Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Demony Leningradu [calibre 3.42.0]
Demony Leningradu [calibre 3.42.0] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Demony Leningradu [calibre 3.42.0]

Электронная книга - «Demony Leningradu [calibre 3.42.0]». Краткое содержание книги:

Demony Leningradu [calibre 3.42.0]
1 ... 33 34 35 36 37 38 39 40 41 ... 86
Перейти на страницу:

– Uważam, że w takich sytuacjach lepiej nie zostawiać świadków – odparłem szczerze.

– Świadków czego?! – warknął Beria.

– Naszej działalności – wyjaśniłem z udanym zdziwieniem. – Oczywiście Niemcy już dawno odkryli, co zrobiliśmy w magazynie, ale nasze modus operandi nadal pozostaje nieznane.

– Co takiego?!

– Sposób działania – przetłumaczyłem szybko.

– Znacie łacinę? – Genkom uniósł brwi.

– Skąd! Coś tam liznąłem na studiach, ale o znajomości nie może być mowy. – Uśmiechnąłem się z rozbawieniem. – Czasem przeglądam słowniki, a pamięć mam dobrą.

W rzeczywistości termin „modus operandi” poznałem od Saszki Riumina, ten to lubił błysnąć wiedzą. No i uwielbiał wykazywać mi swoją wyższość intelektualną...

– To może powstrzymajcie się od popisów lingwistycznych – burknął Beria. – Słucham dalej!

– Tak jest! No więc Niemcy nie wiedzą, że operację przeprowadziła kilkuosobowa grupa, tym bardziej że zbiegło się to z atakiem partyzantów na pobliski garnizon i wysadzeniem torów. Gdybyśmy w przyszłości chcieli coś takiego powtórzyć... – zawiesiłem znacząco głos.

– Pracowaliście jakiś czas nad tą sprawą?

– Tak jest, towarzyszu Generalny Komisarzu!

– Gdybyście mieli wyznaczyć cele dla kolejnych operacji tego typu, od czego byście zaczęli? – zapytał pozornie obojętnym tonem.

No tak... To wiadomo już, skąd wiatr wieje. Genkom Beria wyciśnie ze mnie wszelką wiedzę, a potem na bazie tego, co mu powiem, opracuje plan własnej – a jakżeby inaczej! – operacji. Zupełnym przypadkiem identycznej z planem niejakiego majora Razumowskiego. I pewnie przedstawi go towarzyszowi Stalinowi jako swój genialny koncept... Czyli wcześniejsze pytania miały jedynie zbić mnie z tropu, ułatwić wyciągnięcie ze mnie informacji. Powinienem się cieszyć, że nikt mnie nie podejrzewał o kradzież złota, a jednak poczułem złość. Sam się zdziwiłem, jak wielką. Ileż to już razy moi przełożeni wykorzystywali cudze przemyślenia? Ilu idiotów, którzy nie trafiliby do kibla bez psa przewodnika, wspinało się w hierarchii służbowej po moich plecach. Ech, Razumowski, Razumowski, lepiej trzymajcie uczucia na wodzy, bo wystarczy najlżejsze podejrzenie i będziecie wąchać kwiatki od spodu. Nikt nie krzywi się na Genkoma, cokolwiek by ten zrobił. Nikt, komu życie miłe...

Westchnąwszy w duchu, przedstawiłem towarzyszowi Berii wszelkie swoje przemyślenia na temat rewindykacji dzieł sztuki. Niczego nie ukrywając, szczerze. Zaznaczyłem nawet na precyzyjnej sztabowej mapie dyslokację magazynów, w których Niemcy przechowywali skradzione dobra. Przygotowując się do akcji, ustaliliśmy położenie kilku z nich.

Generalny Komisarz wysłuchał mnie bez słowa, porobił jakieś notatki na marginesach sobie tylko wiadomych dokumentów.

– Kiedy według was należałoby wykonać kolejny ruch? – spytał wreszcie.

– Chcąc mieć przewagę zaskoczenia, w ciągu tygodnia. Jak zaznaczyłem, nie sądzę, żeby Niemcy skojarzyli, że nasza akcja to część szerzej zakrojonej operacji, wątpię też, żeby podejrzewali o wykonanie całej roboty niewielką grupkę profesjonalistów. Jednak nie można wykluczyć, że ktoś inteligentny skojarzy fakty i doda dwa do dwóch. Z drugiej strony... – Przygryzłem nerwowo usta.

– Tak?

– Mogę zadać pytanie?

– Pytajcie!

– Czy wydaliście jakieś dodatkowe rozkazy wspierającym nas partyzantom, towarzyszu Generalny Komisarzu?

– A konkretnie?

– Noo... Czy nie mieli po nas posprzątać?

