Demony Leningradu [calibre 3.42.0]
- Автор: Przechrzta Adam
- Год: 2011
- Язык: польский
- Год: Fabryka Słów
- ISBN: 978-83-7574-617-4
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Demony Leningradu [calibre 3.42.0]». Краткое содержание книги:
Z niechętnym stęknięciem wygramoliłem się z wanny, przetarłem dłonią zaparowane lustro. Z drugiej strony spojrzał na mnie mężczyzna o szarej cerze i zmęczonych oczach. Sięgnąłem po szczoteczkę i proszek do zębów: obok pudełka mojego ulubionego proszku „Rekord” ktoś położył tubkę pasty. No, no... pewnie Natasza się porządziła. Od czasu do czasu można było u nas kupić i pastę do zębów, o ile pamiętałem, sprzedawała ją – jak większość kosmetyków i środków higieny – firma „TeŻe”, ale ludzie i tak woleli stare, sprawdzone metody. Cóż, może najwyższy czas spróbować czegoś nowego? Ostrożnie wycisnąłem odrobinę pasty; smak nie był najgorszy. Ostatecznie poradziłem sobie z myciem zębów bez użycia proszku. Zobaczymy, jakie będą skutki...
Po chwili siedziałem już nad miską barszczu. Natasza nalała i sobie odrobinę zupy, ale nie jadła, przycupnęła na brzeżku krzesła, czujna na każdy mój ruch.
– Skąd ta nerwowość? – spytałem, zaspokoiwszy pierwszy głód.
– Podsłuchiwałam – przyznała ze wzrokiem wbitym w podłogę. – Wtedy gdy przyszli czekiści. Dotrzymaliście słowa – dodała z niedowierzaniem w głosie.
Wzruszyłem ramionami, odsunąłem pusty talerz. Natasza natychmiast pobiegła do kuchni, wróciła, niosąc kaszę z grzybami.
– To nic takiego – wymamrotałem wreszcie. – Przecież obiecałem. I może zaczniesz zwracać się do mnie po imieniu? – zaproponowałem. – W końcu znamy się dość blisko...
Przytaknęła ruchem głowy, na jej policzki wpełzł malinowy rumieniec.
– Dobrze... Saszka.
– Gdzie twój syn?
– W piwnicy. Od paru dni biega tam, kiedy tylko mu pozwolę. Nie mam nic przeciwko, bo jest tu bardziej bezpieczny niż na ulicy, a trudno trzymać go cały czas w domu. Chyba bawi się z jakimś chłopcem.
– Dzieciaki – westchnąłem.
– Nie powiedziałam jeszcze, jak bardzo jestem ci wdzięczna. Gdyby nie ty, i ja, i Losza bylibyśmy teraz...
Powstrzymałem Nataszę ruchem dłoni. Nie miałem ochoty wysłuchiwać wylewnych podziękowań. To był tylko układ, nic więcej. I chyba to ja skorzystałem na nim bardziej niż Natasza: w zamian za utarcie nosa jakiemuś gówniarzowi z NKWD zyskałem gospodynię i wdzięczną kochankę. Dziewczyna musiała coś dostrzec w moich oczach, bo sięgnęła do kołnierzyka, rozpięła guziczek bluzki.
– Nie zachowuj się jak prostytutka – powiedziałem. – Pamiętasz, co mówiłaś o tym, jak na mnie patrzysz? Jak wyobrażałaś sobie, że moglibyśmy...
Wyraźnie zawstydzona zakryła twarz rękoma.
– To była prawda?
– Tak.
– No więc wyobraź sobie, że jesteśmy małżeństwem albo coś w tym stylu. I zachowuj się, jakby tak rzeczywiście było. Nie chcę, żebyś robiła to ze strachu.
– Nie bałam się ciebie, Saszka. Nigdy. Ty nigdy byś mnie nie skrzywdził jak...
Nie dokończyła zdania, a ja nie naciskałem. Być może chodziło jej o Włada, to przecież przez niego te wszystkie przykrości. Tyle że sam fakt znalezienia się w niewoli nie był przecież jego pomysłem. A i wytyczne Gławkoma Stalina wydawały mi się nieco... nieżyciowe. Żołnierz powinien walczyć do końca – zgoda! Ale co, jeśli zostanie ranny albo skończy mu się amunicja? Jeżeli jego oddział zostanie otoczony? Ma atakować czołgi z bagnetem w ręku? Ech, ci cywile... Ich wyobrażenia o wojnie częściej mają więcej wspólnego z filmami propagandowymi niż rzeczywistością. No, to jednak nie mój problem. Natasza ma żal do męża? To i lepiej, będzie bardziej hojna dla mnie... W końcu coś mi się od życia należy.
– Posiedź przy mnie – poprosiłem, kładąc się na kanapie.
