Pętla wstecznego czasu [Петля обратного времени - pl]
- Автор: Снегов Сергей Александрович
- Год: 1988
- Язык: польский
- Год: Wsp
- ISBN: 83-7018-083-3
- Переводчик: Tadeusz Gosk
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Pętla wstecznego czasu [Петля обратного времени - pl]». Краткое содержание книги:
— Nie, tylko nie ty! Porzuciłeś mnie dla wyprawy, podczas której zginiesz…
— Ireno, ocknij się! — wykrzyknął blady jak płótno Oleg. — Przypomnij sobie naszą rozmowę na bazie. Przecież sama nalegałaś na swój udział w wyprawie. Jesteśmy razem na pokładzie statku flagowego. Nie zostałaś na Perseuszu, Ireno!
Dziewczyna rozpłakała się spazmatycznie, kryjąc twarz na piersi matki.
— Olgo, zaprowadź ją do siebie — powiedziałem. — I nie ruszaj się od niej na krok. Obawiam się, że jej stan może się pogorszyć.
Kiedy tak gorączkowo szeptaliśmy, stojąc ciasną grupką wokół Mizara, Ellon w miarę spokojnie czekał przy otwartym włazie, ale kiedy Olga troskliwie podtrzymując Irenę wyprowadziła ją z laboratorium, nie wytrzymał i wrzasnął ze złością:
— Ludzie, przestańcie tracić czas! Transformator przegrzewa się na jałowym biegu i lada chwila wszyscy możemy znaleźć się w niekontrolowanej przyszłości. Kto w końcu przyprowadzi Mizara?!
— Ja — odpowiedziałem i podobnie jak przed chwilą Irena uklęknąłem przy psie i czule pogłaskałem go po karku. — Mizarze, przyjacielu — powiedziałem. Niestety, na razie nie pobiegasz sobie po lesie. Musimy najpierw przeprowadzić niezwykłe doświadczenie, od którego zależy ratunek nas wszystkich. Gotów jesteś nam w tym pomóc?
— Prowadź mnie, Eli! — warknął mężnie pies i polizał mnie po ręce.
Zaprowadziłem go do włazu. Ellon chciał brutalnie chwycić go za kark i wrzucić do środka, ale mu na to nie pozwoliłem. Mizar popatrzył na nas smutnym, pożegnalnym wzrokiem, szczeknął „Żegnajcie!” i sam wskoczył do transformatora. Ellon zatrzasnął pokrywę i odszedł na bok, do stanowiska kolapsanu. Zaczęło się niebezpieczne doświadczenie.
Wkrótce spostrzegliśmy, że Mizar znika. Nie rozpadał się, nie kurczył do rozmiarów kropki, jak tego z niewiadomych względów oczekiwaliśmy, lecz znikał tak samo jak Oan podczas swej nieudanej próby ucieczki, stopniowo przekształcając się w mglistą sylwetkę. W transformatorze musiało być gorąco, bo pies zaczął gwałtownie dyszeć z wywieszonym językiem, a jego oczy nabrały gorączkowego blasku. Ciało Mizara zbladło i zniknęło, i tylko te płonące oczy i czerwony jęzor jeszcze przez dłuższą chwilę pozostawały w teraźniejszości. Wreszcie i one umknęły w przyszłość. Przezroczysta kula transformatora czasu opustoszała.
— Mizar jest w przyszłości! — wykrzyknął Ellon, odchodząc od kolapsanu. — W bardzo bliskiej przyszłości, o co najwyżej tysiąc lat wedle waszej ziemskiej rachuby. Smaży się w roztopionym czasie! — zachichotał okrutnie.
— Jak długo tam pozostanie?
— Zaledwie godzinę, jedną małą godzinkę, admirale! A potem wyłączę kolapsan i twój pies wypadnie do naszego czasu, podobnie jak zrobił to Oan, kiedy próbował uciec w dalekie jutro.
Triumf Demiurga był oczywisty i uzasadniony, ale jednak przykro było nań patrzeć. Nawet radość eksperymentatora dokonującego epokowego odkrycia nie powinna przecież przesłaniać niepokoju o los bohaterskiego psa. Ponadto miałem do Ellona wielką pretensję o to, że zupełnie nie przejął się chorobą Ireny. Oleg poszedł na stanowisko dowodzenia, zaś Romero, widząc mój stan, wziął mnie pod rękę i zapytał:
— Nie ma pan ochoty, admirale, przekonać się jakie postępy na drodze do normalności poczynił MUK „Koziorożca”?
Chora maszyna stała w przeciwległym kącie laboratorium. Zapytałem ją, co myśli o podróżach w czasie i czy jest nadzieja, że Mizar powróci pomyślnie z przyszłości. MUK wyśpiewał swoją odpowiedź przyjemnym altem:
Żadna istota nie przeminie!
Bo wieczność dalej przez nią płynie. Więc trwaj i raduj się twym bytem! Byt jest odwieczny…
— Odpowiedź mało konkretna, ale niezupełnie pozbawiona sensu — zauważyłem. — W dodatku optymistyczna! A i wiersz wydaje mi się lepszy od tych bredni, którymi maszyna nas do tej pory częstowała.
