Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Demony Leningradu [calibre 3.42.0]
Demony Leningradu [calibre 3.42.0] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Demony Leningradu [calibre 3.42.0]

Электронная книга - «Demony Leningradu [calibre 3.42.0]». Краткое содержание книги:

Demony Leningradu [calibre 3.42.0]
1 ... 36 37 38 39 40 41 42 43 44 ... 86
Перейти на страницу:

– Wejdziemy razem – poinstruował mnie pospiesznie milicjant. – Nie odzywaj się i o nic nie pytaj.

Też mi wskazówki! A o czym, do kurwy nędzy, mogę gadać z moskiewskimi bandziorami?!

W obszernym pomieszczeniu królował potężny okrągły stół. Błatni ucztowali. Kawior, szampan, francuskie koniaki sąsiadowały z suszoną rybą, wódką i zwykłym samogonem. Zapewne zakąski i rodzaj alkoholu dostosowano do preferencji biesiadników. Ci także byli różni: obrzmiałe od wódy, czerwone mordy i wytatuowane, świetnie widoczne spod podwiniętych do łokci rękawów łapska kontrastowały z fizjonomiami, których nie powstydziliby się intelektualiści. Kilku wyglądało wręcz jak przedrewolucyjni arystokraci. Zresztą – cholera ich wie – może to rzeczywiście niedotłuczeni arystokraci? Nie zdziwiłoby mnie, gdyby skumali się z bandytami. Według słów Poliakowa błatni nienawidzili socjalizmu. Tak więc i jedni, i drudzy mieli wspólnego wroga. Razumowski, Razumowski, w coś ty się wplątał...

Poliakow odchrząknął, na sali zapanowała cisza.

– Wszyscy wiecie, po co tu jestem – zagaił bez powitania. – W mieście pojawił się morderca. To wariat, zabija dla przyjemności. I nie przestanie, póki żyje.

– A nam co do tego, naczialnik? – spytał ponuro niski, chudy mężczyzna o twarzy szczura. – To żaden z naszych.

– To, że jeśli ten dupek zabije po raz kolejny, a tak się stanie, ponieważ zabijanie sprawia mu przyjemność, będę miał kłopoty. A wtedy i u was pojawią się problemy – odparł zimno Poliakow. – Bo zostanę zmuszony do udowodnienia, że intensywnie pracuję i odnoszę sukcesy w walce z bezprawiem. No więc zacznę likwidować burdele, zamykać paserów i dziwki.

– Grozisz, naczialnik?

– Uprzedzam.

Wygłosiwszy swoją kwestię, Poliakow zasiadł za stołem, napełnił szklankę wódką, wychylił, jakby znajdował się w restauracji. Przysiadłem obok, dyskretnie luzując zamykający kaburę rzemień. Miałem nadzieję, że jeśli zacznie się rozpierducha, zdążę chociaż wyciągnąć broń. Na razie jednak wyglądało, że błatni dyskutują nad ultimatum Poliakowa. Mimo że nikt nie zadał sobie trudu, aby ściszyć głos, rozumiałem co drugie słowo – niemal wszyscy używali żargonu.

Ktoś i mnie nalał wódki, podsunął talerz z zakąskami. Zamrugałem zaskoczony: kobieta. Jedyna w towarzystwie. Nieznajoma usiadła przy mnie, uniosła trzymane w dłoni szkło w niemym toaście. Wypiliśmy. Na jednym z palców miała wytatuowany pierścień z koroną. Ki czort? Jakiś symbol? Przyglądała mi się otwarcie, lecz nie wyglądało to na typowo kobiece zainteresowanie. Odwzajemniłem się babie bez żenady: nie była pięknością, jej widok nie wywołałby nie tylko zamieszek, ale i zainteresowania – ot, przeciętna dziewuszka. Skromnie ubrana, niczym urzędniczka, nie nosiła biżuterii ani zegarka. Tylko w jej oczach dostrzegłem coś dziwnego – rozbawienie. Dziewucha siedziała wśród najgorszych moskiewskich mętów i najwyraźniej ją to bawiło. Tak, to nie było zwyczajne...

– A ty skąd, sokoliku? – spytała z uśmiechem.

– Jestem z nim. – Skinąłem w stronę Poliakowa.

– Przecież widzę – odparła z lekkim zniecierpliwieniem. – Inaczej by cię tu nie było. Co robi żołnierz na naszym małym zebraniu?

Wzruszyłem ramionami, pamiętając o ostrzeżeniu Poliakowa, żeby nie wdawać się w dyskusje.

– Nie lubię gadatliwych mężczyzn, ale to już chyba przesada – zauważyła.

