Demony Leningradu [calibre 3.42.0]
- Автор: Przechrzta Adam
- Год: 2011
- Язык: польский
- Год: Fabryka Słów
- ISBN: 978-83-7574-617-4
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Demony Leningradu [calibre 3.42.0]». Краткое содержание книги:
Ludzie przepuścili mnie przodem – ze względu na mundur, tym razem zdążyłem ulokować się wewnątrz pojazdu, zanim kierowca odjechał. Koła postukiwały po szynach, od czasu do czasu odzywał się dzwonek. Pasażerowie beztrosko wymieniali się plotkami. Sensacją dnia był przyjazd snajperki Ludmiły Pawliczenko. Ktoś dźwięcznym basem poinformował, że dziewczyna zastrzeliła ponad trzystu Szwabów, starsza, ubrana z zeszłowieczną elegancją kobieta ubolewała nad śmiercią męża snajperki. Tamten zginął w walkach o Sewastopol.
Z ulgą wysiadłem niedaleko komendy, resztę drogi przeszedłem pieszo. Miałem dosyć dyskusji o wojnie, nie chciałem słuchać nawet o bohaterskich i zapewne ładnych snajperkach. Sewastopol wpadł w ręce Niemców, nie było się z czego cieszyć.
Miałem szczęście, Poliakow – o dziwo, po cywilnemu – podążał gdzieś zdecydowanym krokiem. Jeszcze moment i nie zastałbym go w pracy.
– Anton! – zawołałem, rzucając się w pogoń. – Anton!
Poliakow odwrócił się gwałtownie, z prawą ręką w kieszeni palta. Założę się, że nie sięgał po chusteczkę do nosa...
– Czego się drzesz? – burknął. – Coś się stało?
– Mam pieniądze – poinformowałem go pospiesznie. – Chciałbym załatwić te dokumenty. Jak najszybciej.
– Nie mam dzisiaj czasu. Może pogadamy jutro?
– Ja też nie mam wiele czasu! Różnica jest taka, że ja ci co najwyżej przeszkodzę w spotkaniu z jakąś miłą dziewuszką, a jeśli nie dostanę tych papierów, będę gryzł piach!
Zmierzył mnie uważnym spojrzeniem, zerknął na zegarek.
– Ja naprawdę nie mam dzisiaj ani chwili czasu – powiedział już łagodniejszym tonem. – Inna sprawa, że nie jestem pewien, jak będzie jutro. Mamy cholerne gigantyczne CZP.
– Co się stało?
– No dobrze – westchnął. – Możemy pogadać po drodze. Tylko licz się z tym, że jeśli cię ze mną zobaczą, będziesz musiał zapłacić za te dokumenty dużo więcej niż normalnie.
– Kto ma mnie z tobą zobaczyć?! I dlaczego nie jesteś w mundurze?
– Błatni. Mam spotkanie z worami w zakonie – odparł jakby nigdy nic.
– W jakiej sprawie?
– Morderstwa. Prawdopodobnie seryjny zabójca.
– Myślałem, że to się zdarza tylko na Zachodzie, wiesz, Kuba Rozpruwacz i tacy tam.
– Akurat! – warknął. – W dodatku ten chuj nie mógł się zadowolić jakimś palantem z ulicy, bo wtedy dałbym radę wyciszyć sprawę. Nie, on musiał zarżnąć ulubionego siostrzeńca rektora Uniwersytetu Łomonosowa!
– Myślisz, że to się powtórzy?
– Jestem pewien!
– Dlaczego?
– Bo zwykły, nawet najbardziej zwyrodniały morderca nie wypisuje raczej krwią ofiary przysłów na ścianie! No i zabójstwa wśród studentów zdarzają się rzadko, możesz mi wierzyć. Pijaństwo, bijatyki, wciąganie miejscowych dziwek przez okno po linie tak, ale nie morderstwa.
– Jakich przysłów?
– Zaraz, jak to było? – zastanowił się Poliakow. – Nie sztuka nauka, sztuka razum.
– Sęk nie w nauce, lecz w rozumie? – spytałem zdziwiony. – To jakaś aluzja do tego, że facet był studentem?
– A skąd ja to mogę wiedzieć?! Wiem jedno: ten kutas chce się z nami pobawić. Zostawił nam swój znak, coś, co odróżnia jego robotę od zwykłych przestępstw. Bo on jest dumny z tego, co robi. I dopiero rozpoczął zabawę...
– A co z tymi worami? Po cholerę umawiasz się z nimi? I jak ich namówiłeś, żeby się z tobą spotkali? Przecież ty ich ścigasz...
Spojrzenie, jakim obrzucił mnie Poliakow, z pewnością nie wyrażało uznania. Tak patrzy się na niedorozwinięte dziecko.
– A jak myślisz, jakim cudem kontroluję sytuację w Moskwie? Mam z nimi układ.
– Układ?!
– Owszem. Pozwalam im robić swoje, o ile nie złamią zasad gry. Moich zasad! Mogą pędzić i sprzedawać bimber, ale nie narkotyki. Nie wtrącam się, jeśli trzepną po głowie jakiegoś frajera i wyciągną mu portfel, ale nie pozwalam, żeby rozwalili mu łeb. Kradzieże kieszonkowe? Proszę bardzo! Włamania? Także. Tylko jeśli okaże się, że obrobili kogoś ważnego, fanty w ciągu doby lądują u mnie, na stole. A ja je zwracam poszkodowanemu z gwarancją, że rzecz się nigdy nie powtórzy.
– Ale dlaczego? Nie lepiej byłoby ich wszystkich...
– Do pierdla? – dokończył ironicznie Poliakow. – Nie lepiej. Bo na miejsce aresztowanych przyszliby nowi. Tacy, których nie znam. Teraz panuje porządek, potem rozpocząłby się chaos.
– Porządek?!
– Porządek! – przytaknął milicjant twardo. – Mój porządek. Oni mają zresztą swoje zasady: kieszonkowiec nie okradnie nigdy starca, ciężarnej ani kobiety z dzieckiem. Nie ma gwałtów, nie ma morderstw.
– Jak to nie ma?! Przecież gazety...
– Ja mówię o błatnych – zwrócił mi łagodnie uwagę. – Poza nimi żyje w Moskwie jeszcze sporo innych ludzi. Ci „niezrzeszeni” nie kierują się żadnymi regułami. Tak czy owak, jeśli coś wywiną, błatni często znajdą ich szybciej niż my. I prędziutko poinformują mnie o frajerze, który psuje im interesy. A jeśli zasady złamie ktoś z ferajny, rozliczą się z nim sami.
– Jakie interesy?
– Normalne. Płacą mi. Jeżeli coś jest nie tak, podnoszę stawki, naliczam karne odsetki.
Zamurowało mnie. Komendant milicji biorący łapówki od bandziorów? I to na taką skalę? To ci dopiero socjalistyczna praworządność...
– Wszyscy biorą – poinformował mnie Poliakow z lekkim uśmiechem. – Tyle że przeważnie nie są tacy uczciwi jak ja.
Poluzowałem kołnierzyk, nagle wydał mi się za ciasny.
– Uczciwi, powiadasz? – wychrypiałem.
– Dorośnij, Saszka – westchnął milicjant. – Mogę przeszkadzać błatnym w interesach, płacą, żebym tego nie robił. Z drugiej strony dzięki temu, że mamy układ, mogę ich kontrolować, trzymać za jaja.
– A to jakim cudem?! – warknąłem.
– Powiedzmy, że dostaję forsę za „ochronę” nielegalnych kasyn i burdeli, no więc muszę wiedzieć, gdzie i co mam chronić, prawda? Dzięki temu znam wszystkie takie... przybytki. I mogę dopilnować, żeby krupier nie oszukiwał, klienta nie oskubano po wyjściu z lokalu, a wszystkie dziwki były zdrowe i regularnie się badały. No i najważniejsze: jestem w stanie w każdej chwili to wszystko zlikwidować. Jeśli tylko ktoś naruszy zasady. Wierz mi, to najlepszy układ nie tylko dla mnie, lecz i mieszkańców Moskwy. Biorę forsę od złodziei, dziwek, spekulantów i fałszerzy, ale nie gadam z mordercami czy gwałcicielami. Ci nie mogą się okupić za żadną cenę! Na mojej ziemi nie ma dla nich miejsca!
Na jego ziemi, dobre sobie... Wiedziałem, że Poliakow nie jest aniołkiem, jednak skala interesów, jakie prowadził, mnie przytłoczyła. Teraz już rozumiałem, skąd jego wiedza na temat kryminalnego podziemia, skąd kontakty. Z drugiej strony co to mnie obchodzi? W zasadzie powinienem być zadowolony, że pozycja, jaką zajmował w świecie błatnych mój nowy przyjaciel, gwarantuje załatwienie lewych papierów wysokiej jakości. A o socjalistyczną praworządność i porządek publiczny niech się martwi Politbiuro, mnie wystarczy, jeśli sobie jeszcze trochę pożyję...
Skręciliśmy w wąską uliczkę, przeszliśmy przez podwórko tuż obok jakiejś zapomnianej cerkwi. Wyglądała na opuszczoną, ale nikt jeszcze nie przerobił jej na publiczną toaletę czy muzeum ateizmu. Aż dziw... Sąsiedni dom otoczony był wysokim drewnianym płotem. W bramie stało kilku mężczyzn, paru innych zauważyłem po drugiej stronie ulicy. Najwyraźniej obstawiali teren.