Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]
Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]

Электронная книга - «Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]». Краткое содержание книги:

Mieszkaniec planety Anarres, fizyk imieniem Szevek, nigdy nie potrafi zrezygnować z prawa do odrębności, do osobistej wolności, dlatego czuł się nieszczęśliwy będąc członkiem społeczeństwa ludzi całkowicie równych. Idealnym wyjściem w tej sytuacji wydaje się emigracja na sąsiednią, wrogą planetę Urras. Szevek otrzymuje zaproszenie i opuszcza ojczyznę, lecz już na pokładzie statku kosmicznego zdobywa pewne niepokojące informacje o Urras. Statek niebawem wyląduje…

Powieść otrzymała nagrodę Nebulę w 1974 i Hugo w 1975.
1 ... 30 31 32 33 34 35 36 37 38 ... 95
Перейти на страницу:

— O co chodzi?

— Chciałbym wiedzieć, czy pan zdaje sobie sprawę, co tu właściwie porabia.

Minęła chwila, nim Szevek odpowiedział:

— Sądzę, że tak.

— Ma pan zatem świadomość, że został kupiony?

— Kupiony?

— Powiedzmy dokooptowany, jeśli pan woli. Proszę posłuchać.

Choćby nie wiem jak inteligentny był człowiek, nie zdoła dostrzec tego, na co nie umie patrzeć. Jak może pan zrozumieć swoją sytuację w plutokratyczno-oligarchicznym państwie o gospodarce kapitalistycznej? Jakże pan, przybysz z małej społeczności przymierających głodem idealistów tam w niebie, może się w niej rozeznać?

— Zapewniam cię, Chifoilisk, że niewielu już idealistów zostało na Anarres. Osadnicy, ci owszem, byli idealistami, porzucając ten świat dla naszych pustyń. Ale to było siedem pokoleń temu! Nasze społeczeństwo jest praktyczne. Może nazbyt praktyczne, zanadto skoncentrowane na samym tylko przetrwaniu. Co masz takiego idealistycznego w społecznej współpracy, we wzajemnej pomocy, gdy to jedyne sposoby utrzymania się przy życiu?

— Nie myślę dyskutować z panem nad wartościami odonizmu.

Co nie znaczy, bym nie chciał! Widzi pan, coś niecoś wiem o tym.

W moim kraju jesteśmy tego bez porównania bliżsi niż tutejsi ludzie. Pozostajemy dziedzicami tego samego wielkiego rewolucyjnego ruchu Ósmego Stulecia — socjalistami, podobnie jak wy.

— Ale wy uznajecie władzę. Państwo Thu jest bardziej nawet jeszcze scentralizowane niż A-Io. Jedna struktura władzy kontroluje wszystko — rząd, administrację, policję, wojsko, system oświatowy, prawo, handel, wytwórczość. Do tego macie gospodarkę opartą na pieniądzu.

— Gospodarkę opartą na pieniądzu oraz na zasadzie, że każdy pracownik jest opłacany stosownie do zasługi, do wartości swojej pracy — nie przez kapitalistów, którym zmuszony jest służyć, ale przez państwo, którego jest częścią!

— Czy to on sam określa wartość swojej pracy?

— Co stoi na przeszkodzie, by przyjechał pan do Thu i przekonał się na własne oczy, jak funkcjonuje realny socjalizm?

— Ja wiem, jak funkcjonuje realny socjalizm — odparł Szevek. — Mógłbym wam o tym opowiedzieć; tylko czy wasz rząd pozwoliłby mi wyjaśniać to u was, w Thu?

Chifoilisk kopnął nogą kłodę, która się dotąd nie zajęła. Patrzył w ogień z zaciętym wyrazem twarzy, od jego nosa do kącików warg biegły głębokie bruzdy. Nie odpowiedział Szevekowi na pytanie. Wreszcie rzekł:

— Nie myślę bawić się z panem w ciuciubabkę. To by się na nic nie zdało; zresztą i tak nie miałem takiego zamiaru. Polecono mi zapytać pana o rzecz następującą: czy byłby pan skłonny przyjechać do Thu?

— Jeszcze nie teraz, Chifoilisk.

— Co pana tu trzyma…?

— Moja praca. Ponadto jestem tu blisko siedziby Rady Rządów Świata…

— RRŚ? Od trzydziestu lat siedzą w kieszeni u A-Io. Od nich niech pan nie oczekuje ratunku!

Pauza.

— Więc jestem w niebezpieczeństwie?

— Nawet tego pan nie zauważył?

Kolejna pauza.

— Przed kim mnie ostrzegasz?

— Przed Pae, w pierwszym rzędzie.

— Ach, Pae. — Szevek oparł się rękami o ozdobny, inkrustowany złotem kominek. — To zupełnie niezły fizyk. Jest przy tym bardzo usłużny. Lecz ja mu nie ufam.

— Dlaczego?

— No cóż… Wyślizguje się.

— Słusznie. Przenikliwa psychologicznie ocena. Tylko że Pae, Szevek, nie zagraża panu dlatego, że jest osobiście śliski. Stanowi dla pana zagrożenie, gdyż jest lojalnym, ambitnym agentem ajońskiego rządu. Regularnie donosi na pana, a także na mnie, do Departamentu Bezpieczeństwa Narodowego — tajnej policji. Daleki jestem od tego, by pana nie doceniać, uchowaj Boże, ale czy nie widzi pan, że pański zwyczaj traktowania każdego jak osoby, jednostki jest tu nie na miejscu, chybia. Musi pan dostrzegać siły, kryjące się za indywiduami.

