Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]
- Автор: Снегов Сергей Александрович
- Серия: Ludzie jak bogowie #1
- Год: 1972
- Язык: польский
- Год: Iskry
- Переводчик: Tadeusz Gosk
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]». Краткое содержание книги:
Postarałem się również poznać opinie innych Niebian.
— No więc tak — powiedziałem później Andre. Altairczycy uważają, że symfonia jest zbyt pastelowa, zawiera zbyt mało promieni rentgenowskich, dla Aldebarańczyków jest zbyt lekka, Aniołom wydaje się zimna i pusta, Weganom prymitywna i monotonna… Co poza tym? Ludzie nadal mają zbyt wąskie spektrum warunków życiowych, więc dla nich jest zabójcza. Kto wygrał?
— Idź do diabła! — powiedział Andre pogodnie. Podejrzewam, że przewidywał fiasko i zabiegał o urządzenie koncertu jedynie po to, aby spełnić warunki zakładu. — Niebianie mają jeszcze mniej poczucia estetyki niż ludzie. Rozkoszuj się swoją fizjologiczną papką muzyczną, jeżeli nie rozumiesz arcydzieł.
— Nie powiedziałeś, kto wygrał zakład? — nalegałem.
— Ty — przyznał niechętnie. — Ale, jeśli cię można prosić, nie tańcz i nie krzycz na całą Orę. Jak na mój gust cieszysz się zbyt hałaśliwie.
Obiecałem mu cicho przeżywać tę radość.
35
Ostatnie dni pobytu na Orze były wypełnione naradami. Ludzi pomiędzy sobą i ludzi z grupami Niebian. Na jednej z narad u Spychalskiego, na której nie było gwiezdnych gości, postanowiono, że dwa największe statki galaktyczne: „Pożeracz Przestrzeni” i „Sternik” powinny kontynuować podróż w głąb Galaktyki.
Wiera wytłumaczyła, dlaczego penetracji gwiezdnych głębi nie można odłożyć na później. Wyprawa na Orę miała dwa zadania, z których jedno — stworzenie podstaw organizacyjnych przyszłego Sojuszu Międzygwiezdnego — wykonano.
— Jednakże — mówiła Wiera — gdzieś wśród gwiazd mieszka podobny do nas, wysoko rozwinięty naród Galaktów, o którym nie dowiedzieliśmy się niczego. Cała praca nad tworzeniem sojuszu mieszkańców gwiazd stanie pod znakiem zapytania, jeżeli nie dowiemy się, czy projektowanej organizacji nie zagraża niebezpieczeństwo. I na odwrót, sprawa może posunąć się szybko naprzód, jeżeli zapewnimy sobie pomoc Galaktów. Dokąd skierować statki w ich poszukiwaniu? Skąd Galaktowie przylecieli do gwiazdozbioru Hiad i na Altair? Najprawdopodobniej z Plejad, które są skupiskiem gwiezdnym położonym najbliżej Hiad. Tak więc skok w Plejady, dokąd ludzie jeszcze nie docierali, będzie naszym kolejnym zadaniem.
— Ja lecę „Pożeraczem Przestrzeni” — zakończyła Wiera. — Ewakuacji gości z Ory i wysłania statków na Ziemię podejmie się szanowny Marcin Julianowicz.
Spychalski uśmiechnął się niewesoło.
— Miałem nadzieję, że i mnie, staruszka, zabierzecie ze sobą w daleki rejs. Ale widzę, że trzeba będzie dożyć ostatnich lat jako dozorca tej planetki.
— Nie jako dozorca, ale jako przedstawiciel ludzkości na wysuniętej gwiezdnej placówce. A my będziemy kontynuować pańskie poszukiwania.
Po zakończeniu narady spytałem Romera: — Pan z nami, Pawle, czy na Ziemię?
— W starożytności — odparł sucho — za główną cnotę mężczyzny uważano umiejętność walki z wrogiem. „Pożeracz Przestrzeni” ma zadanie szczególne: zwiad na terytorium wroga. Straciłbym dla siebie szacunek, gdybym nie wykorzystał możliwości wykazania się odwagą godną mężczyzny!
Wydaje mi się, że mógłby powiedzieć to samo mniej zawiłym stylem.
Kolejno odlatywały statki na Altair, Aldebarana, Capellę, Fomalhaut, aż wreszcie nastała kolej na odlot mieszkańców Wegi.
Noc przed rozstaniem z Fiolą spędziłem w jej parku pod smętnym blaskiem sztucznego księżyca. Przeważnie milczeliśmy. W tym milczeniu było coś tak lirycznie ziemskiego, że mój smutek zamienił się w rozpacz. To była pierwsza noc, w czasie której Fiola nie wypytywała mnie ani o naukę, ani o kosmos, ani też o nasze porządki społeczne, czy też statki gwiezdne. Intymnie głupia noc, prawdziwa noc zakochanych.
Przed świtem Fiola wstała.
— Zapala się słońce, Eli. Muszę iść. Zobaczymy się w porcie kosmicznym.
Wieczorem do bazy gwiazdolotów zajeżdżały kolejno autobusy, z których wypryskiwały świecące kolumny Wegan. Przytłumione, uroczyste światło, płynące z ciał mieszkańców Wegi, zalało cały port. Poszedłem tam z Lusinem i stałem na uboczu. Wielu Wegan poznawało mnie i powitalnie błyskało oczami.
Potem zjawiła się Fiola. Ruszyłem ku niej, a ona błyskawicznie przypłynęła do mnie.
— Obiecałeś przyjechać — przypomniała. — A jeżeli nie będę mógł, przyjedziesz ty.
Po jej odlocie chodziłem długo po Orze wraz z Lusinem.
— Jesteś biologiem — powiedziałem. — Wiesz, że miłość jest jednym z bodźców do przedłużenia gatunku. Czy może istnieć miłość, kiedy o tym bodźcu nie może być mowy? Jeżeli dwie istoty tak różnią się od siebie, że nie mogą mieć wspólnego potomstwa… Czy takie dwie istoty mają prawo kochać się?
Lusin rozumiał mnie znacznie lepiej, niż mogłem przypuszczać.
— Miłość — przedłużenie gatunku, tak. Tak się zaczynało. Będzie inaczej. Miłość — wspólnota dusz. Wyższe stadium.
— Okazuje się — powiedziałem gorzko — że stałem się przypadkiem pionierem nowej, wyższej formy uczucia: jedności pokrewnych dusz Wszechświata. Mnie pierwszemu przypadło w udziale pokochać istotę biologicznie obcą.
— Tak, Eli. Pierwsze kroki. Dziś obce. Jutro zwykłe.
— Jutro będzie twój kopalny bóg z głową sokoła powiedziałem ze złością. — Na nic więcej wasza biologia się nie zdecyduje.
Następnego dnia flotylla trzech statków odlatywała z Aniołami na Hiady. Załadunek skrzydlatych odbywał się przy akompaniamencie krzyków, łopotu skrzydeł i skowytów. Znajome Anioły rzucały się nam na szyje, potęgując zamieszanie swymi płaczami i narzekaniami.
Nagle w skrzydlatym tłumie pojawił się Trub i roztrąciwszy pobratymców pomknął ku nam z rykiem. Krzyczał nie wiadomo dlaczego tylko do mnie:
— Eli! Eli! Eli!
Objął mnie skrzydłami i zabulgotał straszliwym głosem:
— Nie pojadę! Chcę z ludźmi, tylko z ludźmi! Andre próbował przemówić do rozsądku awanturującemu się Aniołowi, ale Trub krzyczał coraz głośniej:
— Pojadę z ludźmi! Nie chcę do siebie!
Lusin miał łzy w oczach i czule gładził lśniące pióra krzykacza.
— Dobry — szeptał. — Cudowny. Najlepszy.
Odszukałem Spychalskiego i powiedziałem, co się dzieje.
— Chcecie wziąć Anioła z sobą? A na diabła wam Anioł? — zdumiał się Spychalski.
— Proszę na niego spojrzeć — powiedziałem. Przecież to piękny okaz. Jakie on wrażenie wywrze na Ziemi! Zresztą przywiązał się do nas nie mniej niż my do niego. Ponadto nie cierpi swoich pobratymców.
Spychalski wywołał Wierę. Przekazał jej życzenie Truba i nasze, a od siebie dodał, że prosi o to samo.
— Możecie zabrać Truba — powiedziała i wyłączyła się.
Pomknąłem ku swoim krzycząc już z daleka, że sprawa załatwiona. Trub ma piekielnie mocne skrzydła i mało mi nie połamał kości.
— Jestem twoim niewolnikiem — powiedział. Niewolnikiem na wieki, Eli!
— Jesteś moim adiutantem — odparłem. — Adiutant jest kimś w rodzaju przyjaciela. Na prawach przyjaźni poproszę cię o jedną drobną przysługę.
— Wszystko, co zechcesz. Jestem szczęśliwy, o potężny…
— Wykąp się i zmień odzież. W magazynach jest wiele anielskich szat, weź co najmniej tuzin na zapas. Trub natychmiast uniósł się w górę. Jak na swoją ogromną wagę latał wspaniale.