Pętla wstecznego czasu [Петля обратного времени - pl]
- Автор: Снегов Сергей Александрович
- Год: 1988
- Язык: польский
- Год: Wsp
- ISBN: 83-7018-083-3
- Переводчик: Tadeusz Gosk
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Pętla wstecznego czasu [Петля обратного времени - pl]». Краткое содержание книги:
Paweł pogłaskał Mizara, który położył się przy jego nodze. Mądry pies nie spuszczał oczu z Truba. Słyszał, co o nim mówiłem, ale nie zareagował. Wprawdzie dzięki staraniom Lusina doskonale rozumiał ludzką mowę, jeśli tylko nie zawierała ona pojęć zbyt dla niego abstrakcyjnych, ale jednak nigdy nie proszony nie wtrącał się do naszych rozmów.
— Wskazał pan na fakt ogromnej doniosłości, admirale — powiedział Romero. — Prawdopodobnie fazowe przesunięcie czasu czy też jego przerwanie, jak uważa Głos, było w naszym pokładowym światku tak minimalne, że przedmioty martwe nie zdołały nań zareagować. Jednak dla żywej komórki, zwłaszcza komórki nerwowej nieistnienie w ciągu jednej lub dwóch sekund równa się mikrośmierci. Musimy w przyszłości o tym pamiętać.
— Najbardziej dostało się Trubowi. — Podobnie jak Romero mówiłem niemal szeptem. — Wstrząs, jakiego doznały komórki nerwowe, doprowadził do ciężkiej choroby. On sam zresztą tak to sobie tłumaczy.
— Anioł chyba poczuł się lepiej — powiedział uradowanym głosem Paweł. — Poruszył się!
Romero niestety się mylił. To nie było ożywienie, tylko agonia. Ciało Truba wyprężyło się gwałtownie, zadygotało i opadło. Skrzydła znów bezsilnie rozpostarły się na podłodze. Trub odszedł.
— To koniec, Mary! — wykrzyknąłem z rozpaczą. — Na kogo teraz przyjdzie kolej?
Mary płakała. Romero w milczeniu stał przy posłaniu i nie ocierał łez płynących mu po twarzy. Dopiero teraz spostrzegłem, że jego nieodłączna laseczka przestała mu już służyć wyłącznie jako starożytny atrybut stroju i stała się po prostu niezbędną podporą. Wyprężony opodal Gig żałobnie postukiwał kośćmi. Ten chrzęst szkieletu na zawsze pozostanie w mej pamięci.
W konserwatorze stanął kolejny przezroczysty sarkofag.
Przez kilka kolejnych nocy zupełnie nie mogłem spać. Wspominam o tym nie dlatego, żeby wzbudzić czyjeś współczucie czy też podziw dla mojej wrażliwości. Nic podobnego! Romero powiedział mi kiedyś, że w starożytności bezsenność była niemal powszechną dolegliwością, chorobą wymagającą leczenia. Ale ja nie byłem chory ani nadmiernie wrażliwy. Przeżyłem śmierć Wiery i Astra, Allana, Leonida i Lusina, cierpiałem, ale snu mi to nie odebrało. Teraz jednak nie spałem, bo nie mogłem sobie poradzić z myślami. Podczas dyżurów i rozmów z przyjaciółmi nie potrafiłem się skupić. Nie umiem tak jak Olga wyłączyć się w największym nawet tłumie i hałasie. Do rozmyślań potrzebna mi jest bezwzględna samotność.
Wstawałem więc, kiedy Mary zasypiała, szedłem do mojej kabiny i wpatrywałem się w malutki gwiezdny ekran, na którym wciąż szalała niesłychana gwiezdna burza, panował niewyobrażalny gwiezdny chaos, zrodzony przez jakąś przedwieczną, wszechogarniającą i trwającą wciąż eksplozję. Patrzyłem na to i zastanawiałem się, co mógł oznaczać taki potworny wręcz brak elementarnego porządku, nie mówiąc już o majestatycznej harmonii gwiezdnych sfer? Jądro kipi, powiedziała kiedyś Olga mimochodem i to zdanie nie mogło mi wyjść z głowy. Co zmusza jądro do kipienia, co rozpryskuje gwiazdy niczym krople wrzącej wody? Jakaż straszliwa temperatura sprawia, że gigantyczne ciała niebieskie miotają się zupełnie jak molekuły przegrzanego gazu, i czy ta niesłychana temperatura nie powoduje zmian właściwości samej przestrzeni? Cóż zresztą wiemy o jej właściwościach! Że nie jest pustym nośnikiem ciał materialnych, gdyż może zamieniać się w materię i z materii powstawać? Ale co wiemy poza tym? Przestrzeń jest największą tajemnicą natury, najbardziej tajemniczą jej zagadką. A czas? Czy i on nie jest tu zanadto przegrzany? Przywykliśmy do spokojnego, równomiernego upływu czasu na naszej spokojnej gwiezdnej prowincji, więc nie mamy pojęcia jakie jeszcze postaci może przybierać. Bo czyż ten, który widzi ocean podczas flauty potrafi sobie wyobrazić go podczas szalejącego sztormu? Tutaj czas jest nieciągły, zrakowaciały mówił zdrajca Oan… Straszył czy ostrzegał? Biedny Trub padł ofiarą luki czasowej… A gdyby tej luki nie było? Wówczas wszyscy padlibyśmy ofiarą gigantycznej katastrofy. My, nasze statki i same gwiazdy. Cóż to byłaby za eksplozja!
