Pętla wstecznego czasu [Петля обратного времени - pl]
- Автор: Снегов Сергей Александрович
- Год: 1988
- Язык: польский
- Год: Wsp
- ISBN: 83-7018-083-3
- Переводчик: Tadeusz Gosk
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Pętla wstecznego czasu [Петля обратного времени - pl]». Краткое содержание книги:
— Nie widzisz żadnego wyjścia, Ellonie? — zapytałem.
— Tu jest bardzo dziwna przestrzeń, admirale. Nie rozumiem jej. — Zamilkł i dodał niechętnie: — Naradź się z Mózgiem, on kiedyś nieźle znał się na właściwościach przestrzeni.
Potrafiłem ocenić, ile musiała kosztować go taka rada.
Poszedłem niezwłocznie do kabiny Głosu.
— Włóczęgo — powiedziałem. — Zgodziłeś się ze mną, że musimy stąd jak najprędzej uciekać. Generatory metryki nie potrafią nam otworzyć drogi powrotnej, może więc spróbować wyrwać się z jądra z szybkością nadświetlną, anihilując przestrzeń?
— Jestem temu kategorycznie przeciwny! — zabrzmiała zdecydowana odpowiedź. — Nieeuklidesowe zakrzywienie przestrzeni, którym blokowałem drogę statkom kosmicznym w Perseuszu, było wielokrotnie słabsze od tych, z jakimi tu mamy do czynienia. I jeszcze jedno, Eli: tam przestrzeń jest bierna i dlatego łatwo układa się w zaprogramowaną metrykę, tutaj zaś wykazuje zupełnie inne właściwości i aktywnie opiera się wszelkim oddziaływaniom.
— A nasz wypróbowany sposób anihilacji planet? — Przypominam ci, że zginęło dwie trzecie eskadry, kiedy zastosowaliśmy tę metodę!
— Tam byli Ramirowie, którzy z jakichś względów nie chcieli pozwolić na zakłócanie równowagi w Ginących Światach. A tutaj Ramirów prawdopodobnie nie ma, a w każdym razie nic nie świadczy o ich obecności. Wątpię zresztą, aby jakaś cywilizacja mogła istnieć w tym piekle.
— Spróbujmy zatem anihilować planetkę — zgodził się Głos.
Ale planet w jądrze nie było. Wśród milionów gwiazd nie znaleźliśmy bodaj jednej z własnym satelitą. Nie było nawet gwiazd podwójnych lub potrójnych.
Oleg zwołał naradę kapitanów, aby znaleźć jakieś wyjście z sytuacji. Jako pierwszy głos na niej zabrał Kamagin.
— Chciałbym dzisiaj naprawić błąd, który popełniłem dwadzieścia lat temu — powiedział gorąco. — Wtedy admirał Eli rozkazał zniszczyć dwa gwiazdoloty, żeby trzeci mógł wyrwać się na wolność. Zaprotestowałem. Teraz proponuję powtórzyć tę operację z Perseusza. Do zniszczenia można przeznaczyć mojego „Węża”.
— O ile dobrze pamiętam, taka operacja w Perseuszu zakończyła się fiaskiem — zauważyła spokojnie Olga. Kamagin w odpowiedzi zaczął z pasją dowodzić, że w Perseuszu musieliśmy pokonywać opór groźnego wroga, a tutaj żadnych nieprzyjaciół nie ma, że sami przekonaliśmy się, iż żywe istoty nie mają co w jądrze robić, chyba że któraś z nich lubi kąpać się w gorącej smole.
— Zgadzam się z Elim — ciągnął — iż życie i rozum jest w naszej Galaktyce zjawiskiem peryferyjnym i wyciągam z tego taki oto wniosek: celowego przeciwdziałania nie będzie, zaś ze ślepym żywiołem z pewnością sobie poradzimy.
— Co ty na to, Eli? — zapytał Oleg.
Wyznam ze wstydem, że ogarnęło mnie niezdecydowanie. Nie mogłem poprzeć Kamagina, nie mogłem mu się przeciwstawić. Milczałem przez dłuższą chwilę. Wreszcie wykrztusiłem:
— Nie mam na ten temat żadnego zdania…
Już po naradzie, na której przyjęto projekt Kamagina, podzieliłem się swoimi wątpliwościami z Głosem i Ellonem. Demiurg uważał, że ucieczka się nie powiedzie, bo gwiazdolot ma zbyt małą masę do wytworzenia tunelu przestrzennego prowadzącego na zewnątrz jądra, a ponadto nie był pewien, że tunel będzie wolny…
— Anihilacja masy może sobie nie poradzić z dziwną tutejszą przestrzenią — ostrzegł. — Nie warto się spieszyć, Eli. Wkrótce do końca uruchomię swój kolapsan i wówczas bez trudu wyślizgniemy się na zewnątrz w nowym ślimaku grawitacyjno-temporalnym. Sam możesz się przekonać, że czas atomowy zmieniam już bez trudu.
