
- Dotrzymają słowa. Trimitri chce zdobyć za wszelką cenę to, co mu obiecałem. - Evan nie tracił pewności.
- I będzie miał ze sobą Czerwoną Gwiazdę? - spytał natychmiast Coverfly. Ciekawiło go, czy pewność siebie czarodzieja wypływała z arogancji, czy ze znajomości swoich możliwości. Ze względu na dobro wyprawy miał nadzieję, że w grę wchodziła ta druga ewentualność.
- Nie. Ta nadal przemieszcza się w głąb pustyni - odpowiedział Evan spokojnie. - Nie zakładałem, żeby się Jeźdźcom miało powieść za pierwszym razem. Kiedy w grę wchodzi artefakt tak potężny, książę z pewnością wystawił swych najlepszych ludzi.
Coverfly zaklął pod nosem.
Dotarli na szczyt pagórka, wokół nich rozciągnął się niewesoły widok.
- Mają nas tu jak na dłoni i przez cały ten czas, kiedyśmy się tu gramolili, pewnie nas spokojnie obserwowali. Przed napaścią nie obronilibyśmy się tu nawet przez przypadek - podsumował sytuację Fram.
Coverfly rozejrzał się bacznie. Gdyby sam chciał się zaczaić i obserwować kogoś zmierzającego na ich miejsce, wybrałby widoczną nieopodal grupę skał.
- Już tu są - oznajmił nagle Evan.
Z zagłębienia terenu, którego żaden z nich wcześniej nie dostrzegł, wyłoniło się pięciu jeźdźców. Wszyscy mieli na sobie ciemne płaszcze.
Przynajmniej dotrzymał tej części umowy, pomyślał z ulgą Coverfly.
Przywódca grupy, zapewne sam Trimitri, podjechał do nich w milczeniu i zatrzymał się przed czarodziejem i baronem. Łby ich koni prawie się stykały.
Coverfly próbował spojrzeć w twarz spaloną słońcem, w pomarszczoną, skórzaną maskę, w głębinę oczu, ale nie udało mu się. Miał wrażenie, że nie było tam nic, jedynie pustka. Towarzysze Trimitriego wydawali się być tacy sami, zwierciadlane odbicia ich przywódcy. Jedynie ten najbardziej po lewej miał w sobie jeszcze jakieś resztki człowieczeństwa. To pustynia ich tak odmieniała?
- Masz, coś obiecał, czarodzieju? - odezwał się Trimitri.
Głos odpowiadał wyglądowi. Suchy i pusty. Jakby martwy.
- A masz, co obiecałeś zdobyć?
Coverfly musiał przyznać, że zimny głos czarodzieja, osnuty wokół niewypowiedzianej groźby, Trimitriemu w niczym nie ustępował.
- Nie mam - odpowiedział spokojnie przywódca Czarnych Jeźdźców. - Podjąłem próbę, ale się nie powiodła. Ludzie, którzy wiozą twój ładunek w pustynię, są niezwykle silni. Na razie. Jest tylko kwestią czasu, kiedy ich pustynia pożre.
- W takim razie czemu ja miałbym dotrzymać mojej części umowy, skoro ty nie wywiązałeś się ze swojej? - spytał Evan.
Baron uświadomił sobie, że pytanie zostało zadane zupełnie neutralnym tonem, bez groźby czy innych podtekstów. Bardzo mądrze, pochwalił czarodzieja w myślach.
- Dlatego że będzie to dla ciebie korzystne. Jeśli dasz mi, co obiecałeś, będę dla ciebie dalej pracował.
Była to najgorsza oferta, jaką Coverfly w życiu słyszał, i już chciał ostrzegawczo złapać czarodzieja za ramię, ale ten wyraźnym ruchem ręki go powstrzymał.
- Dokąd zmierzają?
- Do Oazy Hutskiej. Jadą powoli, ale pewnie. Mają też wystarczające zapasy wody, nawet jeśli wziąć pod uwagę przeszkody, które ich czekają. Prowadzi ich wielki mężczyzna. Najlepszy wojownik, jakiego w życiu widziałem - odpowiedział Trimitri.
Baron wykrzywił usta w pogardliwym uśmieszku, jednak nie odezwał się ani słowem. Dziwnym zbiegiem okoliczności, za każdym razem, kiedy ktoś nawalił, było to z winy najlepszego szermierza, wojownika, kusznika albo łucznika, jakiego świat widział.
- Ma ze sobą najemników i Koharowa - kontynuował przywódca Czarnych Jeźdźców niezrażony, jakby wyrazu twarzy barona w ogóle nie dostrzegał.
- Koharowa? - zainteresował się Coverfly. Z tym imieniem już się chyba spotkał.
- Wesz taka, panie - burknął Hoovery. - Nie raz już żeśmy z nim mieli na pieńku, ale zawsze się jakoś wyśliźnie… Wywiadowcy twierdzą, że pracuje dla księcia.
Evan rzucił przybocznemu barona wściekłe spojrzenie. Widać nie chciał, żeby ktokolwiek mieszał mu się do negocjacji.
- To bardzo zdolny chłop, widziałem go w akcji - Hoovery kontynuował niezrażony.
Fram uśmiechnął się.
- Bo ja na niego jeszcze nie trafiłem - wycedził.
- Ten wielki człowiek jest o wiele lepszy od Koharowa - zareagował z poważną miną Trimitri.
Coverfly wreszcie uświadomił sobie, co go w przywódcy bandytów najbardziej niepokoiło: tamten nie miał żadnej mimiki, nie wykonywał również żadnych ruchów poza tymi absolutnie niezbędnymi. Nie było możliwości odgadnąć, jak się zachowa, jak postąpi.
- Skąd wiesz, że do Hutskiej? - dopytywał się dalej Evan.