— Poczekaj! — wykrzyknąłem do siebie na głos. Przecież to oczywiste i udowodnione przez MUK, że luka czasowa zapobiegła zniszczeniu co najmniej setki gwiazd! Czy zatem rak czasu nie jest szczególną formą równowagi jądra? Kiedy atom wpada na atom, cząsteczka na cząsteczkę, ich nieustannym zderzeniom zapobiegają oddziaływania elektryczne, odpychanie się różnoimiennych ładunków. Właśnie dlatego istnieją ludzie, przedmioty, organizmy i dzieła sztuki, że ich mikroskopijne atomy nie mogą się ze sobą zderzyć. A tutaj, w tym ogromnym gwiezdnym autoklawie? Tu nie ma oddziaływań elektrycznych, jest natomiast newtonowska grawitacja pchająca wszystko ku nieuchronnej zagładzie. I zagłada nie następuje jedynie dlatego, że działa też tu nowe, potężniejsze, jeszcze nie znane nam prawo wywołujące zakrzywienie i nieciągłość czasu. Tak, to właśnie jest grawitacja trwałości jądra! To właśnie ratuje przed zagładą cały Wszechświat… Wiemy już zatem, że dysharmonia temporalna jądra zapewnia mu trwałość, ale Trub miał rację, to nie jest dla nas.
Poznaliśmy granice istnienia życia, przekonaliśmy się, że w jądrze skupiającym większość gwiazd Galaktyki jest ono niemożliwe, wykonaliśmy zadanie postawione wyprawie i teraz najwyższa pora wynosić się z tego gwiezdnego piekła.
Tymi właśnie słowami na kolejnej naradzie kapitanów zaproponowałem, aby zakończyć wyprawę i wracać do domu.
Przygotowania do powrotu rozpoczęliśmy niezwłocznie.
9
Zgadzaliśmy się wszyscy co do jednego: jądro Galaktyki jest gigantycznym piecem, piekłem materii, przestrzeni i czasu. Niemal bez dyskusji przyjęto też moją hipotezę, iż luki czasowe zapewniają mu trwałość. Jedynie Romero miał pewne wątpliwości.
— Drogi admirale — powiedział. — Jeśli tylko do pomyślenia są dwa różne wytłumaczenia jakiegoś zjawiska, jedno banalne i drugie niecodzienne, pan zawsze wybierze to drugie. Taką już ma pan naturę.
— Zaprzecza pan istnieniu luki czasowej? — zapytałem. — Zapomniał pan już, jak leżał bez zmysłów na podłodze? — dodałem złośliwie.
— Tego akurat nie zapomniałem, ale wolałbym tłumaczyć to sobie bez konieczności przywoływania nieznanych praw natury, które pan zdaje się przed chwilą odkrył, admirale! — wykrzyknął Romero i obrażony opuścił naradę.
Ellon i Głos nie mieli żadnych zastrzeżeń, co było tym dziwniejsze, że ci dwaj bardzo rzadko zgadzali się ze sobą. Szczególnie ucieszyło mnie poparcie Ellona, bo to on właśnie musiał opracować sposoby ucieczki z jądra, które wciągało nas coraz głębiej.
— Admirale, nie mam pojęcia dlaczego mój ślimak działa tylko w jedną stronę — wyznał mi kiedyś dumny Demiurg. — Wedle obliczeń statki już dawno powinny znaleźć się na zewnątrz jądra, a tymczasem coraz bardziej się w nie pogrążają.
Rozmawialiśmy w laboratorium. Opodal, obrócona do nas plecami, pracowała w milczeniu Irena. Nie wybaczyła mi dotąd tego, że widziałem jej rozpacz i łzy. Ellonowi potrafiła wybaczyć brak zrozumienia dla jej uczuć, ale mnie wybaczyć nie chciała. Odwracała się na mój widok, zagadnięta odpowiadała półsłówkami i w ogóle traktowała jak najgorszego wroga. Omawiałem z Ellonem problemy o najwyższej wadze i jednocześnie korciło mnie, żeby podejść do niej, potrząsnąć brutalnie za ramię i krzyknąć: „Przestań się dąsać, idiotko! Przecież to nie moja wina!”