Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #3
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-893-0
- Переводчик: Janusz Ochab
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:
Deszcz nieprzerwanie lał z obojętnego na wszystko nieba.
V
Odwrót przebiegał znacznie lepiej, niż Marek śmiał na to liczyć. Pewni już zwycięstwa, Namda-lajczycy woleli raczej ścigać małe grupki uciekinierów, niż kłopotać się sporym oddziałem wciąż pod bronią. Dwie kompanie jazdy przypuściły na próbę atak na legionistów, ale odjechały w poszukiwaniu łatwiejszego łupu, gdy ci nie rozpierzchli się od razu w panicznej ucieczce.
— Tchórze dostają to, na co zasługują — zauważyła Nevrata Sviodo przechodząc obok ciała Vi-dessańczyka, którego plecy przebite były włócznią. Jej głos pełen był pogardy. Walczyła ze swoim mężem, ramię przy ramieniu. Jej kołczan był prawie pusty, szabla pokryta krwią, a czoło poprzecinane i posiniaczone od kamienia, który, szczęśliwie, trafił ją tylko rykoszetem.
— Tak, to nagroda za uciekanie na łapu-capu — zgodził się Gajusz Filipus. Starszy centurion nie był wcale przygnębiony porażką; widział ją już nieraz. — Są sposoby na wygrywanie i są sposoby na przegrywanie. Na Sucro, moi kumple całkiem nieźle radzili sobie pod Turią, chociaż też przegrywaliśmy Gdyby nie pojawiła się tam ta stara kobieta, spuścilibyśmy chłopakowi porządne lanie, a potem wysiali go z powrotem do Rzymu — uśmiechnął się do wspomnień.
— Stara kobieta? Chłopak? — Nevrata spojrzała na niego, nic nie rozumiejąc.
— Nieważne… to było dawno, tam skąd większość z nas tu przybyła. Nie tylko ci Videssańczy-cy mają u siebie wojny domowe, a ja stanąłem kiedyś w takiej po złej stronie.
— Więc byłeś wtedy z Sertoriuszem? — zapytał Marek. Wiedział, że starszy centurion należał do stronników Mariusza. Po tym jak Sulla pobił ostatnie oddziały Marianów W Italii, Kwintus Sertoriusz nie poddał się zwycięzcom w Hiszpanii. Pozyskując dla swojej sprawy tubylczą ludność, przez osiem lat prowadził wojnę partyzancką, dopóki jeden z jego własnych ludzi go nie zamordował.
— Tak, byłem, i co z tego? — odparł wyzywająco Gajusz Filipus. Jeżeli już okazał kiedyś komuś swoją lojalność, trudno byłoby ją wykorzenić.
— Zupełnie nic — stwierdził trybun. — Musiał być świetnym żołnierzem, żeby stawić czoło Pompejuszowi Wielkiemu.
— Wielkiemu? — Gajusz Filipus splunął na błotnistą drogę. — Wielki w porównaniu do czego? Jak powiedziałem, gdyby Metellus nie uratował mu tyłka pod Turią, uciekałby do dzisiaj… gdyby mógł. Wiesz, że był tam ranny?
— Nie, nie wiedziałem. Byłem wtedy jeszcze smarkaczem.
— Tak, tak myślałem. Ja sam byłem wtedy chyba nieco młodszy niż ty teraz — wierzchem dłoni wytarł spoconą twarz. Większość włosów na jego pokrytym bliznami przedramieniu była już siwa. — Czas wygrywa wszystkie wojny, nieważne jak kończą się bitwy.
Słońce było jeszcze wysoko, kiedy legioniści dotarli do swojego obozu. Na zewnątrz leżały zabite konie i jeźdźcy, a spory oddział Namdalajczyków przyglądał się palisadzie z bezpiecznej odległości. Odjechali spokojnie, kiedy rozpoznali nowo przybyłych.
Minucjusz przywitał Skaurusa przy jednym z wejść prowadzących do via principalis. Salut, który oddał Markowi młody oficer, był w równej mierze gestem szacunku co i ulgi.
— Dobrze cię widzieć, panie — zdołał z siebie wydusić.
— I ciebie — odparł trybun. Podniósł głos, tak by wszyscy mogli go usłyszeć. — Pół godziny! Zwinąć namioty, znaleźć kobiety i dzieciaki, i wyruszamy. Kto nie zdąży, może się tłumaczyć przed wyspiarzami; nas już tutaj nie będzie, żeby go wysłuchać.
— Wiem, że kiepsko poszło — mówił Minugusz. — Najpierw przybiegli nomadzi, a potem Vi-dessańczycy. Ludzie Draxa deptali im po piętach. Czy to Utprand zdradził?
— Nie, ale jego ludzie, owszem. Utprand nie żyje.
— Wiec tak to było… — mruknął gniewnie Minucjusz. Jego wielkie dłonie zwinęły się w pięści.
— Zdawało im się, że znałem kilku z tych dupków, którzy próbowali przejść przez palisadę. Widziałeś, jakie zgotowaliśmy im przyjęcie. Poszli sobie pewnie przegryźć coś mniej ostrego, jak ten obóz Videssańczyków koło lasu. — Zawahał się przez moment; niepewność wydawała się nie na miejscu na jego twardej i posępnej twarzy. — Mam nadzieję, że zrobiliśmy wszystko dobrze, panie. Było tu… eee… niektórzy z naszych chcieli, żebyśmy otworzyli bramy i przyłączyli się do tamtych.
— Niektórzy, co? — powiedział trybun, bez trudu odczytując niezręczne gesty Minucjusza. — Zajmę się tym, nie z;i wracaj sobie głowy. — Poklepał oficera po plecach. — Dobrze się spisałeś, Sekstusie. Idź teraz, sprowadź Erene i swoje dzieciaki. Chciałbym, żebyśmy się nieco oddalili od Drax;i, zanim zdecyduje się odciągnąć swoich ludzi od rabowaniu i zająć się nami.
Drax może to zrobić w każdej chwili — pomyślał Marek gdy Minucjusz pośpiesznie się oddalał — być może za minutę, a być może dopiero rano. Gdyby trybun dowodził Namdalajczykami, zaatakowałby legionistów od razu. Ale Drax był najemnikiem o wiele dłużej niż Marek — gdy jego żołnierze mieli przed nosem łatwą zdobycz, mógł się nie ośmielić odciągać ich od tego. Może, mógłby, jeśli… Marek wolałby, żeby zamiary Namdalajczyków były bardziej przejrzyste.
Obóz kipiał i kotłował się jak wapno polane octem. Żołnierze i ich krewni raz za razem wykrzykiwali głośno swe imiona, biegając tu i tam i szukając się nawzajem.
— Idiotki — mruczał pod nosem Gajusz Filipus. — Gdyby te głupie kury zostały przy swoich namiotach, znaleźliby się bez kłopotu.
— Te, których mężczyźni są tu jeszcze i mogą je znaleźć — wtrącił Marek, a starszy centurion mógł tylko przytaknąć. W porównaniu z innymi bitwami, ta nie kosztowała legionistów zbyt wiele — atak skupił się przede wszystkim na środku armii Imperium. Mimo to byli i tacy, którzy padli w walce i nigdy już nie mieli się podnieść; było ich wielu, zbyt wielu. He czasu minie jeszcze do chwili, gdy nie zostanie przy życiu żaden Rzymianin?
Na centralnym placu obozu Styppes robił co w jego mocy, by zmniejszyć rozmiary nieszczęścia. Marek musiał mu oddać sprawiedliwość; twarz uzdrowiciela była trupio blada z wyczerpania. Spieszył z pomocą od jednego jęczącego rannego żołnierza do następnego, nigdy nie zajmując się jednym pacjentem tak długo, aby go całkowicie wyleczyć, ale dając mu szansę na przeżycie, zanim zajął się kolejnym krwawiącym Żołnierzem. Popijał wino w sekundowych przerwach pomiędzy kolejnymi rannymi, ale widząc jego pracę, Marek nie miał mu tego za złe.
Helvis stała obok namiotu trybuna. Przywitali się krótkim uściskiem i Skaurus zajął się składaniem namiotu. Malrik pomagał mu jak umiał, dopóki Marek nie kazał mu zejść Z drogi. Jego ręce automatycznie wykonywały kolejne ruchy, którymi przygotowywał namiot do drogi.
— Nawet po tym jak zwyciężyliśmy, nie pomyślisz o przyłączeniu się do nas?
— Rozejrzyj się dokoła — zaproponował Skaurus. — To jedyne „my” jakie znam. Powinnaś to już wiedzieć od dawna.
Na zewnątrz palisady jakiś Namdalajczyk krzyknął głośno. Marek nie potrafił powiedzieć, co to było, ze względu na panujący w obozie hałas, ale wyspiarski akcent był nie do pomylenia.
— Jedyne „my”? — zapytała groźnie Helvis. — A co byś zrobił, gdyby to Soteryk był tam na zewnątrz?
Marek wycisnął powietrze spomiędzy warstw złożonego już namiotu i obwiązał go linką. Pomyślał o tym, czego dokonał jego szwagier tego dnia.
— W tej chwili myślę, że bym go zabił.
Cokolwiek chciała powiedzieć przed momentem, odpowiedź zamarła jej na ustach. Trybun kontynuował ze znużeniem: