Demony Leningradu [calibre 3.42.0]
- Автор: Przechrzta Adam
- Год: 2011
- Язык: польский
- Год: Fabryka Słów
- ISBN: 978-83-7574-617-4
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Demony Leningradu [calibre 3.42.0]». Краткое содержание книги:
– Weźmiesz to, założysz pończochy i pochwalisz się koleżankom kolczykami – wysyczałem cichym, złowrogim tonem. – Bo inaczej będziesz miała szczęście, jeśli zdążysz wyskoczyć przez okno, kiedy przyjdą po ciebie czekiści. Zrozumiałaś?!
– Tak – wychlipała, rozmazując łzy po twarzy.
– Zbieramy się! – zarządziłem. – Mam jeszcze spotkanie z Genkomem.
Zerknąłem w lustro, skontrolowałem stan munduru. Wyglądało, że wszystko jest w porządku. Co prawda nie wybierałem się na randkę, ale lepiej nie prowokować Generalnego Komisarza. Nawet w kwestii takiego drobiazgu jak przepisy ubiorcze. Genkom Beria uchodził za człowieka, który nie zna się na żartach. Wolałem nie sprawdzać, na ile ta opinia zgodna jest ze stanem faktycznym. Znam przyjemniejsze sposoby popełnienia samobójstwa...
Naciskałem już klamkę, kiedy dopadła mnie nagła słabość, zawirowało mi w głowie, musiałem oprzeć się o ścianę. Ujrzałem w lustrze białą jak papier twarz przeciętą wąską strużką sączącej się z nosa krwi. Cholera, znowu mnie wzięło.
Kroki, głośny tupot ciężkich wojskowych buciorów na schodach, w drzwi naprzeciwko łomoczą niecierpliwe pięści. Widzę zrezygnowaną twarz Nataszy i przerażone oczy Loszki. NKWD. Ktoś brutalnie zakłada kajdanki na wyciągnięte dłonie Nataszy, słychać dźwięk rozbijanego szkła. To nie tyle rewizja, co niszczenie wszelkich śladów po rodzinie „wroga ojczyzny”. Widać przyszedł czas, żeby bliscy kapitana Pokrowskiego zapłacili za to, że Wład, zamiast zginąć, znalazł się w niemieckiej niewoli...
Wyciągnąłem chusteczkę, otarłem twarz. Krwi było niewiele. Czyżbym się przyzwyczajał? Tylko skąd te ataki? I co to, do cholery, było? Halucynacje? Wizja?
Wyszedłem na korytarz, trzęsąc się z wyczerpania, jakbym dokonał czegoś, co wymagało nie wiedzieć jak wielkiego wysiłku. Stanąłem, oparłszy się o balustradę. Nie musiałem długo czekać. Zamknąłem oczy, wsłuchałem się w kroki nadchodzących: trzech mężczyzn. Przez moment zastanawiałem się, czy to aby nie po mnie, i niemal natychmiast odrzuciłem tę myśl. Gdyby chcieli mnie aresztować, obstawiliby cały budynek, a i ekipa byłaby zdecydowanie większa. Ta przyszła po Nataszę. W końcu ilu chłopa trzeba, żeby aresztować kobietę? No dobrze, ktoś jeszcze musi rozpierdolić jej chałupę. Ot, takie małe ostrzeżenie dla sąsiadów...
Mundur z wyłogami w barwach NKWD, zerknąłem na pagony – kapitan. Za nim dwóch sierżantów. Wykrzywione w aroganckim grymasie gęby przyzwyczajonych do bezkarności bezpieczniaków. Razumowski, Razumowski... Po co ci to wszystko? Nie lepiej wsiąść do samochodu i zapomnieć o Nataszy? Tyle że tak naprawdę nie chodziło o Nataszę, a przynajmniej nie tylko o nią. Od czasów Leningradu reprezentowana przez pułkownika Kutiepowa instytucja działała mi na nerwy i bywało, że miałem ochotę dać temu wyraz. Jak dzisiaj. Zresztą co mogą mi zrobić? Aresztować? W sytuacji, kiedy Genkom Beria czeka, abym złożył mu meldunek o ostatniej akcji? Wolne żarty.
– Natasza Aleksandrowna Pokrowska to moja przyjaciółka – oznajmiłem zwięźle, blokując schody. – Proszę zawrócić, kapitanie, i nigdy więcej tu nie przychodzić.
Mężczyzna poczerwieniał z wściekłości, sięgnął po broń.
– Wiecie, co grozi komuś, kto usiłuje przeszkodzić oficerowi NKWD w wypełnieniu...
– Za pół godziny oczekuje mnie Generalny Komisarz Beria. Zastanówcie się lepiej, co zrobi z wami Genkom, kiedy dowie się, że przez was spóźniłem się na spotkanie – odpowiedziałem chłodno, demonstrując jednocześnie legitymację wojennoj razwiedki.
Popatrzył na mnie jak na wariata, po chwili jednak schował pistolet, widać było, że ochłonął. Oczywiście i u nas zdarzają się umysłowo chorzy, ale radziecka nauka nie zanotowała do tej pory przypadku, żeby któryś z pacjentów powoływał się na znajomość z towarzyszem Berią. Coś takiego musiałoby się skończyć tylko w jeden sposób: diagnozę stawialiby nie lekarze, lecz czekiści. A w porównaniu z Łubianką najgorsza nawet psychuszka to kurort. Nie, aż takich wariatów to u nas nie ma... Facet zaczął mi wierzyć.