— Ten wiersz wyszedł spod pióra jednego z największych poetów starożytności, o którym zapewne nie słyszał pan, admirale. Ten poeta nazywał się Goethe… To zresztą nieważne. Ważne jest jedynie to, że MUK wspomniał o wieczności, o wiecznym trwaniu każdej istoty. A wiesz, Eli, czemu zawdzięczamy to trwanie? Pamięci! Pamięć jest jedyną gwarancją nieśmiertelności, katalizatorem przekształcającym każdą chwilę w wieczność, dającym jej ponadczasowe trwanie!…
Język Romera zawsze odznaczał się nadmierną kwiecistością, ale równie podniosłych słów nigdy jeszcze od niego nie słyszałem.
— Cóż za wspaniała oda do pamięci, Pawle!
— Dziś w nocy przyszła do mnie pańska siostra, Eli. Proszę tak na mnie nie patrzeć, przyjacielu, na razie jeszcze nie zwariowałem. Doskonale wiem, że Wiera dawno umarła i że przed opuszczeniem Ziemi pokłoniłem się jej prochom w Panteonie. Odwiedziła mnie we wspomnieniach, tylko w moich wspomnieniach! Całe moje życie stało się nagle wspomnieniem o moim życiu i to było piękne, kuzynie! Posprzeczaliśmy się z Wierą, o czym doskonale wiesz, admirale. Nie, jeszcze nie był pan admirałem, tylko zwykłym młodzieńcem… Dopędziłem więc Wierę na Plutonie, wszedłem to hotelu, do tego samego numeru, w którym już kiedyś byliśmy razem i upadłem przed nią na kolana… Ucałowałem jej stopy, a ona rozpłakała się i również mnie ucałowała. Tak bardzo ucieszyła się z mojego powrotu i z tego, że może mi wybaczyć… Eli, przyjacielu mój i kuzynie, nawet nie masz pojęcia jak bardzo jestem ci wdzięczny za to, że rozkazałeś mi popędzić na złamanie karku za twoją siostrą, że dzięki temu przywróciłeś mi życie! Klęczeliśmy naprzeciw siebie, co musiało zapewne wyglądać śmiesznie dla kogoś patrzącego z boku, ale nic to nas nie obchodziło, bo byliśmy niezmiernie szczęśliwi… I to było zaledwie parę godzin temu, to było tej nocy, Eli!
Zachwiał się. Wybuch szaleństwa był tak gwałtowny, że nie zdążyłem Pawłowi przerwać i zareagowałem dopiero wtedy, kiedy omal nie zwalił się bez zmysłów na podłogę. Podtrzymałem go. Romero drgnął i oprzytomniał. Oczy miał zmętniałe ze szczęścia.
— Czy coś się stało? — zapytał. — Co ja mówiłem? — Rozmawialiśmy o przywracaniu świadomości mózgowi pokładowemu, Pawle. A teraz może podsłuchamy, o czym tak gorąco dyskutuje Ellon z Orlanem i Gracjuszem.
Ta rozmowa istotnie zasługiwała na uwagę. Ellon utrzymywał, że znalezienie drogi do przyszłości jest dla jego mechanizmów zupełnym drobiazgiem, bo w tym wypadku należy jedynie przyspieszyć bieg czasu, nie zmieniając jego kierunku. Czas naturalny płynie od przeszłości ku przyszłości, kolapsan popędzi go, i po kłopocie. Gorzej jest z podróżą w przeszłość, chociaż kolapsan i z nią sobie poradzi. Jak jednak na zmianę znaku czasu zareagują poddane tego rodzaju transformacji temporalnej obiekty? Przedmioty martwe zapewne zniosą ją bez szwanku, natomiast organizmy najprawdopodobniej zginą, jeśli nie zastosuje się szczególnej metody odwracania czasu.
— Co masz na myśli, Ellonie, mówiąc o szczególnej metodzie odwracania czasu? — zapytał Gracjusz. — I dlaczego przejście przez zero temporalne ma stanowić zagrożenie dla tkanek naturalnych?
— Dlatego, że zero temporalne oznacza zatrzymanie wszelkich procesów. W wypadku metalu czy kamienia, czy wreszcie skomplikowanych mechanizmów, nie ma to większego znaczenia, natomiast dla organizmów równa się śmierci.
Zauważyłem, że kiedyś już, przy zderzeniu dwóch słońc, znaleźliśmy się w luce czasowej, utraciliśmy na moment nasze „teraz”, na co Ellon zareagował ze zwykłą gwałtownością. Zwymyślał mnie od nieuków, po czym łaskawie wytłumaczył, że luka czasowa jest czymś zupełnie różnym od zera temporalnego. Podczas niedoszłego zderzenia gwiazd zamarliśmy tylko na krótką chwilę, ale nie umarliśmy, bo natychmiast powrócił naturalny bieg czasu od przeszłości ku przyszłości, natomiast odwrócenie czasu równało się niszczącej eksplozji.