Pętla wstecznego czasu [Петля обратного времени - pl]
- Автор: Снегов Сергей Александрович
- Год: 1988
- Язык: польский
- Год: Wsp
- ISBN: 83-7018-083-3
- Переводчик: Tadeusz Gosk
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Pętla wstecznego czasu [Петля обратного времени - pl]». Краткое содержание книги:
Szaleństwo dotknęło również inne maszyny. MUK „Węża” na pytanie: „Ile gwiazd trzeciej wielkości mieści się w stożku o kącie rozwarcia równym ośmiu stopniom, wysokości dwóch lat świetlnych i osi zorientowanej dokładnie na wschód?” odpowiadała wyliczeniem od końca wszystkich pierwiastków zawartych w Tablicy Mendelejewa. Natomiast w maszynie „Strzelca”, podobnie jak dawniej w mózgu pokładowym „Tarana”, rozchwiały się związki przyczynowo-skutkowe. Dałem jej banalne zadanie kontrolne: „Wszyscy ludzie są śmiertelni. Jestem człowiekiem. A zatem jestem?…” Podała natychmiast trzy różne odpowiedzi do wyboru: „Jesteś gruby w szóstym wymiarze. Jesteś gwoździem drugiego rzędu w kratkę typu pepita. Kwiaty już zwiędły, a całka trwa”. Zaś na pytanie Olega czemu równa się sto czterdzieści trzy do sześcianu, odpowiedziała równie szybko i też troiście: „Idź się utop. Dwadzieścia osiem ton koma szesnaście metrów plus wyrazy współczucia. Byk ma rogi niezwykle kwadratowe”. Nie dość, że gadała brednie, to jeszcze nie wiedzieć czemu powtarzała je na trzy równie kretyńskie sposoby.
Odniosłem wrażenie, że mózgami „Strzelca” i „Węża” warto się jeszcze zająć, natomiast MUK „Koziorożca” jest w beznadziejnym stanie. Nie omieszkałem powiedzieć tego na głos:
— Szaleństwo dwóch pierwszych maszyn nie wychodzi poza granice ich specjalności. Straciły rozsądek, ale zachowały osobowość, jeśli w ogóle można mówić o osobowości jakiegoś urządzenia. Pozostały jednak maszynami myślącymi, chociaż myślą źle, niesprawnie i pokrętnie. Natomiast MUK „Koziorożca” w swoim przekonaniu stał się nieszczęśliwie zakochaną dziewczyną z półświatka piszącą w dodatku wiersze. To jest dopiero czyste szaleństwo!
— Nie jestem pewien, czy Romero zgodzi się z tezą, iż pisanie wierszy dowodzi kompletnej utraty władz umysłowych — zauważył Oleg.
— Mówię o maszynach, a nie o ludziach. Ludzie często oddają się dziwnym i bezużytecznym zajęciom, a ponadto mają do szaleństwa szczególny stosunek, co było widoczne zwłaszcza w starożytności. Bo czyż nie mówiono wtedy: „Ona mi się szalenie podoba!” albo „Kocham go do szaleństwa!”… Niestety myślenie ludzkie nie zawsze podporządkowuje się logice, w przeciwieństwie do myślenia maszynowego, zawsze logicznego, trzeźwego i konkretnego. Tym akurat zresztą intelekt maszyn różni się od intelektu ich niedoskonałych twórców.
— Żartowałem — powiedział Oleg. — Ellonie zwrócił się do Demiurga — zajmiesz się uruchomieniem mózgów pokładowych, ale postaraj się zrobić to bez zaniedbywania innych prac. Jak przebiegają doświadczenia z kolapsanem?
— Czas atomowy kształtuję już zupełnie swobodnie.
— To za mało. Ireno, można cię prosić?
Irena jak zwykle, gdy ktoś wchodził do laboratorium, i tym razem odeszła w jego przeciwległy kąt. Teraz zbliżyła się do nas bez pośpiechu. Oleg powiedział ze wzruszeniem, które tak rzadko uzewnętrzniał:
— Przyjaciele moi, Ireno i Ellonie. Lękam się, że nie wyprowadzimy statku z jądra, jeśli nie zdołamy odkryć jakiegoś procesu fizycznego, który pozwoli nam uniknąć wrogiej obserwacji Ramirów. Dajcie mi możliwość choć na moment oderwać się od nich w czasie. Całkiem możliwe, że „dawniej” ich nie było albo nie będzie „potem”, ale „teraz” są i są znacznie silniejsi od nas. Rozumiecie mnie, przyjaciele?