Uniosłem brwi, słysząc w głosie kobiety nowy, zimny ton. Wyglądało, że baba jest przyzwyczajona do wydawania rozkazów i do tego, że ludzie zawsze i bez zwłoki odpowiadają na jej pytania. No nie, Poliakow Poliakowem, lecz czegoś takiego nie można zignorować, nie w takim towarzystwie.

– I co z tym zrobisz, kochanie? – spytałem, poklepując ją obraźliwie po policzku.

Wzruszyła z wdziękiem ramionami, ale nie dałem się nabrać: ten gest miał tylko odwrócić moją uwagę: chciała sięgnąć po nóż. Tyle że nie zdążyła – trzymałem ją już za nadgarstek, a moje ostrze wbijało się pod jej brodę.

Ktoś zauważył naszą małą pantomimę, w pomieszczeniu ponownie zapadła cisza.

– O co chodzi? – spytał siedzący naprzeciwko mężczyzna pod pięćdziesiątkę.

Gość ubrany był z niewymuszoną – i na pewno nie sowiecką – elegancją, u nas bardziej niż kapelusze modne były kaszkiety, na ulicach królowały skórzane kurtki, a nie garnitury Burberry. Mimo fircykowatego wyglądu nie sprawiał wrażenia kogoś, kogo można zlekceważyć. Pełna szacunku uwaga, z jaką błatni śledzili jego słowa, wskazywała, że podzielają moje zdanie.

– Słuchamy, Zoja – ponaglił.

Najwyraźniej pytanie skierowane było do mojej sympatycznej rozmówczyni...

– Zastanawiałam się, dlaczego gospodin naczialnik – zaakcentowała ironicznie – przyszedł dziś w towarzystwie?

– I do jakich wniosków doszłaś?

– Cóż, co by nie powiedzieć o naszym legawym przyjacielu, na pewno nie jest tchórzem, obstawa mu niepotrzebna. Zresztą on zna nasze zasady, wie, że tu i teraz jest bezpieczny.

– Więc?

– Ten facet to wyszkolony zabójca. Podejrzewam, że pan pułkownik ma zamiar jakoś nas zmotywować, gdybyśmy jednak nie chcieli węszyć za tym wariatem, który tak mu przeszkadza.

Kilku urków zerwało się z miejsc z niedwuznacznie agresywnymi zamiarami, ale mężczyzna powstrzymał ich jednym ruchem dłoni.

– Może najpierw porozmawiamy? – zaproponował.

Przynajmniej brzmiało to jak propozycja, tyle że nikt nie zamierzał z nią dyskutować. Słowa eleganta przyjęto przez aklamację, choć zauważyłem, że nie wszystkie dłonie spoczęły na widoku, kilka pozostało nadal w kieszeniach. Miałem nadzieję, że błatni preferują noże – wtedy mielibyśmy jakieś szanse, jakby co. W przeciwnym wypadku nie damy rady nawet wydostać się z domu.

– Złapanie tego świra jest niezbędne, abyśmy mogli kontynuować nasze... interesy – oznajmił Poliakow. – Parę bardzo wysoko postawionych osobistości oświadczyło mi wczoraj, że albo rozwiążę tę sprawę w najbliższym czasie, albo... – zawiesił znacząco głos. – Mam wielu wrogów, a gdzieś tam – wskazał palcem w górę – jest lista osób, które mogą zająć moje miejsce. Ta lista istnieje od dawna, jednak do tej pory miałem jedną podstawową przewagę nad konkurentami: skuteczność. Dlatego musicie mi pomóc.

– Musimy? – uniósł brwi elegant.

– Inaczej będzie bolało – oznajmił posępnie milicjant.

– A konkretnie? – odezwała się dziewczyna.

– Zlikwiduję cały wasz biznes. Oczywiście spróbujecie zmienić lokale, jednak nie będzie to takie łatwe. Znajdę i te nowe. I zamknę.

– Nie masz tylu ludzi, naczialnik – parsknął pogardliwie któryś z błatnych. – A my znamy gęby większości z nich.

– To major Razumowski z wojennoj razwiedki – przedstawił mnie niespodziewanie Poliakow. – Jego ludzi też znacie? A może chcielibyście, żeby setka czy dwie, jak to powiedziała nasza urocza dama: „wyszkolonych zabójców”, zaczęła przechadzać się po terenach, na których skubiecie frajerów? Jak myślicie, jaki byłby efekt takiej... konfrontacji? Bo mnie się wydaje, że coś takiego polepszyłoby sytuację tylko w jednej branży: pogrzebowej.

Przez chwilę trwała jeszcze nabrzmiała zdumieniem cisza, później wokół zapanowało pandemonium; kilkanaście osób przekrzykiwało się nawzajem, milicjant został otoczony przez rozwścieczonych urków. Jeszcze trochę i...

1 ... 36 37 38 39 40 41 42 43 44 ... 86
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)