Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #3
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-893-0
- Переводчик: Janusz Ochab
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:
Gdy zbliżał się już ranek, chmury rozeszły się na moment ukazując cienką resztkę księżyca, nisko na wschodzie.
— Za cienki i za nisko! Straciliśmy cały dzień! — wykrzyknął Gorgidas.
— Na Phosa, masz rację — potwierdził Skylitzes, czyniąc na piersi kolisty znak swego boga. Podniósł ręce do mokrego nieba i zaczął mamrotać jakąś modlitwę. Nie był w tym osamotniony — Psoes i Videssańczycy z jego oddziału poszli w jego ślady, podczas gdy żołnierze, którzy wciąż hołdowali zwyczajom Khamorthów, wylali na ziemię kavass, by prze błagać czczone przez nich, mniej abstrakcyjne siły. Nawet Goudeles, człowiek tak przyziemny, jak mógł być tylko ktoś wychowany w stolicy, modlił się z żołnierzami.
— Jakiś duch nas opętał. Powinniśmy złożyć konia w ofierze — stwierdził Arigh, a Khamorthci poparli go okrzykami.
Gorgidas przysłuchiwał się swoim towarzyszom z rosnącą irytacją. Podczas gdy oni bredzili coś o duchach i bogach, jego logiczny umysł znajdował aż nadto jasną odpowiedź:
— Ktoś uśpił nas czarami, żeby porwać Viridoviksa — powiedział, a po chwili konsekwentnie doprowadzając ten ciąg myśli do końca, wykrzyknął: — Avshar!
— Nie — odparł natychmiast Skylitzes. — Gdyby to był Avshar, obudzilibyśmy się już na tamtym świecie. On nie zna litości.
— W takim razie, jego pachołkowie — upierał się Grek. Przypomniał sobie niezwykły miecz, który nosił Gal, ale nie powiedział tego głośno; im mniej ludzi o tym wiedziało, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że dowie się i czarownik, gdyby jakimś cudem okazało się, że Gorgidas nie ma racji.
Nie podejrzewał jednak, by się mylił. Powoli się rozjaśniało — poszedł spojrzeć jeszcze raz na posłanie Viridoviksa. Aż syknął, kiedy zobaczył plamy krwi na kocu Celta. Podniósł go do góry pokazując wszystkim pozostałym.
— Porwany, kiedy na nas nucono zaklęcie i uśpiono! — powiedział.
— A gdyby nawet, to cóż z tego? — zapytał Goudeles rozdrażnionym głosem — biurokrata przyzwyczajony był do wygód Videssos i zdecydowanie nie podobało mu się siedzenie w deszczu i błocie stepowych bezdroży, bez dachu nad głową. Po chwili kontynuował: — W porównaniu z wagą misji, jaką nam powierzono, czym jest los jednego barbarzyńskiego najemnika? Kiedy już nasze poselstwo osiągnie szczęśliwie swój cel — czego dobry Phos nam nie odmówi — wtedy, z większymi silami, których użyczy nam Arshaum, będziemy mogli podjąć właściwe poszukiwania. Ale dopóki nie dysponujemy takąż siłą ludzką, dopóki nasi sprzymierzeńcy nie powiększą naszych szeregów, pozostaje on drugorzędnym problemem.
Gorgidas zasapał z wściekłości, nie wierząc własnym uszom:
— Ale on może być ranny, umierający; on na pewno jest ranny — dodał Grek, dotykając brązowych plam na tkaninie. — Nie zostawiłbyś go przecież w rękach wrogów?
Jeżeli Goudeles był zmieszany, to nie pokazał tego po sobie.
— Na pewno też nie rzuciłbym się na nich sam i nie pogrzebał sprawy, dla której tu przybyłem.
— Gryzipiórek ma rację — powiedział Skylitzes, wyglądając tak, jakby te słowa pozostawiły jakiś ohydny posmak w jego ustach. — Bezpieczeństwo Imperium jest ważniejsze od losu jakiegokolwiek pojedynczego człowieka. Twój rodak to dzielny wojownik, ale on jest tylko jeden, a my potrzebujemy setek.
Żaden z Videssańczyków nie znał Viridoviksa, oprócz tych kilku dni spędzonych w podróży. Gorgidas zwrócił się do Arigha, który hulał się z Celtem przez dwa lata.
— To twój przyjaciel!
Arigh skubał swoją rzadką bródkę, wyraźnie niezadowolony z tak bezpośredniego wyzwania Greka. Więzy przyjaźni znaczyły dla niego więcej niż dla Videssańczyków, ale był synem wodza i także rozumiał rację stanu.