Po obiedzie ogarnęła mnie nagła senność, najwidoczniej organizm chciał powetować sobie pełne napięcia dni.
– Posiedzę – obiecała.
– Jak położysz małego spać, przyjdź do mnie.
Nie usłyszałem już odpowiedzi. Zasnąłem.
ROZDZIAŁ SIÓDMY
Obudziłem się, czując ciepło przytulonego do moich pleców kobiecego ciała. Za oknem nocny mrok walczył z pierwszymi promieniami słońca. Dniało. Mimo zmęczenia ocknąłem się tuż przed świtem, zadziałał instynkt. Dla zwiadowcy to najbardziej niebezpieczna pora: nawet doświadczeni żołnierze śpią ciężkim, głębokim snem, a wartownikom opadają powieki. Jeśli ktoś czai się w szarówce przedświtu, zaatakuje właśnie teraz.
Wyśliznąłem się z pościeli, na palcach przeszedłem do łazienki. Chętnie poleżałbym dłużej, może nie tylko poleżał – wydawało mi się, że Natasza nie miałaby nic przeciwko temu – ale czekało mnie wiele pracy, przede wszystkim musiałem pogadać z Poliakowem. Najwyższy czas zająć się sprawą dokumentów. Tym razem wszelkie atuty były po mojej stronie – mogłem zapłacić za usługę. Dobrym carskim złotem.
Ochlapałem się pospiesznie zimną wodą, ogoliłem. Zerknąłem na zegarek: dochodziła siódma. Zanim coś zjem, zanim dojadę na komendę, będzie koło dziewiątej. Zamierzałem złapać Poliakowa z samego rana, zanim zwalą się na niego codzienne obowiązki. Funkcja komendanta Moskwy na pewno nie była synekurą i milicjant miał wiele spraw do załatwienia, chciałem dopilnować, żeby najpierw zajął się moją.
Kiedy wyszedłem z łazienki, Natasza krzątała się już w kuchni, zanim się ubrałem, na stole parował talerz jajecznicy ze szczypiorkiem.
– Jedz, Saszka – powiedziała z nieco sennym jeszcze uśmiechem.
– Skąd ta zielenina? – spytałem, pałaszując z apetytem.
– A jak myślicie, towarzyszu zwiadowco? – odparła z figlarnym błyskiem w oczach.
– Zastanówmy się – wymruczałem. – W sklepie nie kupisz, nasza gospodarka przeżywa przejściowe trudności...
– Odkąd pamiętam, nasza gospodarka przeżywa przejściowe trudności – parsknęła Natasza lekceważąco.
Zmierzyłem dziewczynę badawczym wzrokiem – nie miałem zamiaru uczestniczyć w tego typu rozmowie. Inna sprawa, że nasza gospodarka rzeczywiście funkcjonowała dość... dychawicznie i gdyby była koniem, dawno ktoś by ją dobił. Z litości. Nawet najbardziej ideowi komuniści pozwalali sobie czasem na uszczypliwości w tej kwestii. Rzecz jasna, w zaufanym gronie.
– Cóż... – powiedziałem z udanym namysłem. – Zapewne szpiegujesz na rzecz wrogów komunizmu i wynagrodzenie odbierasz w zielonych...
Roześmiała się, ukazując zdrowe, białe zęby – może pasta „Sanit” nie była taka zła? Tak czy owak, postanowiłem używać jej zamiast proszku do zębów. Przez jakiś czas. Jak to się mówi: „Nowoczesność w domu i zagrodzie”.
– No więc? – ponagliłem.
– Uprawiam zieleninę i zioła w doniczkach, w mieszkaniu – odparła, wzruszając ramionami. – Wszyscy tak robią. Ira Worobiowa z parteru wyhodowała nawet drzewko cytrynowe, z prawdziwymi cytrynami.
– Zuch dziewczyna! – wymamrotałem z pełnymi ustami.
Potrafię nieźle gotować, lecz jedzenie przyrządzone przez Nataszę wydawało mi się jakieś... smaczniejsze. Może dlatego, że nie musiałem sam stać przy kuchni? Zagryzłem jajecznicę kilkoma kromkami chleba, popiłem gorącą herbatą. Najwyższy czas udać się na komendę, jeśli nie zastanę Poliakowa, sprawa może się przeciągnąć.
Wkrótce stałem już na przystanku tramwajowym, czekając na kolejną maszynę. Poprzednia odjechała przed chwilą tak obwieszona pasażerami, że nawet nie próbowałem się wepchnąć. Mogłem co prawda wezwać służbowy samochód, jednak nie chciałem, aby kierowca meldował komuś o moich peregrynacjach po mieście. Nie żebym się spodziewał jakiejś szczególnej inwigilacji, ale strzeżonego...