Beria zdjął binokle i przez chwilę masował nasadę nosa.

– Jak się domyśliliście?

– Zgadywałem.

– Owszem, kazałem podpalić magazyn po waszym odjeździe. Grupa, która tego dokonała, miała was też asekurować. Na wszelki wypadek.

Akurat, pomyślałem ponuro. Raczej zlikwidować, gdyby się okazało, że odjeżdżamy w innym kierunku niż ustalony. Specjalne oddziały zaporowe istniały od początku wojny w strukturach NKWD i działały tak sprawnie, że towarzysz Stalin nakazał utworzyć podobne i w armii. Całkiem niedawno – rozkazem numer 227 z lipca tysiąc dziewięćset czterdziestego drugiego roku. Teoretycznie każdy żołnierz powinien znać wszystkie rozkazy Głównodowodzącego, w praktyce nikt poza politrukami nie zwracał na nie uwagi. Były oczywiście wyjątki: treść rozkazu numer 227 każdy mógł powtórzyć nawet przez sen. No i nie dziwota – od tego, czy mu się podporządkował, zależało jego życie. Nie było to zresztą skomplikowane, całość sprowadzała się do jednego zdania: „Ani kroku w tył!”. A specoddziały nie znały się na żartach – ten, kto wylądował w karnym batalionie, mógł mówić o szczęściu, bywało, że wycofujących się żołnierzy rozstrzeliwano na miejscu.

– Co z partyzantami? – spytałem, otrząsając się z zadumy.

– A co ma być? – wzruszył ramionami Beria. – Prawie wszyscy zginęli. Ocaleli tylko ci, którzy zabezpieczali lądowisko i zacierali ślady w magazynie. Reszta walczyła do końca, aby osłonić wasz odwrót. Nie mieli żadnych szans, Niemcy błyskawicznie ściągnęli posiłki i przeszli do kontrataku.

Przełknąłem z trudem ślinę. Nie czułem specjalnej sympatii do nieznanych mi w końcu ludzi: na wojnie jak na wojnie – dziś zginiesz ty, jutro ja, jednak nonszalancki stosunek Genkoma do kwestii strat osobowych mroził krew w żyłach. Może to i dobrze, że NKWD przejmie kierownictwo nad wymyśloną przeze mnie operacją? Zapewne mimo ryzyka związanego z przyszłą akcją wojennoj razwiedki i tak dawała mi ona większe szanse na przeżycie niż wykonywanie z pozoru banalnych zadań dla towarzysza Berii...

Wspinałem się na piętro tak wolno, jakbym miał nie trzydzieści pięć, lecz sześćdziesiąt pięć lat. Cóż, ostatnie dni okazały się dość męczące, a i spotkanie z towarzyszem Berią nie należało do przyjemnych. Już na schodach wyczułem zapach jedzenia – pora była obiadowa. Po chwili żołądek odezwał się bolesnym skurczem. Nie pamiętałem, kiedy ostatnio jadłem normalny posiłek. Zanim zdążyłem włożyć klucz do zamka, drzwi stanęły otworem i Natasza podtrzymała mnie pod ramię.

– Kiepsko wyglądacie – powiedziała z niepokojem w głosie.

Spojrzałem na nią zaskoczony: nie przywykłem, żeby ktoś się o mnie martwił, a nie wyglądało, aby moja sąsiadka udawała. Inna rzecz, że gdyby nie ja, zapewne jechałaby teraz gdzieś na północ. Pod konwojem. Stąd pewnie jej troska...

Natasza pomogła mi się rozebrać, w wannie – tak, miałem w mieszkaniu nawet wannę – czekała na mnie gorąca woda. No, prawie gorąca. Trudno utrzymać odpowiednią temperaturę, dolewając co chwila wody z czajnika czy garnka. Tuż przed wojną pojawiły się pogłoski, że cała nasza dzielnica ma zostać zaopatrzona w ciepłą bieżącą wodę. Niestety, niedługo później zaczęto budować schrony, zamiast modernizować wodociągi.

Mimo że byłem głodny, a kuchenne zapachy dochodziły do łazienki, moczyłem się dobre pół godziny. Dopiero teraz zniknęło pobitewne napięcie, zaczynało do mnie docierać, że przeżyłem – raz jeszcze. Będę regularnie jadał, spał w cieple przez całą noc, może pójdę na jakiś koncert albo do kina? Wiedziałem, że takie życie nie potrwa zbyt długo, prędzej czy później sielankę przerwie rozkaz Panfiłowa, lecz chwilowo nic mi nie groziło. Byłem wśród swoich, bezpieczny.

1 ... 33 34 35 36 37 38 39 40 41 ... 86
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)