Vaterland [Fatherland - pl]
- Автор: Харрис Роберт
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Ksi
- ISBN: 978-83-245-7646-3
- Переводчик: Adnrzej Szulc
- Жанр: Альтернативная история
Электронная книга - «Vaterland [Fatherland - pl]». Краткое содержание книги:
Ponownie sprawdził, czy nikt go nie śledzi. Jego stroną ulicy szła, pchając przed sobą dziecinny wózek, odziana w mundur niania. Po przeciwnej jakaś starsza kobieta weszła do budki telefonicznej. Spóźniony uczeń śpieszył się do szkoły, kręcąc w powietrzu tornistrem. Wszystko było normalne, normalne…
„Nie masz żadnego świadka. Już nie…”
Poczuł, jak ogarnia go wielki gniew na Globusa. Gniew tym większy, że nakładało się nań poczucie winy. Gestapo musiało trafić na zeznanie Josta w aktach dotyczących śmierci Buhlera. Zadzwonili do Akademii i odkryli, że March złożył kadetowi ponowną wizytę wczoraj po południu. To wprawiło ich w popłoch. Odwiedzając Josta podpisał na niego wyrok śmierci. Zaspokoił swoją ciekawość — i zabił człowieka.
A teraz na dodatek nie odbierała telefonu ta Amerykanka. Co mogli jej zrobić? Wyprzedziła go wojskowa ciężarówka i czując na twarzy powiew powietrza wyobraził sobie martwe, leżące w rowie ciało Charlotte Maguire. Władze Berlina wyrażają głębokie ubolewanie z powodu tragicznego wypadku. Wciąż poszukuje się kierowcy ciężarówki… Czuł się jak ktoś, kto zaraża ludzi niebezpieczną chorobą. Powinien przyczepić sobie do piersi tabliczkę: trzymajcie się ode mnie z daleka, roznoszę zarazki.
W jego głowie bez przerwy krążyły fragmenty rozmów.
Artur Nebe: „Znajdź Luthera, March. Znajdź go, zanim dobierze mu się do skóry Globus…”
Rudi Halder: „Kilku facetów z Sipo pytało o ciebie w zeszłym tygodniu w archiwum…”
Ponownie Nebe: „Mam tutaj skargę od twojej byłej żony; nawet jedną od twojego syna…”
Szedł przez jakieś pół godziny ukwieconymi ulicami, mijając wysokie żywopłoty i parkany zamożnej podmiejskiej dzielnicy. Znalazłszy się w Dahlem zaczepił studenta, pytając go o drogę. Na widok munduru młody człowiek wtulił głowę w ramiona. Dahlem było dzielnicą studencką. Młodzi chłopcy zapuszczali włosy kilka centymetrów za kołnierzyk; niektóre dziewczyny nosiły dżinsy — Bóg jeden wie, skąd je brały. Biała Róża — studencki ruch oporu, który zanim stracono jego przywódców, działał krótko w latach czterdziestych, teraz niespodziewanie odzyskiwał wpływy. Ihr Geist lebt weiter głosiło wymalowane na ścianie graffiti: ich duch żyje nadal. Prześladowani przez Gestapo członkowie Białej Róży protestowali przeciwko przymusowemu poborowi do wojska, słuchali zakazanej muzyki i kolportowali wywrotowe pisma.
Obładowany książkami student wskazał mu niewyraźnie drogę i zadowolony, że na tym się skończyło, szybko się oddalił.
Luther mieszkał niedaleko Botanischer Garten, w cofniętym od ulicy, dziewiętnastowiecznym wiejskim dworku, do którego biegła kolista, wysypana białym żwirem aleja. W zaparkowanym po drugiej stronie podjazdu nie oznakowanym szarym BMW siedziało dwóch mężczyzn. Zdradzały ich marka i kolor samochodu. Dwóch następnych pilnowało z pewnością domu od tyłu, a co najmniej jeden patrolował pobliskie ulice. March przeszedł obok nich i zobaczył, jak jeden z agentów Gestapo odwraca się i mówi coś do swego kolegi.
Gdzieś w pobliżu wył silnik kosiarki; nad aleją unosił się zapach świeżo ściętej trawy. Dom i otaczające go tereny musiały kosztować fortunę — nie tyle może, co willa Buhlera, ale niewiele mniej. Spod okapu wystawało czerwone pudełko zainstalowanego niedawno alarmu przeciwwłamaniowego.