— Bardzo żałuję, ale nie. Obawiam się, że oni mają rację. Być może stracę teraz twoje zaufanie, ale zawsze najpierw robię to co dobre jest dla mojego klanu, a dopiero potem to, co dobre jest dla mnie. Vridrish to niełatwy łup; może jeszcze sam się uwolnić.
— Niech was szlag wszystkich trafi! — krzyknął Gorgidas. — Jeżeli nie obchodzi was w ogóle, co stanie się z waszym towarzyszem, to zróbcie miejsce dla tego, który o to dba. Sarn za nim pojadę.
— Dobrze powiedziane — mruknął cicho Arigh. Kilku żołnierzy przytaknęło. Gorgidas zignorował ich zupełnie, wściekle upychając swoje rzeczy do plecaka.
Skylitzes podszedł do niego i położył mu rękę na ramieniu Gorgidas znowu zaklął i próbował się uwolnić, ale krępy oficer z Videssos był od niego silniejszy.
— Zostaw mnie, ty zapomniany przez boga idioto! Co cię to obchodzi, że jadę szukać mojego przyjaciela? Na pewno nic znaczę dla ciebie więcej niż on.
— Myśl jak mężczyzna, a nie jak rozzłoszczone dziecko — powiedział łagodnie Skylitzes. Ten delikatny przytyk miał poruszyć Greka, który dumny był ze swojego zdrowego rozsądku. Skylitzes zatoczył ręką koło, obejmując szerokim gestem cały horyzont. — Jedź za Viridoviksem… — jak Goudeles, ostrożnie i dokładnie wymawiał jego imię — …jeśli chcesz, ale gdzie mianowicie pojedziesz?
— No cóż… — zaczął Grek, ale przerwał zmieszany. Potarł swoją szczeciniastą brodę; broda, jak właśnie odkrył, mogła być bardzo pomocna w myśleniu.
— Gdzie według twoich ostatnich raportów był Avshar? — zapytał w końcu.
— Na wschód i na zachód od miejsca, w którym stoimy, ale te wiadomości pochodzą sprzed kilku tygodni i teraz są nic nie warte. Widziałeś, jak szybko poruszają się koczownicy, a poza tym nic nie każe temu cholernemu czarownikowi pozostawać ciągle z tym samym klanem.
— Północny zachód; to rai wystarczy.
— Czyżby? Widziałem cię już, cudzoziemcze; nie potrafisz iść za śladem. A zresztą, deszcz i tak nie zostawił żadnych — kontynuował bezlitośnie Skylitzes. — A jeśli nawet uda ci się jakoś dogonić twoich wrogów, co wtedy? Czy jesteś na tyle dobrym wojownikiem, żeby ich samemu wszystkich pozabijać? Czy jesteś wystarczająco dobrym wojownikiem, żeby się obronić, gdy jakiś nomada zechce się z tobą zmierzyć? Czy ten twój miecz pomoże ci w czymkolwiek, nawet jeżeli wyciągniesz go z bagażu i przypniesz sobie do pasa?
Gorgidas drgnął — rzeczywiście nie pomyślał o gladiusie podarowanym mu przez Gajusza Fili-pusa i pozostawił go, wetkniętego pomiędzy zwoje pergaminu. Po raz pierwszy od wielu lat żałował, że nie umie posługiwać się bronią. Upokarzająca była świadomość tego, że nie był w stanie powstrzymać jakiegoś przypadkowo spotkanego, niedomytego, bezmyślnego barbarzyńcy, który mógł go zabić tylko dla przyjemności patrzenia na to, jak umiera.
Pogrzebał w swoich torbach, szukając miecza, ale kiedy go w końcu znalazł, wrzucił ze złością z powrotem. Nie mógł nim walczyć z logiką Lankinosa Skylitzesa.
— W takim razie, na zachód — powiedział, nienawidząc konieczności, która wymogła na nim te słowa. Ananke — pomyślał — życie jest najsroższym panem.
Gdy Skylitzes podał mu współczująco dłoń, Grek nie wyciągnął swojej. Zamiast tego, zapytał:
— Chciałbym, żebyś uczył mnie dalej szermierki, dobrze? — oficer pokiwał głową.
Myśli Gorgidasa pełne byty gorzkiej ironii, gdy wdrapał się na swojego konia. Opuścił Videssos dla równin, by zmienić profesję z lekarza na historyka. Istotnie, nie mógł narzekać na brak zmian, ale zdecydowanie nie był to ten rodzaj odmiany, jakiego oczekiwał. Rzeczy od wielu lat wykluczone z jego życia, teraz siłą wracały do niego; broń, kobiety; a do tego bardzo niewielka, jak dotąd, cząstka historii, którą miał się zajmować. To mogłoby być nawet zabawne, gdyby nie miał większych zmartwień.