Gdy to mówił, Szevek, dotąd rozluźniony, stężał; stał teraz, podobnie jak tamten, sztywno wyprostowany, wpatrzony w ogień.

Powiedział:

— Skąd wiesz to o Pae?

— Stąd, skąd wiem, że w pańskim pokoju, podobnie jak w moim, znajduje się ukryty mikrofon. Bo jest moim zawodem wiedzieć to.

— Czy i ty jesteś agentem swojego rządu?

Twarz Chifoiliska zamknęła się; nagle odwrócił się w stronę Szeveka i wycedził cicho, ze złością:

— A jestem, naturalnie, że jestem. Gdybym nie był, nie byłoby mnie tutaj. Wszyscy o tym wiedzą. Mój rząd wysyła za granicę jedynie tych, którym może ufać… A mnie ufać może! Bo ja nie zostałem kupiony jak ci wszyscy przeklęci, nadziani ajońscy krętacze. Ja wierzę w mój rząd, w mój kraj. Pokładam w nich wiarę — wyrzucił z siebie te słowa z jakimś udręczonym przymusem. — Szevek, pan się powinien baczniej wokół siebie rozejrzeć! Jest pan jak dziecko pośród złodziei. Są dla pana dobrzy, dają panu piękny pokój, zapewniają wykłady, studentów, pieniądze, obwożą po zamkach, wożą do pokazowych fabryk, na wycieczki do ładnych wiosek. Samo najlepsze. Wszystko takie śliczne, piękne! Ale dlaczego? Dlaczego sprowadzili tu pana z Księżyca, wychwalają pana, drukują panu książki, czemu moszczą panu ciepłe gniazdka w salach wykładowych, w laboratoriach i bibliotekach? Czy sądzi pan, że czynią tak z bezinteresownej miłości do nauki, z miłości braterskiej? To jest gospodarka nastawiona na zysk, Szevek!

— Wiem o tym. Przyjechałem się z nią potargować.

— Potargować… Co za co?

Na twarzy Szeveka pojawił się ten sam zimny, chmurny wyraz, z jakim opuszczał twierdzę w Drio.

— Ty wiesz, czego ja chcę, Chifoilisk. Chcę, by mój naród powrócił z wygnania. Przyjechałem tutaj, ponieważ nie sądzę, byście i wy w Thu tego pragnęli. Wy się nas boicie. Boicie się, że moglibyśmy przywlec do was z powrotem rewolucję, tę dawną, prawdziwą, walczącą o sprawiedliwość, tę, którą rozpoczęliście, a potem porzuciliście w pół drogi. Tu, w A-Io, mniej się mnie boją, bo już o rewolucji zapomnieli. Już w nią nie wierzą, wydaje im się, że jeśli ludzie będą mogli posiadać dostateczną ilość rzeczy, przystaną na życie w więzieniu. Ale ja w to nigdy nie uwierzę. Chcę zburzyć mury. Chcę solidarności, ludzkiej solidarności. Chcę swobodnej wymiany między Urras i Anarres. Pracowałem na to ze wszystkich sił na Anarres, teraz pracuję na to jak mogę na Urras.

Tam działałem, tu kupczę.

— Czym?

— Och, ty to wiesz, Chifoilisk — ściszonym głosem odparł nieśmiało Szevek. — Wiesz, czego oni ode mnie chcą.

— Tak, wiem, nie wiedziałem tylko, że i pan to wie — równie cicho odrzekł Thuwiaóczyk; jego chrapliwy głos zniżył się do jeszcze chrapliwszego szmeru, złożonego jedynie z oddechu i głosek szczelinowych. — A więc pan nią dysponuje — ogólną teorią czasu?

Szevek spojrzał na niego, nie bez cienia ironii.

Chifoilisk nalegał: — Czy ona istnieje na piśmie?

Szevek przyglądał mu się jeszcze przez chwilę, po czym zaprzeczył krótko:

— Nie.

— To dobrze!

— Dlaczego?

— Bo gdyby tak było, oni już by ją mieli.

— Co masz na myśli?

— Właśnie to. Niech pan posłucha, czy to nie Odo powiedziała, że tam, gdzie jest własność, jest i kradzież?

— Żeby stworzyć złodzieja, uczyń właściciela; żeby spłodzić zbrodnię, ułóż prawa. Organizm społeczny.

— Niech i tak będzie. Jeśli w zamkniętym pokoju znajdują się dokumenty, znajdą się i ludzie z kluczami do niego!

Szevek wzdrygnął się.

— Tak — przyznał po chwili — to bardzo nieprzyjemne.

— Dla pana. Nie dla mnie. Ja nie mam, widzi pan, pańskich indywidualistycznych skrupułów moralnych. Wiedziałem, że nie ma pan teorii na piśmie. Gdybym sądził inaczej, uczyniłbym wszystko, żeby ją od pana wydostać — drogą perswazji, kradzieży, wreszcie siłą, gdybym uznał, że możemy pana uprowadzić, nie wywołując tym wojny z A-Io. Chwyciłbym się każdego sposobu, byle wyrwać ją tym spasionym ajońskim burżujom i złożyć w ręce Centralnego Prezydium mojego kraju. Najszczytniejszą bowiem sprawą, jakiej mógłbym służyć, jest siła i pomyślność mej ojczyzny.

1 ... 30 31 32 33 34 35 36 37 38 ... 95
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)