– Ta wasza... przyjaciółka to żona...
– Wiem o wszystkim – przerwałem mu bezceremonialnie. – I jeszcze raz powtarzam: odejdźcie!
Spięliśmy się wzrokiem, oczy pociemniały mu z gniewu, zrozumiałem, że nie ma zamiaru ustąpić. No cóż, zaraz zobaczymy, z jakiej gliny cię ulepili, chłopczyku... Zawróciłem znienacka, przyzywając enkawudzistę gestem.
– Co wy sobie wyobrażacie?! – wrzasnął. – Nie macie prawa...
Wkroczyłem do mieszkania, podszedłem do telefonu. Na szczęście pamiętałem numer, czort wie czym by się to skończyło, gdybym musiał szukać notatek.
– Poproszę adiutanta towarzysza Berii – rzuciłem do słuchawki.
Kapitan pobladł – co innego słuchać gróźb, co innego widzieć, jak się spełniają.
– Wasze nazwisko? – szorstko zwróciłem się do bezpieczniaka.
– Ja...
– Sarkisow! – usłyszałem.
– Wygląda, że mam mały problem, towarzyszu pułkowniku – powiedziałem.
– W porządku, odejdziemy – wymamrotał pospiesznie kapitan.
Już nie miał miny zdobywcy świata. W naszym kraju nie ma ludzi niezastąpionych i nietykalnych, no, może poza jednym człowiekiem – ojczulkiem Stalinem. Wszyscy inni mogą w każdej chwili zostać pozbawieni nawet najwyższych stanowisk i stać się wrogami narodu. Także pracownicy NKWD, ba! – nawet szefowie tej instytucji. Któż wie o tym lepiej niż czekiści, którym przyszło przesłuchiwać niejednego generała czy marszałka? A z bezpieczniackiej katowni wyjście przeważnie jest tylko jedno: pod pluton egzekucyjny.
– Przepraszam najmocniej, panie pułkowniku, chciałem poinformować, że mogę się nieco spóźnić na spotkanie z Genkomem. Nie czuję się jeszcze najlepiej.
– Może jednak postaracie się, majorze! Generalny Komisarz nie ma dla was całego dnia!
– Tak jest! – szczeknąłem służbiście, wpatrując się w plecy wychodzącego kapitana.
Nie byłem pewien, czy bezpieka definitywnie zrezygnuje z nękania Nataszy, ale sama myśl, że po raz pierwszy w życiu przeciwstawiłem się czekistom, napawała dziwną satysfakcją. Trzeba uważać na takie uczucia, można się łatwo przyzwyczaić... A NKWD to przecież tarcza i miecz proletariatu, a co ważniejsze – towarzysza Stalina. Nie ma sensu wchodzić im w paradę, oj, nie...
Wbiegając po schodach, zastanawiałem się, w jakim celu wezwał mnie Beria? W końcu operacja została przeprowadzona pomyślnie: przywieźliśmy kilkanaście płócien znanych mistrzów, nie licząc paru skrzyń antykwarycznego chłamu. Oczywiście mógł mnie wezwać, aby wyrazić wdzięczność w imieniu własnym oraz socjalistycznej ojczyzny, ale jakoś mi to do Berii nie pasowało. Nie robił wrażenia człowieka, który byłby – bez naprawdę ważnego powodu – komukolwiek i za cokolwiek wdzięczny. Nie, nasze spotkanie nie skończy się raczej wręczeniem orderu. Dobrze, jeśli wyjdę z niego żywy. Z drugiej strony, gdyby dowiedział się o złocie, dawno siedziałbym w podziemiach Łubianki, a mój przyjaciel pułkownik Kutiepow starałby się nakłonić mnie do wyznania, dlaczego zdradziłem ideały socjalizmu...
– Nareszcie! – warknął czuwający przed gabinetem Genkoma Sarkisow. – Wchodźcie!
Wykonałem polecenie, po chwili stałem już przed rozpartym w fotelu Berią. Ten trzymał na kolanach tekturową teczkę, z wyraźnym zainteresowaniem przeglądał jakieś papiery.
– Dlaczego zastrzeliliście tę Niemkę? Tam, w magazynie? – zapytał znienacka.
Ożeż kurwa... Skąd on to wie? Gdybym nie ufał swoim ludziom, pomyślałbym – po raz kolejny – że któryś z nich sypnął. Tyle że im ufałem. Już wcześniej, indagowani na rozkaz Panfiłowa, wykazali się lojalnością. Zatem musiał być to ktoś inny. Tylko kto? Nasz agent po niemieckiej stronie? Wątpliwe, operacja nie miała aż takiego znaczenia, aby wykorzystywać agenturę. A i co ktoś taki robiłby w zapyziałej wiosce? Do tej pory nikt nie przywiązywał specjalnego znaczenia do skradzionych dzieł sztuki. Zapewne to któryś z miejscowych, może jeden z partyzantów. W takim wypadku nie miałem czego się bać. Zameldował o zabitych faszystach? No i co z tego? Była wśród nich baba? Też mi nowina... Od kiedy to Armia Czerwona rycersko broni czci i życia niemieckich kobiet? Naplewat’...