Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Demony Leningradu [calibre 3.42.0]
Demony Leningradu [calibre 3.42.0] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Demony Leningradu [calibre 3.42.0]

Электронная книга - «Demony Leningradu [calibre 3.42.0]». Краткое содержание книги:

Demony Leningradu [calibre 3.42.0]
1 ... 37 38 39 40 41 42 43 44 45 ... 86
Перейти на страницу:

Zgrzytnąłem zębami, nie kryjąc się już, sięgnąłem do kabury. Poliakow, ty chuju! W coś ty mnie wpakował?!

Tym razem to siedząca obok dziewczyna chwyciła mnie za ramię, lecz w jej geście nie wyczułem agresji.

– Nie wyciągaj spluwy! – syknęła. – Nie będzie żadnej walki, o ile nie zaczniesz.

– Naprawdę? – mruknąłem, patrząc na kłębiący się wokół Poliakowa tłum.

– Nie tutaj, nie teraz! – zapewniła z naciskiem.

No cóż, zawsze to jakieś pocieszenie... Tymczasem elegant podniósł się z krzesła, najwyraźniej zamierzał uspokoić towarzystwo. Myślałem, że będzie musiał krzyczeć – nic podobnego! – wystarczyło, że uniósł dłoń. Błatni umilkli w pół słowa, jakby mieli oczy na plecach.

– Nie gorączkujmy się – westchnął. – Spróbujmy przedyskutować tę kwestię. Bo pan pułkownik zapewne pomyślał, jak wynagrodzić nasze... zaangażowanie?

– Pomyślał! – przytaknął Poliakow.

Po raz pierwszy widziałem, że jest zdenerwowany: na czole milicjanta pojawił się pot, twarz zastygła w wyrazie determinacji.

– Czekamy na konkrety – zachęcił elegant.

– Może najpierw ktoś pokaże okolicę naszemu przyjacielowi? – powiedział Poliakow, niedwuznacznie popatrując na mnie. – Sądzę, że znudzi się detalami naszego porozumienia.

Elegant skinął głową, jakby przyznawał rację milicjantowi, wymienił spojrzenia z dziewczyną.

– Zoja, byłabyś uprzejma?

– Oczywiście. Chodź ze mną, sokoliku! – Uśmiechnęła się zalotnie.

Nie wziąłem tego na poważnie, wiedziałem, że ma przy sobie nóż.

– Zajdziemy do cerkwi? – zaproponowała, kiedy wyszliśmy za bramę.

– Wszystko mi jedno – odburknąłem.

– No, tylko się nie obrażaj, w niektórych sytuacjach lepiej za dużo nie wiedzieć. Naprawdę jesteś z wywiadu? – spytała znienacka.

– A uwierzysz mi, jak odpowiem?

– To zależy – stwierdziła z namysłem.

– Jestem. – Wzruszyłem ramionami. – Major Razumowski, Gławnoje Razwiedywatielnoje Uprawlenije.

Spojrzała mi w oczy, miałem wrażenie, że chce przeniknąć moje myśli, dotrzeć do mózgu.

– Wierzę ci – odparła po chwili.

Stanęliśmy przed zamkniętymi drzwiami cerkwi. Moja towarzyszka sięgnęła do torebki, wyjęła spinacz i kilkoma ruchami otworzyła kłódkę. Znaczy dziewucha ma dryg nie tylko do noża.

– Zapraszam! – Skłoniła się z rewerencją.

Podłogę i sprzęty pokrywał kurz, ale widać było, że od czasu do czasu ktoś odwiedza świątynię. Na ścianach wisiały ikony, zauważyłem niedopałki świec. Czyżby ktoś się tu modlił? Z powodu wojny nieco złagodzono oficjalny kurs wobec religii – należało konsolidować społeczeństwo, ale było to raczej przymykanie oczu niż prawdziwa zmiana. Władza nadal nie lubiła religii. Wierzący praktykowali na własne ryzyko.

Trzasnęła zapałka, Zoja zapaliła kilka świec, przeżegnała się i skłoniła przed obrazem Archistratiga Michaiła. Cóż, przynajmniej wybrała odpowiedniego patrona – czasy zrobiły się niespokojne, któż mógł je lepiej zrozumieć niż dowódca bożych zastępów? Chociaż kto wie? W końcu Archanioł Michał to patron żołnierzy, nie złodziejaszków.

– Nie wierzysz w Boga, prawda?

Mimo pytającej intonacji odebrałem to bardziej jako konstatację faktu.

– Nie wierzę – przyznałem. – Jest tylko człowiek, a nad nim gwiazdy. Zimne, dalekie i obojętne. Słyszały twój pierwszy krzyk, usłyszą i ostatni oddech. Będą trwały niewzruszone, kiedy twoje kości dawno zbutwieją w ziemi.

