Vaterland [Fatherland - pl]
- Автор: Харрис Роберт
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Ksi
- ISBN: 978-83-245-7646-3
- Переводчик: Adnrzej Szulc
- Жанр: Альтернативная история
Электронная книга - «Vaterland [Fatherland - pl]». Краткое содержание книги:
Kierowca zasalutował i otworzył drzwi. Nebe skrzywił się z bólu, siadając ostrożnie na tylnym siedzeniu. March wsiadł z drugiej strony.
— Oto, co dostarczono mi dzisiaj o szóstej rano przez specjalnego kuriera. — Nebe otworzył teczkę i wyciągnął z niej opasłe, mające kilka centymetrów grubości akta. — Wszystko to jest na twój temat. Nie pochlebia ci takie zainteresowanie?
Szyby mercedesa zabarwione były na zielono. W panującym w samochodzie półmroku Nebe przypominał jaszczurkę w terrarium.
— Urodzony w 1922 w Hamburgu; w 1929 śmierć ojca w wyniku ran odniesionych podczas wojny; w 1942 śmierć matki podczas brytyjskiego nalotu; w 1939 wstępuje do marynarki; w 1940 przechodzi do służby podwodnej; w 1943 odznaczony za odwagę i awansowany; w 1946 zostaje dowódcą własnego U-Boota — jako jeden z najmłodszych kapitanów w całej Rzeszy. Wspaniała kariera. A potem coś zaczyna się psuć.
Nobe kartkował akta dalej. March wodził oczyma po zielonym trawniku i błękitnym niebie.
— Przez dziesięć lat ani jednego awansu w policji. W 1957 rozwód. A potem zaczynają się donosy. Blockleiter: Sturmbannführer March ustawicznie odmawia składek na Pomoc Zimową. Partyjni aktywiści z Werderscher Markt: uparcie odmawia wstąpienia do NSDAP. Podsłuchany w kantynie na wygłaszaniu uwłaczających uwag na temat Himmlera. Podsłuchany w barze, podsłuchany w restauracji, podsłuchany na korytarzu…
Nebe wyciągnął z teczki kilka kartek.
— Boże Narodzenie 1963: zaczynasz wypytywać wszystkich o jakichś Żydów, którzy mieszkali kiedyś w twoim mieszkaniu. O Żydów! Czyś ty oszalał? Mam tutaj skargę od twojej byłej żony; nawet jedną od twojego syna…
— Mojego syna? Mój syn ma dziesięć lat…
— Wystarczy, żeby sformułować własny pogląd i zostać wysłuchanym. Powinieneś o tym wiedzieć.
— Czy mogę zapytać, co mi zarzuca?
— Nie odnosisz się z odpowiednim entuzjazmem do jego działalności w Deutsches Jungvolk. Ważne jest to, Herr Sturmbannführer, że ta teczka już od dziesięciu lat spoczywa w archiwum Gestapo… trochę tego, trochę tamtego, jeden rok lepszy, drugi gorszy… cały czas pęczniejąc i rosnąc niczym złośliwy guz. A teraz zyskałeś potężnego wroga, który chce ją wykorzystać.
Nebe włożył akta z powrotem do swojej teczki.
— Globusa?
— Tak, Globusa. Kogóż innego? Wczoraj wieczorem chciał cię przewieźć do Colombia Haus, gdzie miałeś stanąć przed wojennym trybunałem SS. — W Colombia Haus przy General-Pape Strasse mieściło się prywatne więzienie SS. — Muszę ci powiedzieć, March, że same te akta wystarczą, żeby wysłać cię do kacetu. A wtedy nie pomogę ci ani ja, ani nikt inny.
— Co go powstrzymało?
— Na postawienie przed sądem wojennym pozostającego w czynnej służbie oficera Kripo musi wyrazić zgodę sam Heydrich. A Heydrich porozumiał się ze mną. I wiesz, co oznajmiłem naszemu ukochanemu Reichsführerowi? Ten cały Globus, powiedziałem, najwyraźniej boi się, że March coś na niego ma. I dlatego chce się go pozbyć. Rozumiem, mówi Reichsführer, więc co sugerujesz? Dlaczego, mówię, nie dać mu trochę czasu, powiedzmy do urodzin Führera, żeby zebrał dowody przeciwko Globusowi. To tylko cztery dni. W porządku, mówi heydrich, ale potem globus może z nim robić, co chce. — Nebe uśmiechnął się zadowolony. — Tak właśnie załatwia się między starymi kolegami sprawy Rzeszy.
— Chyba powinienem panu podziękować, Herr Oberstgruppenführer.
— Och nie, nie dziękuj — odparł wesoło Nebe. — Heydrich naprawdę zastanawia się, czy przypadkiem nie masz czegoś na Globusa. Chce się dowiedzieć. Ja też. Być może z innego powodu. Te sukinsyny coś knują — syknął, łapiąc ramię Marcha w ten sam stalowy uścisk. — Co to jest? Odkryjesz to i powiesz mi. Nie ufaj nikomu. To główna zasada, dzięki której udało się tak długo przetrwać Wujkowi Arturowi. Wiesz, dlaczego niektórzy starzy towarzysze nazywają Globusa „łodzią podwodną”?
— Nie, Herr Oberstgruppenführer.
— Bo będąc w Polsce podczas wojny zamontował w swojej piwnicy silnik łodzi podwodnej i zabijał spalinami ludzi. Globus lubi zabijać ludzi. Z miłą chęcią zabiłby i ciebie. Nie zapominaj o tym. — Nebe puścił ramię Marcha. — Teraz musimy się pożegnać.
Postukał gałką laski w dzielącą go od kierowcy szybę. Szofer obszedł samochód i otworzył drzwi od strony Xaviera.
— Podrzuciłbym cię do śródmieścia, ale wolę podróżować sam. Informuj mnie. Znajdź Luthera, March. Znajdź go, zanim dobierze mu się do skóry Globus.
Trzasnęły zamykane drzwi, zawarczał silnik. Kiedy limuzyna, chrzęszcząc oponami po żwirze, ruszyła do przodu, March ledwo mógł rozpoznać siedzącego w środku Nebego — za kuloodporną szybą widział tylko niewyraźny zarys postaci.
Odwrócił się i zobaczył przyglądającego mu się bacznie Globusa.
Generał SS ruszył w jego stronę. W wyciągniętej dłoni trzymał lugera.
On jest szalony, przemknęło przez głowę Marchowi. Wystarczająco szalony, żeby zastrzelić mnie tutaj na miejscu, podobnie jak psa Buhlera.
Ale Globus chciał mu po prostu oddać broń.
— Pański pistolet, Sturmbannführer. Będzie pan go potrzebował — powiedział. A potem przysunął się bardzo blisko — tak blisko, że March poczuł w jego gorącym oddechu odór czosnkowanej kiełbasy. — Nie masz już świadka — szepnął. — Nie masz żadnego świadka. Już nie.
March biegł.
Biegł drogą wzdłuż grobli, a potem w górę i na przełaj przez las, aż dotarł do autostrady, która stanowiła wschodnią granicę Grunewaldu.
Tam zatrzymał się na chwilę, oparłszy dłonie o kolana i łapiąc kurczowo oddech. Niżej sunęły zmierzające w stronę Berlina samochody.
Mimo rwącej w boku kolki ruszył dalej, bardziej truchtem niż biegiem, przez kładkę nad autostradą, obok stacji S-Bahnu Nikolassee i wzdłuż Spanische Allee w stronę koszar.
Jego legitymacja zamknęła usta wartownikom, jego wygląd — zaczerwienione oczy, zdyszany oddech i dwudniowy zarost — sugerował, że sprawa jest nieprzyjemna i pilna, co z miejsca przecinało wszelką dyskusję. Odnalazł sypialnię. Odnalazł łóżko Josta. Poduszka zniknęła, zabrano całą pościel. Zostały tylko sprężyny i twardy brązowy materac. Szafka była pusta.
Samotny kadet, pucujący kilka łóżek dalej buty, opowiedział mu, co się stało. Przyszli po Josta w nocy. Było ich dwóch. Pojedzie na Wschód, powiedzieli, na „specjalne szkolenie”. Odszedł bez słowa — wyglądało, jakby się tego spodziewał. Kadet potrząsał ze zdumieniem głową: że też z nich wszystkich wysłano akurat Josta. Był wyraźnie zazdrosny. Podobnie jak wszyscy. Ich kolega będzie miał okazję zobaczyć, jak wygląda prawdziwa walka.
3
Budka telefoniczna śmierdziała moczem i starym dymem papierosowym; na podłodze leżał wdeptany w błoto zużyty kondom.
— No szybciej, szybciej! — szeptał March. Stuknął jednomarkową monetą w zaparowaną szybę, wsłuchując się w elektroniczny sygnał. Nikt nie odbierał. Czekał bardzo długo, zanim odwiesił słuchawkę.
Po drugiej stronie ulicy właściciel otwierał właśnie sklep spożywczy. Xavier przeszedł przez jezdnię i kupił butelkę mleka oraz ćwiartkę ciepłego jeszcze chleba. Zjadł śniadanie na ulicy, zdając sobie sprawę, że właściciel przygląda mu się podejrzliwie przez okno sklepu. Przyszło mu do głowy, że już teraz zachowuje się jak uciekinier — zatrzymując się, żeby coś zjeść, tylko jeżeli trafia się okazja, przełykając pośpiesznie kęsy na ulicy, zawsze w ruchu. Mleko ściekało mu po podbródku. Otarł je wierzchem dłoni. Spierzchnięta skóra przypominała w dotyku papier ścierny.