Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Demony Leningradu [calibre 3.42.0]
Demony Leningradu [calibre 3.42.0] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Demony Leningradu [calibre 3.42.0]

Электронная книга - «Demony Leningradu [calibre 3.42.0]». Краткое содержание книги:

Demony Leningradu [calibre 3.42.0]
1 ... 31 32 33 34 35 36 37 38 39 ... 86
Перейти на страницу:

– Ciekawe, skąd je weźmiemy? – parsknął gniewnie Drozd. – To nie fałszywe kartki na chleb!

– Pomyślałem o tym. Są pewne opcje, lecz nie za darmo. Dlatego potrzeba nam „świnek”. Inna możliwość to dolary, ale z tym byłoby chyba nawet trudniej. Będziemy musieli zapłacić, drogo zapłacić, i nie wiem, czy skończy się tylko na pieniądzach... Jednak innego wyjścia nie ma! – powiedziałem z naciskiem.

– Gdzie jedziemy? – wtrącił Kotuszew. – Do was czy najpierw do lochu?

– Do lochu – zadecydowałem. – Czas zapoznać pannę Turkuł z sytuacją. – Trąciłem Wierę przyjaźnie łokciem.

Zerknąłem spod oka na chłopaków, żaden nie zaprotestował. Widać zgadzali się z moją decyzją.

Tymczasem Kotuszew minął zoo i skręcił w ulicę wiodącą na cmentarz Wagańkowski. Mieszkał niedaleko nekropolii, w starej, osiemnastowiecznej kamienicy. Trochę mu zazdrościłem: okolica cicha, spokojna, a i chałupa solidna, nie to co moja...

– Cmentarz?! – zawołała z pretensją w głosie dziewczyna. – Mieszkasz przy cmentarzu?!

– No i co z tego? – odburknął Tima. – Boisz się nieboszczyków? To żywych trzeba się bać.

– No nie... Ale jakoś tu dziwnie. I cerkiew się uchowała.

– Nie uchowała się – poinformował ją sucho Drozd. – Teraz to muzeum ateizmu.

– Co tam pokazują?

– Szaty liturgiczne, nagrobki wyszabrowane z okolicznych nekropolii, szczególnie egzemplarze z krzyżami, rozumiesz, drażniły co poniektórych, rozmaite wydania Biblii, kukłę płonącego na stosie Giordana Bruna i takie tam... – odpowiedział. – Może zresztą coś zmienili? Ostatnio byłem tam w podstawówce. Z wycieczką szkolną.

Kotuszew zatrzymał wóz tuż pod kamienicą, wysiedliśmy. Wąskie, wiodące w dół schody były tak samo strome i śliskie, jak zapamiętałem. Dwukrotnie musiałem podtrzymać Wierę, inaczej wyłożyłaby się jak długa. Ze ścian i sufitu skapywała woda, Kotuszew, klnąc pod nosem, ruszył w głąb piwnicy.

– Co to ma być? – spytała z niesmakiem Wiera. – Do kanałów zejdziemy czy co?

– Prawie zgadłaś! – wyszczerzył zęby Drozd.

Każdy nasz ruch przywoływał cienie. Pląsały po ścianach w świetle niesionej przez Kotuszewa latarni naftowej. Ucichł – i tak niewielki w tej okolicy – uliczny gwar. Słychać było każdy szmer, od czasu do czasu rozlegał się cichy pisk. Szczury. Nikt z lokatorów nie schodził do piwnicy, nie było po co. Wreszcie stanęliśmy przed zamkniętymi drzwiami. Kotuszew otworzył kłódkę i przecisnął się naprzód wraz z Drozdem.

– Co oni robią?

– Przesuwają starą szafę, zasłania wejście do podziemi – wyjaśniłem.

– Mamy tam zejść?! – Wzdrygnęła się.

Potwierdziłem nieartykułowanym mruknięciem.

– Po cholerę?!

– Tam jest nasze złoto. No chodź! – ponagliłem.

Nisko sklepiony sufit zmusił nas do marszu z pochylonymi głowami, pod nogami grzechotały odłamki cegieł i jakieś śmieci, czasem chlupotała woda. Wąskie przejście doprowadziło nas do szerokiego, choć nadal niskiego korytarza.

– Pierwszy znak! – zawołał ostrzegawczo Drozd.

Wydobyłem z kieszeni elektryczną latarkę, poświeciłem.

– Uważaj! – powiedziałem surowo. – Popatrz!

Na wysokości metra nad ziemią widać było na ścianie niezgrabny trójkąt. Wyglądał, jakby wydrapało go dziecko. No i dobrze, miał tak wyglądać.

– Dokładnie dwanaście metrów dalej jest raztiażka – powiedziałem. – Licz odległość krokami, tak jak się uczyłaś!