Zadzwonił do drzwi i poczuł, jak ktoś przygląda mu się bacznie przez zamontowany w solidnych drzwiach wizjer. Po pół minucie drzwi otworzyły się i ukazała się za nimi angielska pokojówka w czarno-białym fartuszku. Kiedy podał jej legitymację, odeszła, żeby zameldować go swojej pani. Po chwili wróciła i stukając obcasami po wyfroterowanym parkiecie, wprowadziła go do pogrążonego w mroku salonu. W powietrzu unosił się słodkawy zapach wody kolońskiej. Frau Marthe Luther siedziała na sofie, ściskając w ręku chusteczkę. Kiedy podszedł bliżej, podniosła ku niemu posiatkowane drobnymi żyłkami, załzawione błękitne oczy.
— Ma pan jakieś wiadomości?
— Żadnych, proszę pani. Bardzo mi przykro. Ale może pani być pewna, że nie szczędzimy wysiłków, żeby odnaleźć pani męża. — To, co mówił, bliższe było prawdy, niż sądziła.
Weszła w wiek, kiedy kobieta z dnia na dzień staje się coraz mniej atrakcyjna. Dzielnie zmagała się z losem, ale jej taktyka nie była zbyt fortunna: nienaturalnie jasne blond włosy, krótka spódniczka, rozpięta o jeden guzik za dużo jedwabna bluzka odsłaniająca mlecznobiały, obfity biust. Na haftowanej poduszce leżał grzbietem do góry otwarty romans. „Bal u Kaisera” Barbary Cartland.
Oddała mu legitymację i wydmuchała nos.
— Może pan usiądzie? Wygląda pan na zmęczonego. Nie miał pan nawet czasu się ogolić. Napije się pan kawy? Może sherry? Nie? Rosę, przynieś Herr Sturmbannführerowi kawy. A ja może wzmocnię się trochę malutkim sherry.
Przycupnąwszy z opartym o kolano notatnikiem na skraju głębokiego, krytego perkalem fotelu, March wysłuchał żałosnej opowieści Frau Luther. Jej mąż? Bardzo dobry człowiek, tak, może trochę porywczy, ale wszystko przez te nerwy, biedaczek. Biedny, biedny Martin. Stale łzawiły mu oczy, czy March o tym nie wiedział?
Pokazała mu fotografię: Luther w jakimś śródziemnomorskim kurorcie, odziany w absurdalne krótkie szorty, spoglądający ponuro w obiektyw powiększonymi przez grube szkła oczyma.
Ma już swój wiek, w grudniu skończy sześćdziesiąt dziewięć lat… Na jego urodziny mieli pojechać do Hiszpanii. Martin przyjaźnił się z generałem Franco — uroczy człowiek, czy March miał kiedyś okazję się z nim spotkać?
Nie? Co za szkoda.
No tak. Boi się pomyśleć, co mogło się wydarzyć, zawsze pamiętał, żeby powiedzieć jej, dokąd jedzie, nigdy przedtem nie zrobił czegoś takiego. Dobrze, że może z kimś o tym porozmawiać, to bardzo pomaga.
Zaszeleścił jedwab. Frau Luther skrzyżowała nogi. Na pulchnym kolanie uniosła się prowokacyjnie spódniczka. Pojawiła się z powrotem pokojówka; postawiła przed Marchem filiżankę kawy, dzbanuszek ze śmietanką i cukiernicę. Dla swojej pani przyniosła kieliszek sherry i opróżnioną do trzech czwartych kryształową karafkę.
— Czy słyszała pani kiedykolwiek, żeby mąż wymieniał nazwiska Josefa Buhlera albo Wilhelma Stuckarta? Na chwilę ją to zdekoncentrowało.
— Nie, nie przypominam sobie. Nie, na pewno nie.
— Czy wychodził gdzieś w zeszły piątek?
— W zeszły piątek? Chyba tak. Wyszedł wcześnie rano. — Wypiła trochę sherry. March zanotował jej odpowiedź w notesie.
— A kiedy powiedział pani, że będzie musiał wyjechać?
— Tego samego popołudnia. Wrócił koło drugiej. Ozmajmił, że coś się wydarzyło i że musi spędzić cały poniedziałek w Monachium. Wyleciał w niedzielę po południu, żeby przenocować i wstać wcześnie rano.
— Nie powiedział pani, o co chodzi?
— W tych kwestiach był bardzo staroświecki. Jego sprawy to były jego sprawy, jeśli rozumie pan, co mam na myśli.
— Jak zachowywał się przed podróżą?
— Och, był poirytowany, jak zwykle. — Zachichotała jak młoda dziewczyna. — No nie wiem, może bardziej niż zwykle. Telewizyjne wiadomości zawsze wprawiały go w depresję — ataki terrorystów, walki na Wschodzie. Mówiłam mu, żeby się nie martwił, zadręczanie się nic ci nie pomoże, powtarzałam, ale to wszystko… tak, to wszystko nie dawało mu spokoju. Podczas wojny — dodała, ściszając głos — przeżył załamanie. Biedaczek. Nie wytrzymał nerwowo…
Znowu zbierało się jej na płacz.