Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Demony Leningradu [calibre 3.42.0]
Demony Leningradu [calibre 3.42.0] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Demony Leningradu [calibre 3.42.0]

Электронная книга - «Demony Leningradu [calibre 3.42.0]». Краткое содержание книги:

Demony Leningradu [calibre 3.42.0]
1 ... 39 40 41 42 43 44 45 46 47 ... 86
Перейти на страницу:

Poranny wietrzyk niósł zapach lasu, chłodził rozpalone twarze. Staliśmy w kręgu: ja, chłopaki i ze dwudziestu kursantów. Wewnątrz znajdowała się panna Turkuł oraz muskularny mężczyzna średniego wzrostu. Wyglądał na zwinnego. I taki był – w zeszłym roku został wicemistrzem Floty Bałtyckiej w boksie. Drozd i Kotuszew spoglądali na mnie z wyrzutem, najwyraźniej sądzili, że to będzie egzekucja. Ja nie miałem takiej pewności. Tak czy owak, musiałem zaryzykować; umiejętności chłopaków były oczywiste, Wiera, o ile miała uczyć zaawansowaną grupę, musiała wywalczyć sobie pozycję.

– Zaczynajcie!

Mężczyzna skoczył naprzód, atakując krótką, złożoną z trzech ciosów serią. Tak jak przewidziałem. Oczywiście w szkole wojennoj razwiedki nauczono go też paru innych, dużo mniej sportowych sposobów walki, ale w momentach stresu przeważnie korzystamy z wyrobionych wcześniej odruchów. A facet był bokserem.

Wiera nie próbowała nawet blokować – gość ważył ze czterdzieści kilogramów więcej, runęła na plecy i leżąc już na murawie, kopnęła rywala w podbrzusze. Tak jak jej kazałem. Starcie zakończyło się równie szybko, jak zaczęło, wygrała panna Turkuł...

Ciszę przerwały okrzyki i oklaski, po chwili dziewczyna szybowała w powietrzu podrzucana przez kursantów. Teraz nikt nie ośmieli się podważać jej kompetencji. No i dobrze – jeden problem z głowy.

Gwizdnąłem ostro, przerywając zabawę.

– Zbiórka! – zarządziłem. – Sierżant Turkuł będzie waszą instruktorką w zakresie walki wręcz – poinformowałem. – Jak widzieliście, nawet wytrenowanego sportowca można pokonać. Zrozumcie mnie dobrze: nie zamierzamy was uczyć żadnych tajemnych technik, znacie je wszystkie. Jednak starcie wygrywa nie bardziej wytrenowany, ale bardziej zdecydowany. Wyplenimy z was wszelkie zahamowania i sentymenty, tak że w razie czego będziecie w stanie wyłupić przeciwnikowi gołymi rękoma oczy, zmiażdżyć jądra czy krtań. Bez namysłu i wahania. Pamiętajcie, że od tego może zależeć nie tylko wasze życie, ale i życie waszych towarzyszy oraz sukces misji, jaką powierzy wam nasza ojczyzna! Od tego, czy staniecie na wysokości zadania, zależeć też będzie życie oficerów, którzy bazując na zdobytych przez wywiad informacjach, poprowadzą swoich ludzi pod kule wrogów Związku Radzieckiego! Nie patrzcie na wiek sierżant Turkuł, nie patrzcie na to, że jest kobietą! Dwukrotnie brała udział w misjach bojowych, walczyła i zabijała w obronie naszego kraju! Macie być elitą: wzrokiem, słuchem i mózgiem Armii Czerwonej. Dlatego uczyć was będą najlepsi z najlepszych, sprawdzeni w boju żołnierze. Tu nie ma miejsca dla słabeuszy i niezdecydowanych! Z tej szkoły wychodzą zwycięzcy! I dlatego wygramy!

Odpowiedziało mi gromkie: Uraaa! Kursanci wpatrywali się w pannę Turkuł, jakby przypuszczali, że ta za chwilę uniesie się w powietrze. Nie ma to jak zmotywować grupę. Teraz dadzą z siebie wszystko.

Rzuciłem komendę: „Przystąpić do zajęć!”, ruszyłem do wyjścia. Szkoła GRU, nazywana Akademią, znajdowała się w podmoskiewskich lasach. Czekała mnie godzinna jazda samochodem, musiałem dzisiaj odwiedzić Poliakowa.

– Komandir!

– Tak?

Panna Turkuł wyglądała na oszołomioną.

– Skąd wiedzieliście, co on zrobi?

Wzruszyłem ramionami, robiąc mądrą minę. Cóż miałem powiedzieć? Raczej nie mogłem przyznać, że miałem kolejną wizję, w której ujrzałem Wierę zwyciężającą boksera w taki właśnie sposób. I że straciłem przy tej okazji kolejne ćwierć litra krwi...

– To było łatwe do przewidzenia – skłamałem z uśmiechem. – A teraz do roboty, towarzyszko instruktorko!

– Jest jeszcze jedna sprawa...

– Słucham – mruknąłem, spoglądając na zegarek.

– Starsze panie boczą się na mnie. Chyba mają mi za złe, że stłukłam tego pijaka. Gdybyście mogli z nimi porozmawiać...

– Porozmawiam – obiecałem. – A teraz wracaj do grupy!

– Tak toczno!

Poliakowa nie zastałem na komendzie, jak mnie poinformowano: „wyjechał na trupa”. Domyśliłem się, że ten uroczy zwrot miał oznaczać podjęcie czynności śledczych w związku z morderstwem. Tylko dlaczego „Polak” osobiście fatygował się na miejsce zbrodni? W końcu miał od tego innych. Jeden z milicjantów podjął się zawieźć mnie na ulicę Kronsztadzką, gdzie znaleziono zwłoki.

Trochę się zdziwiłem, dzielnica uchodziła za bezpieczną. No ale przecież i w takich miejscach zdarzają się przestępstwa. Może to jakaś sprawa rodzinna? W takich sytuacjach miejsce zbrodni nie ma znaczenia, czasem człowiek ma ochotę wyrzucić teściową przez balkon niezależnie od tego, czy mieszka w ekskluzywnym bloku dla prominentów, czy w robotniczej kamienicy. Takie życie.

Milicyjny samochód zatrzymał się przed sporą parterową willą – znaczy morderca nie skorzystał z balkonu... Ciekawe, kogo załatwili. Nasze państwo nie rozdaje lekką ręką takich domków. Tu musiał mieszkać ktoś ważny. No i zagadka rozwiązana: stąd obecność Poliakowa. Wyglądało, że mój nowy kumpel nie ma ostatnio szczęścia. Najpierw jakiś wariat wypatroszył pociotka rektora, teraz to... Oj, będzie się zwijał biedaczysko, jak mu skoczą na głowę. To nie trup menela w ciemnej uliczce, tu naczalstwo będzie wymagało rezultatów. Na wczoraj.

Widząc znaczący gest towarzyszącego mi milicjanta, pilnujący posesji posterunkowy wpuścił nas do domu.

– Razumowski! – ucieszył się Poliakow. – Dobrze, że jesteś. Przydasz się.

– Co się stało?

– Chodź, sam zobaczysz.

– Nie zadeptamy śladów?

– Nie. Eksperci zrobili już swoje, został tylko lekarz.

W obszernym pomieszczeniu z kominkiem krzątał się starszy mężczyzna, oglądał zwłoki. Te wisiały na ścianie, przyszpilone do boazerii.

– Jakieś wnioski, Edwardzie Piotrowiczu? – w głosie Poliakowa usłyszałem nieoczekiwany szacunek.

– Tak, mogę już co nieco powiedzieć – odparł z pewnym roztargnieniem lekarz. – To bardzo dziwne morderstwo.

– To widać! – mruknąłem.

Nieboszczyk, postawny mężczyzna około trzydziestki, wisiał paręnaście centymetrów nad podłogą. W jego twarzy było coś znajomego, może widziałem go gdzieś wcześniej? Chwilowo nie mogłem sobie przypomnieć. Ktoś przybił go do ściany – dosłownie, za pomocą trzech sztyletów. Jeden tkwił w piersi trupa, dwa przytrzymywały rozkrzyżowane ręce. Na dywanie, pod stopami zabitego, walał się niski rzeźbiony stołeczek.

– Poznajcie się: major Razumowski z wojennoj razwiedki, a to doktor Nikonow, najlepszy lekarz w Moskwie – przedstawił nas Poliakow.

– Co robi najlepszy lekarz w Moskwie w takim miejscu?

– Rozumiecie, majorze, miałem pewne problemy natury... ideologicznej – pospieszył z wyjaśnieniem starszy mężczyzna. – Walczyłem w armii Kołczaka, dlatego teraz mogę co najwyżej badać zwłoki.

– Jaka jest wasza specjalność? – spytałem szybko.

– Neurologia i neuroanatomia – odparł, obrzucając mnie zdziwionym spojrzeniem.

– To to samo co psychiatria?

– Niezupełnie...

– Może wrócimy do rzeczy?! – przerwał niecierpliwie Poliakow. – Mamy tu trupa. Kolejnego.

– Jak to: kolejnego?

– Nasz morderca znowu się zabawił – wycedził milicjant przez zaciśnięte zęby.

– Ten sam, co...

– Ten sam! Zobacz! – Wskazał ścianę.

1 ... 39 40 41 42 43 44 45 46 47 ... 86
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)