— Od atomów do gwiazd droga jeszcze daleka! ostudziłem jego zapał. — A my natychmiast musimy wracać do domu.
— Wkrótce przejdę do makroczasu — obiecał Ellon. — Powtarzam ci, admirale, nie spiesz się! Na razie nikt nas nie zamierza zabijać.
Ellon już nie raz obiecywał mi skonstruować przystawkę temporalną do ślimaka grawitacyjnego, ale choć dzięki kolapsanowi udało mu się podporządkować sobie czas atomowy, to jednak wbrew jego zapewnieniom od atomu do ciał makroświata prowadziła długa i żmudna droga. Naradziłem się z Głosem, który uważał projekt Kamagina za jedyny realny sposób ucieczki. Trzeba tylko, dodał, wybrać fragment biernej przestrzeni, co podejmuje się zrobić bez udziału MUK. Ma takie wrażenie, że przestrzeń to on sam, że to właśnie jego skręcają i ogłupiają zawirowania przestrzeni. Za to jak wspaniale mu się myśli, kiedy napięcie słabnie!
— Będziemy czekać na twój sygnał, Głosie! — powiedziałem.
I oto zaczęła się ostatnia w naszej wyprawie do jądra ewakuacja gwiazdolotu. Powiedziałem ostatnia ewakuacja, gdyż „Wąż” był ostatnim statkiem jaki można było jeszcze porzucić. Akcją dowodził Kamagin. Dowodził energicznie i rzekłbym nawet wesoło, bo wierzył, że składając w ofierze swój statek uratuje wszystkich. Ja zaś nie byłem tak dobrej myśli. Spotykały nas dotąd same niepowodzenia, flota praktycznie przestała istnieć, a zgrupowani na jedynym statku kosmonauci stali się więźniami szalonego świata, gdzie miliardy gwiazd balansują na ostrzu noża, po obu stronach którego rozpościera się otchłań powszechnej zagłady. Czułem się tak przygnębiony, że musiałem swoje obawy wykrzyczeć na głos, aby jednak nie zarazić nimi przyjaciół postanowiłem pójść do konserwatora.
— Morderco! — powiedziałem do szpicla Ramirów. — Wszystkie nasze nieszczęścia zaczęły się od znajomości z tobą. Zdradzałeś staczających się Aranów, spróbowałeś zdradzić również i nas. Lusin padł ofiarą twojej fałszywej przyjaźni, a Petri wraz ze swoją załogą zapłacili życiem za twoje donosy. Nie wiem, dlaczego twoi panowie stworzyli na Aranii warunki zabójcze dla jej mieszkańców, po co przybrali dla nich obrzydliwą maskę Okrutnych Bogów. Natomiast wiem już teraz, że nie jesteście żadnymi bogami, żadną siłą wyższą. Jesteście tylko okrutni i potężni, ale wcale nie wszechmocni. „Ci niedouczeni Ramirowie!”, mówi o was z pogardą Ellon. Ma rację, jesteście niedouczeni. Bałeś się panicznie transformacji czasu w jądrze, Oanie! Ostrzegałeś nas przed rakiem czasu, a ten czas wcale nie jest chory, tylko zmienny, eksplodujący przy zbyt bliskim kontakcie wielkich mas pękiem linii temporalnych. I te eksplozje zabezpieczają jądro, do którego nie odważacie się nawet wsunąć nosa, od innego wybuchu, wybuchu materii. Wiedzieliście o tym? Skąd! Przecież jesteście nieukami, prymitywnymi i ciemnymi jak wszyscy okrutnicy!
Zamilkłem. Wiele bym dał za to, żeby można było ożywić fałszywego Arana i wtedy rzucić mu w złowieszcze górne oko moje pełne pasji oskarżenia. Ale Oan był martwy. Zdołał uniknąć kary. Uciekł z życia, ale nie ze świata. Jego obrzydliwe zwłoki wiecznie będą wisiały w przezroczystej klatce siłowej Demiurgów.
— Nie — ciągnąłem — pod jednym względem nie mam racji. Musieliście wiedzieć o mechanizmach rządzących tym kipiącym piekielnie gwiezdnym kotłem, który my nazywamy jądrem Galaktyki. Sami chcieliście opanować sztukę odwracania czasu, to jasne… Głupcze, nie potrafiłeś wymyślić niczego lepszego niż nurkowanie w otchłań kolapsaru. A my umieściliśmy go na stole laboratoryjnym. Nie umiemy jeszcze zmieniać czasu gwiazd, ale czas atomowy kształtujemy już całkiem dowolnie. Opuszczamy jądro, zdrajco, ale jeszcze tu wrócimy! I wówczas z pewnością nie zdołacie nas przekonać, że wasza siła równa się waszemu okrucieństwu…