– Więc według ciebie nie ma nic poza biologią?

– Ależ skąd! Są uczucia: miłość, przyjaźń. Są też nienawiść, strach i bestialstwo. A my, my jesteśmy samotni.

– A Bóg?

– Bóg? A cóż dałoby przekonanie, załóżmy to dla dobra dyskusji, że Bóg istnieje? Czy zmienił losy świata? Odpowiedział ci kiedyś? Bóg jedynie patrzy oczyma z gwiazd. Nie słyszy jęków bólu, błagań i modlitw. Obserwuje. Bez zainteresowania. Skupiony na swojej nieskończonej podróży przez wieczność.

– Filozof z ciebie, sokoliku – skrzywiła się dziewczyna.

Nie odpowiedziałem, po chwili ruszyliśmy do wyjścia.

– Jak tam jest? – spytała, zamykając drzwi.

– Gdzie?

– W normalnym świecie.

– Widzę, że nie ja jeden wpadłem w filozoficzny nastrój – zauważyłem zgryźliwie.

– No wiesz, chodzi mi o wyższe sfery: oficerów, aparatczyków...

– Też mi wyższe sfery – wymamrotałem. – W sumie robimy to samo co robotnicy czy szeregowcy: bijemy się na wojnie albo pracujemy na potrzeby wojska. Różnice są niewielkie.

– Tak?

– Lepsza wódka, więcej mięsa, ładniejsze kobiety. Ot i wszystko.

– A z Poliakowem to...

– To możesz spytać Poliakowa – dokończyłem dobrodusznie.

Zdążyłem już ochłonąć – nie da się ukryć, że milicjant posłużył się moją skromną osobą, ale w końcu nie jestem mściwy. Nie będę robił awantur, po prostu wystawię mu rachunek. Na kolejną przysługę. Nigdy nie wiadomo, kiedy przyda mi się pomoc moskiewskiej milicji...

Sprzedawca z pewnością miał sześćdziesiątkę na karku, to było widać, choć wyprostowana sylwetka i żwawe ruchy świadczyły, że nadal zachował część dawnej sprawności. W antykwariacie przebywało kilku klientów, więc z udanym zainteresowaniem oglądałem wystawione na sprzedaż przedmioty. Musiałem poczekać, aż zostaniemy sami – trudno omawiać publicznie kwestię lipnych dokumentów... Stary był fałszerzem. Jak zapewnił mnie Poliakow: najlepszym w branży. Po spotkaniu z błatnymi pan pułkownik bardzo szybko przekazał moją sprawę w kompetentne ręce. No i nic dziwnego, chciał się zrehabilitować.

Westchnąłem, słysząc wykłócającą się jak przekupka babę, chodziło o dekoracyjny, ręcznie malowany talerz przedstawiający austriackie okręty wojenne. Czego to człowiek się nie dowie: nie sądziłem, że Austria miała w ogóle jakąś flotę.

– Pięćset rubli?! – ponownie wrzasnęła kobieta. – Pięćset?! To markowa porcelana!

– Rzeczywiście – potwierdził sucho antykwariusz. – Firma „Villeroy & Boch”, początek wieku. Tyle że to żaden rarytas...

– Pójdę do konkurencji!

– Proszę bardzo.

– To pamiątka rodzinna!

– Widzicie, obywatelko – powiedział z lekkim zniecierpliwieniem stary – codziennie ludzie przynoszą mi kilkanaście takich pamiątek: bibeloty, przedrewolucyjne książki, carskie odznaczenia, a nawet fotografie... Ostatnio pewien młodzieniec zaoferował mi zdjęcie generała Kurakina. Z autografem. Też twierdził, że to rodzinna pamiątka. Z tym że nie wyglądał mi na krewnego generała. Przypuszczam za to, że ktoś z jego rodziny, prawdziwej rodziny – zaakcentował – był w Moskwie w tysiąc dziewięćset siedemnastym. Kiedy szabrowali miasto...

Wyszczerzyłem zęby, kiedy usłyszałem za plecami wściekłe sapnięcie i trzask zamykanych drzwi. Wreszcie zostaliśmy sami.

– Major Razumowski?

– We własnej osobie – potwierdziłem.

Uścisk dłoni antykwariusza był zadziwiająco mocny. Stary podszedł do drzwi, wywiesił tabliczkę z napisem: „Nieczynne do odwołania. Inwentaryzacja”. Potem gestem zaprosił mnie do zajęcia miejsca w fotelu, sam stanął za ladą i zaczął przekładać jakieś dokumenty.

– Nie rozpadnie się? – spytałem, nieufnie patrząc na zabytkowy mebel.

– Skąd – odparł, nie podnosząc oczu. – To solidna robota. Przedrewolucyjna.

1 ... 37 38 39 40 41 42 43 44 45 ... 86
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)