Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]

Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:

Imperium szykuje się do wojny z Yezd, ale pojawia się nowe zagrożenie — bunt księcia Draxa i jego wojsk. Zdrada najemników doprowadza Videssos na skraj katastrofy i tylko talent dowódczy Marcusa Scaurusa i zręczna dyplomacja jego sprzymierzeńca zamieniają klęskę w zwycięstwo. Jednak Imperium Videssos w dalszym ciągu czeka walka z Yezd, Do odległej krainy potężnych koczowników wyrusza poselstwo, które ma pozyskać ich pomoc. Jego droga najeżona jest niebezpieczeństwami, o sojusz z koczownikami stara się również Yezd…
1 ... 30 31 32 33 34 35 36 37 38 ... 130
Перейти на страницу:

Gorgidas przekręcił się i wymruczał coś, gdy kropla deszczu spadła mu na policzek. Kolejny zimny pocałunek trafił na ucho, trzeci na powiekę. Zaczął się grzebać w posłaniu, próbując naciągnąć je na głowę, tak by nie musiał się jednocześnie podnosić. Zanim mu się to udało, następne krople wylądowały na jego twarzy, co ostatecznie go rozbudziło i rozzłościło.

— Na psa… — wymruczał po grecku, co wyrażało w tym języku irytację. Pogoda wydawała się zupełnie dobra, kiedy szedł spać.

Skrzywił twarz siadając prosto — jego głowa reagowała przenikliwym bólem na każdy gwałtowny ruch. Żałował, że nie ma ze sobą surowej kapusty, która pomogłaby mu przegnać kaca, ale zaraz zastanowił się, po czym właściwie miałby go mieć. Kavass był mocnym trunkiem, to prawda, ale ta odrobina, którą wypił do kolacji, nie powinna aż tak na niego podziałać.

Pozostali także się budzili, jęcząc i przeklinając w sposób, który nie pozostawiał wątpliwości co do tego, że czuli się nie lepiej od niego. Dopiero kiedy rozejrzał się dokoła spostrzegł, że ognisko dawno już wygasło. Zmarszczył brwi. Ziemia, jak na razie, była ledwo wilgotna — dlaczego po całkiem sporym Ognisku, które przecież nie tak dawno rozpalili, pozostał tylko zimny popiół?

Agathios Psoes myślał o tym samym.

— Co z wami, baranie łby? — krzyczał na swoich żołnierzy. — Nie potraficie nawet, do cholery, dopilnować ogniska? — Odpowiedzieli mu tylko pomrukami zawstydzenia; dowód ich zaniedbania był aż nadto widoczny.

— Ilu Khamorthów potrzeba do rozpalenia ognia? — spytał retorycznie Arigh, po czym sam sobie odpowiedział — Dziesięciu: jeden zbiera drzewo, a dziewięciu myśli co zrobić potem.

— He, he — mruknął Psoes z czystej uprzejmości. Choć sam nie był Khamorthem, była nimi większość jego oddziału i stawał po ich stronie, gdy szydził z nich jakiś cudzoziemiec. Pikridosa Goudelesa, z drugiej strony, dowcip Arshauma niezwykle rozśmieszył i chichotał cicho jeszcze prawie przez minutę. Gorgidas pozwolił sobie na kwaśny uśmiech — wydawało się, że Arigh korzystał z każdej okazji, by wykazać swą wyższość nad wschodnimi sąsiadami swego narodu.

To właśnie wtedy Gorgidas zorientował się, że wśród odgłosów wesołości zabrakło grzmiącego śmiechu Viridoviksa, którego na pewno by ten żart rozbawił. Czyżby ten przeklęty Gal wciąż jeszcze spał? Gorgidas rozejrzał się w gęstniejących ciemnościach i coraz mocniej padającym deszczu.

— Viridoviks? — zawołał.

Nie było żadnej odpowiedzi. Zawołał ponownie, z tym samym rezultatem.

— Pewnie poszedł gdzieś opuścić spodnie — domyślał się Lankinos Skylitzes.

Gorgidas usłyszał chlupoczące kroki zbliżające się do obozu i przez moment myślał, że Skylitzes miał rację. Ale to był jeden z wartowników.

— Hej, tam w obozie! — krzyknął żołnierz — Pogłupieliście czy co? Czemu zgasiliście ogień? Mówcie coś, bo nie mogę was znaleźć.

Kiedy żołnierz doszedł do nich, zapytał:

— Wszystko w porządku? Przydarzyło mi się coś bardzo dziwnego — mówił z wymuszoną obojętnością, starając się ukryć zaniepokojenie. — Stałem sobie spokojnie na swoim miejscu i nagle zrobiło mi się słabo. Zacząłem iść do ogniska, żeby coś z tym zrobić, ale zdaje się, że nie doszedłem — następna rzecz jaką pamiętam, to lejący na mnie deszcz Dziwne… wydaje mi się, jakby kowal kuł w mojej głowic miecze i walił młotem jak wściekły, a ja przecież piłem tylko wodę, bo wiedziałem, że muszę być trzeźwy na noc. A swoją drogą, która to godzina?