Skierowałem światło pod nogi, choć wiedziałem, że i tak niewiele zobaczę: zawleczki znajdujących się po obu stronach korytarza granatów połączone były cienkim, owiniętym czarną izolacją drutem. Niemal nie do zauważenia na brudnej podłodze. Wystarczyło zahaczyć nogą i...

Jest! Tuż przy ścianie zauważyłem niewielki kopczyk gruzu, po chwili dostrzegłem przewód.

– Uwaga, krok! – uprzedziłem idącą za mną dziewczynę.

Wiera przestąpiła ostrożnie przez rozciągnięty w poprzek drut. Odetchnąłem.

– To naprawdę konieczne?

Prowadziłem dziewczynę za rękę, jej dłoń lekko drżała.

– Wolelibyśmy, aby jakiś przypadkowy poszukiwacz skarbów nie dorwał się do naszej skrytki – mruknąłem.

– Więc wy go granatem?!

Dotarliśmy wreszcie do krypty – podziemia należały do wybudowanej przy cmentarzu cerkwi. Kotuszew powiesił latarnię na haku pod sufitem, pojaśniało. Panna Turkuł wzdrygnęła się, widząc ułożony w malowniczej pozie szkielet odziany w strzępy jedwabnych szat. Flankowało go kilka czaszek, w tym jedna z dziurą w czerepie; widać i dawniej czasy były niespokojne... Swego czasu naszukaliśmy się ich niemało, w krypcie znajdował się tylko jeden grób. Saszka Riumin twierdził, że kiedyś chowano tu dostojników kościelnych. Być może. Dziś szczątki dostojnika leżały na ceglanej podłodze, a w sarkofagu umieściliśmy złoto.

– Widzisz tę płytę? – spytałem, wskazując zakrywające grób kamienne wieko.

Wiera posłusznie skinęła głową.

– Nigdy jej nie ruszaj! – przykazałem. – Tuż pod płytą umieściliśmy szwabską Entlastungsmine. Pamiętasz, jak działa?

– Nie całkiem...

– Jest trudna do wykrycia, bo ma drewniany korpus, eksplozja następuje, kiedy zdejmie się obciążenie przyciskające pokrywę. Znajdująca się wewnątrz sprężyna unosi gwałtownie pokrywę, do której przymocowany jest drut łączący ją z zapalnikiem. To powoduje wyrwanie zawleczki z zapalnika i następuje duże „bum”! Zapamiętałaś?

– T-tak...

– W tylnej ściance sarkofagu wybiliśmy otwór, przez który można sięgnąć do środka, tylko tak da radę bezpiecznie wyciągnąć zawartość. Wątpię, aby komuś to przyszło do głowy, bo specjalnie zostawiliśmy uchylone wieko: widać, że coś jest wewnątrz, ale nie da rady sięgnąć.

– Co tam macie oprócz złota? – spytała.

– Trochę broni i lekarstw, w sumie nic specjalnego.

– Lekarstw?!

– To na wypadek, gdyby komandir zapadł na brzydką chorobę – wyjaśnił z bezczelnym uśmiechem Kotuszew.

Kopnąłem go w tyłek. Rechocząc, uciekł za plecy Wiery.

– Niemieckie leki można sprzedać za niezłą forsę – wyjaśniłem. – Można też za ich pomocą załatwić różne niezałatwialne na pozór sprawy. Ze względu na wojnę w szpitalach i aptekach mamy pewne braki...

– Więc wy już nie pierwszy raz...?

– Nie pierwszy – przyznałem. – Ale dopiero teraz musieliśmy naprawdę zaryzykować. Jeśli rzecz się wyda, zdechniemy wszyscy na Łubiance. Nie darują nam tego złota.

– To po co je było brać?! – zawołała.

– Bo w GRU działa niemiecki agent, który w jakiś sposób znaczy dokumenty drukowane dla przekraczających linię frontu. Rzecz jasna, nie wszystkie. Tyle że szczególnie „troszczy się” akurat o tę operację, do której zostaniemy niedługo skierowani. Nie mieliśmy wyjścia – zakończyłem ponuro.

– Co... Co zrobimy?

– Kotuszew! Dawaj łupy!

– Jakie jeszcze łupy?!

– Gdybyśmy czegoś nie przywieźli z naszej... wycieczki, byłoby to mocno podejrzane. No to przywieźliśmy – wyjaśniłem.

Tima przykucnął i sięgnął między ścianę a tył sarkofagu, wydobył niewielkie zawiniątko. Po chwili rozwiązał je, ukazując zawartość.

– Pończochy i złote kolczyki dla Wiery, dla nas po dwa zegarki, ja wezmę jeszcze ten badziew. – Wskazałem porcelanową figurkę.

– Miśnieńska porcelana – mruknął Drozd, podnosząc drobiazg do światła. – No, no...

– Ja nie chcę tego, ja...

Złapałem dziewczynę za poły, potrząsnąłem, aż zadzwoniła zębami.

1 ... 31 32 33 34 35 36 37 38 39 ... 86
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)