Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]
- Автор: Снегов Сергей Александрович
- Серия: Ludzie jak bogowie #1
- Год: 1972
- Язык: польский
- Год: Iskry
- Переводчик: Tadeusz Gosk
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]». Краткое содержание книги:
— Oczywiście — powiedziałem z westchnieniem. Wydaje mi się, że nie robię nic innego tylko czekam na ciebie. — Przyjedź koniecznie. Chcę cię widzieć bardziej niż kogokolwiek innego z ludzi.
— To niezbyt logiczne, Fiolo.
— Masz rację, zaraziłeś mnie swoimi dziwactwami. Trzymałem ją za ręce, gładziłem je.
— Pocałuj mnie — prosiła samym tylko blaskiem swoich. oczu.
Pocałowałem ją i rzekłem smutnym głosem: — Upragniona i niedostępna.
Fiola z napięciem wsłuchiwała się w moje słowa. Wiedziałem, że będzie później powtarzać je w duchu, będzie starała się pojąć ich znaczenie. Zawstydziłem się. Czemu zaszczepiam ludzki niepokój w spokojną duszę dalekiej od człowieka istoty? Czemu narzucam jej nasze namiętności? Przecież ona potrafi zrozumieć nasze niepokoje i cierpienia, a nie dane jej będzie zaznać rozkoszy i szczęścia. Będzie potem w rozpaczy krążyć po mrocznych lasach, będzie wzywać mnie śpiewem i światłem. Po co?
— Upragniona i nieosiągalna! — szeptałem patrząc, jak znika w głębi parku.
34
Konferencja Niebian udała się doskonale. Ogromna sala przyjęć galaktycznych została podzielona na sektory. Wewnątrz sektorów stworzono warunki odpowiednie dla poszczególnych istot. Aldebarańczyey mieli ogromną grawitację, Altairczycy twarde promieniowanie swojej rozpalonej gwiazdy, Weganie intymny półmrok i wspaniałe rośliny. Jedynie Aniołom z Hiad nie stwarzano szczególnych warunków, gdyż ten ludek świetnie przystosowywał się do każdych. Wiele sektorów świeciło pustką, bo konstruktorry z Ory przewidzieli tyle różnych wariantów życia, że połowy tych hipotetycznych form istnienia nie zdołano jeszcze odkryć.
Chciałem w czasie narady siedzieć razem z Fiolą, ale Wiera poleciła mi, abym zjawił się w sektorze Słońca, gdzie zebrali się ludzie.
Usiadłem między Romerem i Andre, w pobliżu Olgi, Allana, Lusina i Leonida. Przed nami i za nami zajęli miejsca pracownicy Ory wolni od dyżurów przy urządzeniach sztucznej planety. Ludzi było wiele. Jeszcze więcej było gości, zwłaszcza Aniołów. Sektory wznosiły się amfiteatralnie ku górze rzędami foteli, grupami drzew lub trawnikami — każdemu ludowi zapewniono otoczenie takie, do jakiego przywykł. Przed fotelami i wszelkiego rodzaju „siedziskami” znajdowały się wideofony, tłumaczące dowolne formy mowy na zrozumiałe dla danego odbiorcy. Ludzie, Anioły i częściowo Weganie korzystali z języka dźwięków, pozostali nawiązywali kontakty przy pomocy różnorodnych rodzajów promieniowania.
Przy oświetlonym stoliku w centrum sali zasiedli Wiera ze Spychalskim — przewodniczącym dzisiejszej narady mieszkańców naszej Galaktyki.
Trąciłem łokciem zachmurzonego Andre.
— Warto było wybrać prezydium, jakie lubili przodkowie, po jednym przedstawicielu z każdego gwiazdozbioru, nie sądzisz?
Andre w ciągu ostatnich dni nie dojadał i nie dosypiał, krzątał się wśród Aniołów, ale niczego nowego nie zdołał się dowiedzieć. Nie udało mu się też nic wyciągnąć z lękliwych Altairczyków, którzy niewątpliwie zataili ważne informacje o kosmicznych podróżnikach.
— Zwróć się do Romera — burknął. — Nie jestem specjalistą od prezydiów.
Do Romera się nie zwróciłem. Paweł ustawił laskę pomiędzy nogami, położył ręce na rękojeści i z obojętną pogardą oglądał salę. Nadal więc wypytywałem Andre:
— Po odwiedzinach u Aniołów chodziłeś do mieszkańców Aldebarana i Capelli. Co opowiadają?
— To samo. To znaczy nic. — Ani słowa?
— Przecież ci mówię! A może przynieść deszyfrator, żebyś mógł sam porozumieć się z przyjaciółmi?
— Żadnego snu, żadnej myśli?
— Po raz setny mówię ci, że nic! Aldebarańczycy starają się myśleć jak najmniej, a ich sny są pozbawione obrazów i przedstawiają jakieś barwne pasma. Może im się śni, że ciążenie wzrosło do tego stopnia, iż nie mogą oddychać.