Jak się okazało, nikt tego nie wiedział. Nie spierali się też o to specjalnie długo, bo właśnie wtedy jeden z koni parsknął dziwacznie i podniósł się na nogi. W ciągu kilku minut to samo zrobiła także reszta koni. Nie zważając na swoje obolałe głowy, ludzie Psoesa i Skylitzes pognali do nich, wykrzykując coś w mieszaninie videssańskiego i języka khamorth. Po raz pierwszy Gorgidas zrozumiał, że coś było bardzo nie w porządku — konie nie położyły się i nie posnęły same.

Jeźdźcy krzątali się przy koniach, starając się dociec, dlaczego pokładły się na ziemi. Lankinos Skylitzes powrócił do ogniska:

— Gorgidas?

— Tutaj.

— Gdzie? Ach, tu — żołnierz prawie się o niego przewrócił. — Przepraszam, cholernie ciemno. — Skylitzes ściszył glos. — Słyszałem, że jesteś lekarzem. Czy mógłbyś przyjrzeć się koniom?

Zdaje się, że wszystko z nimi w porządku, ale… — rozłożył szeroko ręce. Grek ledwo go widział w ciemnościach.

Gorgidas zrozumiał prośbę, ale wcale mu się to nie podobało.

— Nie jestem już lekarzem — rzucił krótko. Pomyślał, że odpowiedź była zbyt obcesowa, więc kontynuował: — A gdybym nawet był, to zupełnie się nie znam na zwierzętach. Sztuka leczenia koni to rzecz zupełnie różna od leczenia ludzi.

„I o wiele gorsza”, dokończył w myślach. Skylitzes wyczul jednak jego złość.

— Nie chciałem cię obrazić.

Gorgidas pokiwał niecierpliwie głową i natychmiast tego pożałował — ból znowu dał znać o sobie.

— Czy Viridoviks już się pojawił?

— Nie. Gdzież on mógł zresztą poleźć? I gdzie rozłożył swoją matę? Jeśli leży tam ciągle i chrapie sobie spokojnie, to skręcę mu ten leniwy kark.

— Myślę, że musiałbyś poczekać na swoją kolej. — Skylitzes przekrzywił głowę, próbując przebić wzrokiem zasłonę deszczu. Wyciągnął rękę. — Chyba tam, nie?

— Tam? — Gorgidas wyrzucał sobie, że nie zwrócił na to uwagi, kiedy kładł się spać. Jeżeli historyk — a nawet lekarz, jeśli już oto chodzi — nie zauważał takich szczegółów, jakiż był z niego pożytek? Zawsze był dumny ze swojej spostrzegawczości, a teraz, kiedy potrzebował jej najbardziej, zupełnie go zawiodła.

Omijając ostrożnie zimne popioły z ogniska, i wciąż zastanawiając się nad tym, dlaczego były takie zimne, Grek poszedł w kierunku wskazanym przez Skylitzesa. Rzeczywiście, były tam koce i cienkie maty podróżne rozpostarte na ziemi — zaczęły właśnie na dobre przemakać. Obok nich leżał plecak, który Gorgidas rozpoznał jako należący do Viridoviksa, i hełm Celta. Samego Celta nie było jednak nigdzie w pobliżu.

Poruszenie w obozie zwabiło pozostałych dwóch wartowników, którzy przyszli dowiedzieć się o co chodzi. Obaj niechętnie przyznali się, że zasnęli na posterunku.

— Nie kłopoczcie się — powiedział pompatycznie Goudeles Pikridos — bo nie stała się nam żadna krzywda.

Agathios Psoes był jednak wściekły, jak byłby każdy dobry oficer, którego żołnierze przysypiają na służbie. Gorgidas zaś krzyknął:

— Żadna krzywda!? A gdzie j est Viridoviks?

— No cóż, muszę przyznać, że nie mam pojęcia. Ten człowiek jest twoim towarzyszem i należy do twojego ludu. Dlaczego miałby stąd odejść?

Gorgidas otworzył usta i zamknął je z powrotem — nie wiedział, co ma właściwie odpowiedzieć. Poza tym wiedział dobrze, że nie miało najmniejszego sensu tłumaczenie wszystkim, że Celt i on należeli do narodów tak różnych jak Videssańczycy i Khamorthci.

Pozostała część nocy była przejmująco zimna, wilgotna i przygnębiająca. Nikt nie poszedł już spać, a powstrzymywał ich od tego nie tylko padający bez ustanku deszcz. Wszyscy byli o wiele bardziej rozbudzeni, niż mogło to wynikać z całego tego nocnego poruszenia, ale rozbudzeni w sposób bardzo nieprzyjemny. Rzadkie rozmowy dotyczyły głównie prześladującego ich wciąż bólu głowy.

— Bywało już, że byłem pijany, a nie miałem potem kaca… — zauważył Arigh — …ale nigdy jeszcze nie miałem kaca bez picia. — Jakby chcąc to naprawić, pociągnął spory łyk kavassu z bukłaka, który prawie zawsze miał pod ręką.

1 ... 30 31 32 33 34 35 36 37 38 ... 130
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)