Vaterland [Fatherland - pl]
- Автор: Харрис Роберт
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Ksi
- ISBN: 978-83-245-7646-3
- Переводчик: Adnrzej Szulc
- Жанр: Альтернативная история
Электронная книга - «Vaterland [Fatherland - pl]». Краткое содержание книги:
Wysiadł na Dworcu Gotenlandzkim. Stacja stanowiła kolejny przykład spełnionego snu architekta: mozaikowe posadzki, polerowany kamień, wysokie na trzydzieści metrów witraże. Reżim zamykał kościoły i w ramach rekompensaty budował podobne do katedr dworce.
Patrząc z biegnącego górą przejścia na tysiące spieszących się pasażerów, March poczuł, jak ogarnia go desperacja. Tam na dole mijało się tysiące ludzi — każdy z nich hołubił własne sekrety, plany i marzenia, każdy dźwigał indywidualny bagaż winy — i żaden nawet przez chwilę nie ocierał się o drugiego. Tysiące oddzielnych istnień. Pomysł, że zdoła w pojedynkę odnaleźć wśród nich samotnego starca, po raz pierwszy wydał mu się całkowicie fantastyczny, absurdalny.
Ale Globusowi mogło się to udać. Już teraz March widział zwiększoną obecność policyjnych patroli. Zmiana musiała zajść podczas ostatniej półgodziny. Funkcjonariusze Orpo sprawdzali każdego mężczyznę po sześćdziesiątce. Prowadzili właśnie skarżącego się głośno włóczęgę, który nie miał przy sobie dokumentów.
Globus! March odwrócił się od poręczy i zjechał ruchomymi schodami w dół, ruszając na poszukiwanie jedynej osoby w Berlinie, która mogła uratować mu życie.
4
Przejażdżka centralną linią U-Bahnu stanowiła, mówiąc słowami Ministerstwa Propagandy i Kulturalnego Oświecenia Rzeszy, prawdziwą podróż przez niemiecką historię. Mijane stacje następowały po sobie niczym perły w koronie: Berlin-Gotenland, Bülow Strasse, Nollendorf Platz, Wittenberg Platz, Nürnberger Platz, Hohenzollern Platz.
Obsługujące linię wagony pochodziły jeszcze sprzed wojny. Czerwone dla palących, żółte dla niepalących. Twarde drewniane ławki wypolerowały na glans siedzenia trzech pokoleń berlińczyków. Większość pasażerów stała, trzymając się sfatygowanych skórzanych uchwytów i kołysząc w rytmie pociągu. Tabliczki nakłaniały ich do złożenia donosu. ,,Każdy gapowicz przynosi szkodę miastu! Zawiadom władze o wszelkich wykroczeniach!”, „Czy twój współpasażer ustąpił miejsca kobiecie lub weteranowi? Jeśli nie, podlega karze grzywny w wysokości 25 marek!”
Oparty o drzwi wagonu March przeglądał kupiony w kiosku na peronie egzemplarz „Berliner Tageblatt”. Kennedy i Führer, Führer i Kennedy — to wszystko, co można było przeczytać. Reżimowi najwyraźniej bardzo zależało na sukcesie rozmów. To mogło oznaczać tylko jedno: sytuacja na Wschodzie jest gorsza, niż powszechnie sądzono. „Permanentny stan wojny na froncie wschodnim pomoże nam stworzyć zdrową rasę ludzi — powiedział kiedyś Führer — i uchroni przed popadnięciem w wygodnictwo, tak typowe dla zapatrzonej we własny pępek Europy”. Ale ludzie robili się wygodni. Czy nie po to właśnie zwyciężyli, czy nie taki był sens całej walki? Polacy pielili ich ogrody, Ukraińcy zamiatali ulice, francuscy kucharze przygotowywali posiłki, angielskie pokojówki sprawowały pieczę nad domem. Zakosztowawszy luksusów pokoju, Niemcy stracili apetyt na wojnę.
W środku gazety, czcionką tak małą, że trudno było coś przeczytać, umieszczono na samym dole nekrolog Buhlera. Śmierć, jak pisano, nastąpiła „podczas kąpieli w jeziorze”.
March wsunął gazetę do kieszeni i wysiadł na stacji Bülow Strasse. Z otwartego peronu widział okno mieszkania Charlotte Maguire. Za zasłoną poruszył się jakiś cień. Była w domu. Ona albo ktoś inny.
Krzesło dozorczyni było puste. Kiedy zapukał do drzwi mieszkania, nikt nie odpowiedział. Zapukał jeszcze raz, głośniej.
Bez odpowiedzi.
Odszedł od drzwi i stukając głośno obcasami zbiegł po schodach. Potem zatrzymał się, policzył do dziesięciu i z plecami przyciśniętymi do ściany wspiął się z powrotem — jeden krok i przerwa, kolejny krok i przerwa — krzywiąc się przy każdym spowodowanym przez siebie szmerze. Znalazłszy się z powrotem przy drzwiach, wyciągnął pistolet.
Mijały minuty. Szczekały psy, przejeżdżały samochody, stukały po szynach pociągi. Przelatywały samoloty, płakały dzieci, śpiewały ptaki: kakofonia ciszy. W pewnej chwili wewnątrz apartamentu zaskrzypiała podłoga.
Drzwi uchyliły się na parę centymetrów.
March skoczył do przodu, waląc w nie ramieniem. Ktokolwiek był po drugiej stronie, siła uderzenia musiała odrzucić go do tyłu. Xavier w ciągu ułamka sekundy znalazł się w środku i dopadł przeciwnika. Popchnął go przez niewielki przedpokój w stronę salonu. Po drodze przewrócili na podłogę lampę. March próbował wycelować do mężczyzny z pistoletu, ale ten złapał go za ręce. I teraz to Xavier cofał się, popychany do tyłu. Zahaczył nogami o niski stolik i przewrócił się na plecy, rozbijając głowę o coś twardego. Luger upadł na podłogę.
Cóż, wszystko to było dość zabawne i w innych okolicznościach March z pewnością wybuchnąłby śmiechem. Nigdy nie był zbyt dobry w walce wręcz, a teraz — choć jeszcze przed chwilą miał przewagę wynikającą z zaskoczenia — leżał bezbronny na plecach, z głową w kominku, opierając nogi na niskim stoliku do kawy: w pozycji ciężarnej kobiety, którą bada ginekolog.
Napastnik usiadł na nim okrakiem. Jedna dłoń w rękawiczce zacisnęła się na jego twarzy, druga na gardle. Xavier nic nie widział i nie mógł oddychać. Szarpał na wszystkie strony głową, próbując ugryźć dłoń w rękawiczce. Bił pięściami w głowę przeciwnika, ale jego ciosy pozbawione były siły. To, co siedziało na nim, nie było człowiekiem. Miało w sobie bezlitosną moc maszyny. Miażdżyło go. Stalowe palce odnalazły arterię — tę właśnie, której nazwy March nigdy nie mógł zapamiętać, nie mówiąc już o jej zlokalizowaniu — i nagle poczuł, że zaczyna się poddawać. Zalewająca oczy ciemność łagodziła ból. Tak właśnie zatem, pomyślał, ma wyglądać kres.
Usłyszał głośne łupnięcie. Uścisk na jego szyi zelżał, ręce cofnęły się. Powoli wynurzał się z ciemności. Walka trwała dalej, choć on uczestniczył w niej już tylko w charakterze widza. Uderzony stalowym krzesłem w czoło mężczyzna przewrócił się na bok. Twarz zalewała mu płynąca z rany nad okiem krew. Krzesło znowu śmignęło w powietrzu. Kolejne łupnięcie. Mężczyzna próbował jednym ramieniem zasłonić się przed ciosem, drugim ścierał gorączkowo krew z oczu. Podniósł się na czworaki i zaczął sunąć w stronę drzwi; na plecach siedział mu okrakiem wcielony diabeł, sięgająca pazurami do oczu, sycząca i parskająca furia. Powoli, jakby dźwigał olbrzymi ciężar, intruz postawił na podłodze najpierw jedną, potem drugą nogę. Pragnął teraz tylko jednego: wydostać się na zewnątrz. Obrócił się na chwiejnych nogach tyłem do framugi i dwukrotnie grzmotnął o nią siedzącą mu na plecach napastniczkę.
Dopiero wtedy Charlotte Maguire pozwoliła mu uciec.
Łamiące się niczym fajerwerki fale bólu; w głowie, nogach, żebrach i w gardle. — Gdzie nauczyłaś się tak walczyć?
Stał w małej kuchni, pochylony nad zlewem. Ścierała mu tamponem krew z rany na potylicy.
— Gdybyś miał za rodzeństwo trzech braci, też nauczyłbyś się walczyć. Nie ruszaj się.
— Współczuję twoim braciom. Auu! — Najbardziej bolała go głowa. Zakrwawiona woda kapała na zatłuszczone talerze zaledwie kilka centymetrów od jego twarzy. Robiło mu się niedobrze. — Wydaje mi się, że w Hollywood mężczyźni ratują na ogół kobiety.
— Hollywood to jedna wielka bzdura. — Sięgnęła po czystą ściereczkę. — Rana jest całkiem głęboka. Jesteś pewien, że nie chcesz iść do szpitala? — Nie ma na to czasu.
— Czy ten człowiek tutaj nie wróci?
— Nie. Przynajmniej nie tak prędko. Cała operacja jest najprawdopodobniej wciąż tajna. Dziękuję.