— Mają ciężki sen w dosłownym znaczeniu tego słowa… Bez zwiększenia grawitacji nie zasypiają w ogóle. — Dziękuję za informację. Zapomniałeś, że ja również słuchałem wykładu Spychalskiego o życiu na Aldebaranie i Capelli!
Póki rozmawiałem z Andre, Spychalski zaproponował Wierze, aby powiedziała kilka słów na temat zadań pierwszej narady międzygwiezdnej. Wiera w swojej mowie proklamowała początek nowej ery kosmicznej, początek okresu współpracy wewnątrzgalaktycznej.
Andre był zdania, że Wiera stara się przedstawić współpracę międzygwiezdną w zbyt różowych kolorach. — Wszechświatowe towarzystwo charytatywne powiedział ziewając. — Bractwo spadających z nieba syntetycznych gołąbków. Wielka Loża Niebian-Spryciarzy. Ironia Andre bardzo mnie dotknęła. Zapytałem go z wyrzutem, czy to nie on przypadkiem napisał niedawno symfonię o harmonii gwiezdnych światów.
— Ja — odparł Andre obojętnie. — I nadal jestem zwolennikiem współpracy kosmicznej. Ale niechaj i gwiezdni braciszkowie zakaszą rękawy.
Romero zdawał się słuchać tylko Wiery. W ciągu godziny nie odwrócił głowy, nie chrząknął i trwał w niezmiennej pozie z rękami skrzyżowanymi na lasce i z arogancką nudą na twarzy. Pochwycił jednak sedno naszej cichej rozmowy. Obrócił się ku nam.
— To pierwsza pańska idea, drogi Andre, która wydaje mi się zdrowa. Po wczorajszej teorii sądziłem, że pan już skończył się jako myśliciel.
Zaciekawiłem się, o którą teorię Andre mu chodzi. Czy o tę zabawną hipotezę na temat niewidzialności nieznanych wrogów Galaktów?
— Nie, następną. Nasz przyjaciel Andre jest generatorem nowych pomysłów działającym w sposób ciągły. Nie dalej jak wczoraj przekonywał mnie, że człowiek jest czymś w rodzaju sztucznego tworu zaprojektowanego w niepamiętnych czasach przez Galaktów, którzy po skonstruowaniu porzucili nas na Ziemi ze względu na naszą całkowitą nieprzydatność.
Niczego podobnego Andre mi nie mówił.
— Drobiazg — rzucił lekko Andre. — Hipoteza równie dobra jak każda inna, wynik analizy jednego z teoretycznych możliwych przypuszczeń… W instytucie Lusina wytwarza się pegazy i smoki, działając na genetyczne kwasy nukleinowe koni i jaszczurek, czemu więc człowiek nie miałby być wynikiem eksperymentów genetycznych na małpach? Zadanie przy obecnym stanie wiedzy zupełnie możliwe, po prostu nikt się nim nie zajmował. Założyłem więc, że niegdyś na Ziemi wylądowali Galaktowie i trochę poeksperymentowawszy z kodem genetycznym małp, stworzyli ludzi podobnych do siebie. Zgodzicie się, że to przypuszczenie doskonale tłumaczy wiele zagadek.
— Przypuszczenie czy fantazja? — zapytał Romero. — Ponieważ pan już zaczął, więc proszę dokończyć. Mam na myśli ocenę, jaką MUK dał pańskiej interesującej teorii.
— MUK odrzucił moją hipotezę — powiedział niechętnie Andre. — Uznał ją za nienaukową.
— Nazwał ją bredniami, miły Andre. Wybrał właśnie to słowo do precyzyjnej kwalifikacji pańskiego kolejnego dzieła naukowego. Co zaś do mnie, to uważam, że słówko „brednie” zawiera więcej treści niż wszystkie inne wasze uczone rozważania o Galaktach i ludziach, kwasach nukleinowych i kodach genetycznych.
Powiedział to z taką złością w głosie, że zrobiło mi się nieprzyjemnie. Andre milczał ponuro, a ja wiedziałem, skąd się wziął jego zły nastrój.
Po wystąpieniu Wiery zrobiono przerwę, aby goście mogli przemyśleć jej słowa. W przerwie dla chętnych wykonano symfonię Andre. Kompozytor opowiedział o swym utworze. Potem zabrzmiała mechaniczna muzyka. Słuchałem koncertu siedząc obok Fioli w jej sektorze. Muzyka wprawiła ją w zdumienie. Dźwięki są wulgarne powiedziała — a efekty barwne prymitywne. Czyżby ludzie zachwycali się czymś równie bezsensownym? Zapewniłem ją, że normalni ludzie nie zachwycają się podobną sztuką, a jeżeli zdarzają się dziwacy w rodzaju Andre, to bywają zwykle wyśmiewani. Wydaje mi się, że to wyjaśnienie zadowoliło ją.