Irena tylko skinęła głową, Ellon zaś powiedział:
— Mam już wszystko przygotowane do doświadczeń z makroczasem, ale brak mi jeszcze odpowiedniego martwego przedmiotu i istoty żywej. Przedmiot martwy wybiorę bez trudu, ale skąd wezmę żywą istotę?
— Weź Mizara, Ellonie — poradziłem. — Już w starożytności przeprowadzano doświadczenia na psach. Wprawdzie Mizar jest zwierzęciem myślącym, więc trzeba będzie wytłumaczyć mu istotę eksperymentu i uzyskać jego zgodę, ale…
— Sam z nim porozmawiaj — przerwał mi bezceremonialnie Ellon. — Demiurgowie nie uważają zwierząt za istoty równe sobie, jak to czasem czynią ludzie.
— Ireno, może ty podejmiesz się przekonać Mizara? — poprosiłem. — Masz rację, Ellonie, człowiek potrafi traktować zwierzęta po ludzku.
Wątpię, by Ellon właściwie zrozumiał moją replikę, ale mało mnie to obchodziło. Ważne było to, że Irena zgodziła się porozmawiać z Mizarem. Nieco tym uspokojony znów podszedłem do mózgu pokładowego „Koziorożca”. — Znasz mnie? — zapytałem. — Pamiętasz?
W odpowiedzi MUK zaśpiewał drżącym dyszkantem, w niczym nie przypominającym jego normalnego barytonu:
Widok wspaniałej, jeszcze niedawno tak rozumnej i na swój sposób błyskotliwej maszyny, a teraz uważającej się za żywą istotę i kompletnie pomylonej na punkcie stosunków męsko-damskich, był tak smutny i żałosny, że z najwyższym trudem powstrzymałem się od łez.
2
Wieczorem wstąpił do mnie Romero.
Usiadł w fotelu, ustawił laseczkę między kolanami i zagapił się roztargnionym wzrokiem w ekran, na którym wciąż bezładnie krążyły rozszalałe gwiazdy. Spostrzegłem nagle z bolesnym współczuciem to, na co dawniej jakoś nie zwróciłem uwagi: Romero zaczynał tracić formę, dziadział, jak dosadnie mawiali jego ulubieni starożytni. Wprawdzie nadal dbał o to, żeby w jego czarnej fryzurze i starannie pielęgnowanym zaroście nie pojawił się bodaj jeden siwy włosek, ale głębokich zmarszczek, które przeorały mu twarz nie dało się zamaskować. Widziałem, że jest załamany, że potrzebuje pociechy. Powiedziałem więc lekkim tonem:
— Przeżyliśmy niezwykle interesującą przygodę, nieprawdaż?
Patrzył na mnie długo wielkimi ciemnymi oczami, wpatrywał się tak intensywnie, że nagle przypomniałem sobie, jak kiedyś w momencie irytacji Mary wykrzyknęła: „Paweł jest taki przystojny, wytworny i dobrze wychowany, ma tak piękne oczy, których może mu pozazdrościć każda kobieta, a ja musiałam zakochać się akurat w tobie, ty zwariowany brzydalu! Cóż to za niesprawiedliwość losu!”
— Admirale, pańskie zamiłowanie do paradoksów przekracza granice przyzwoitości! — wykrzyknął wreszcie z oburzeniem. — Tragedię nazwać interesującą przygodą! To niesłychane…
— W porównaniu z losami Petriego i jego towarzyszy…
— Mówię w tej chwili o nas, o mnie i panu, Eli! Popisaliśmy się niewybaczalną głupotą, mój przenikliwy admirale! Wlecieliśmy do jądra jak ćmy do ogniska!… Ćmy w piekielnym gwiezdnym piecu, słabe owady w twardych palcach okrutnych wrogów!
— Dostał pan obsesji na punkcie ciem, Pawle?
— Prawie — odparł z goryczą. — Od momentu, gdy Ramirowie zniszczyli „Węża”, ciągle sobie powtarzam, że jesteśmy słabymi ćmami lecącymi do ogniska. A wie pan, że tego samego słowa użył nasz pokładowy MUK?
— Był pan w laboratorium?
— Właśnie stamtąd wracam. Zapytałem mózg pokładowy, co sądzi o nieciągłości czasu w tym dziwnym świecie, nazywanym przez nas jądrem Galaktyki. I w odpowiedzi usłyszałem… Jak pan sądzi, co to mogło być?
— Pewnie jakaś głupawa piosenka albo wierszyk. — Właśnie. Dziwny wierszyk. Proszę posłuchać. I Romero wydeklamował: