Panowie i damy [Lords and Ladies - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7469-354-7
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Panowie i damy [Lords and Ladies - pl]». Краткое содержание книги:
Kręgi zbożowe otwierają się wszędzie, nawet na hodowli rzeżuchy Pewseya Ogga, lat cztery.
A Magrat Garlick, czarownica, rankiem ma wyjść za mąż…
Wszystko powinno być jak we śnie.
Ale Lancrański Zespół Tańca Morris upija się przy magicznych kamieniach i elfy wracają, przynosząc ze sobą wszystko to, co tradycyjnie łączy się z ich czarowną, migotliwą krainą: okrucieństwo, porwania, złośliwość i złość, straszne morderstwa. Babcia Weatherwax i jej mały, kłótliwy sabat ma tym razem pełne ręce roboty...
Pełna obsada drugoplanowa: krasnoludy, magowie, trolle, tancerze morrisa oraz jeden orangutan. Mnóstwo trali-dida-nonny-nonny i wszędzie pełno krwi.
Shawn rozejrzał się uważnie.
— Rzeczywiście, proszę pana — zgodził się. — My też je tak nazywamy.
Nagle usłyszeli tupot stóp kogoś biegnącego co tchu, potem nastąpił moment ciszy i zza rogu wynurzył się król Verence II. Szedł powoli i z godnością, a twarz miał bardzo zaczerwienioną.
— Daje tutejszym ten zdrowy rumieniec — stwierdził wesoło Ridcully.
— To król! — syknął Shawn. — A ja nie wziąłem trąbki!
— Ehem… — odezwał się Verence. — Poczta już dotarła, Shawn?
— Tak jest, sire — odparł Shawn, zakłopotany prawie tak samo jak król. — Mam ją tutaj. Proszę się nie martwić. Otworzę przesyłki i wasza wysokość za chwilę znajdzie je na swoim biurku.
— Hm…
— Coś się stało, sire?
— Hm… Myślę, że może… Shawn rozrywał już opakowania.
— Tu jest książka o etykiecie, na którą wasza wysokość czekał, ta o hodowli świń, a ta… Co to może być?
Verence spróbował wyrwać paczkę, Shawn odruchowo ją przytrzymał, papier pękł i gruby tom opadł na bruk. Wiatr przewracał stronice, ukazując ryciny.
Spojrzeli w dół.
— Łaa… — powiedział Shawn.
— Niech mnie licho — dodał Ridcully.
— Ehem… — wtrącił król.
— Uuk?
Shawn bardzo, ale to bardzo ostrożnie podniósł książkę i przerzucił kilka stron.
— Hej, popatrzcie tutaj! On to robi stopami! Nie miałem pojęcia, że tak można. — Szturchnął Myślaka Stibbonsa. — Niech pan zobaczy.
Ridcully zerknął na króla.
— Dobrze się pan czuje, wasza królewska mość? Verence przestępował z nogi na nogę.
— Em…
— A tutaj, spójrzcie, jest taki, że obaj robią to kijami…
— Co? — zdziwił się Verence.
— Ojej… — westchnął Shawn. — Dziękuję waszej wysokości. Naprawdę mi się przyda. Znaczy, nauczyłem się paru rzeczy tu i tam, ale… Verence wyrwał mu książkę i zajrzał na stronę tytułową.
— Sztuka militarna! Militarna? Jestem pewien, że zamawiałem Sztukę miło…
— Wasza wysokość?
Przez jedną krótką chwilę Verence walczył o odzyskanie równowagi psychicznej. Zwyciężył.
— A tak. Rzeczywiście. Uhm. No cóż, ma się rozumieć… Widzicie, panowie, dobrze przeszkolona armia jest… jest kluczowa dla bezpieczeństwa państwa. Otóż to. Świetnie. Magrat i ja uznaliśmy… Tak. To dla ciebie, Shawn.
— Natychmiast zaczynam ćwiczyć, sire.
— To dobrze. Hm.
Jason Ogg przebudził się i natychmiast tego pożałował. Postawmy sprawę jasno. Wielu próbowało opisać uczucie kaca. W tym celu często wykorzystywany jest motyw tańczących słoni i podobne elementy. Jednak takie opisy nigdy nie skutkują. Zawsze trącą jakimś ho, ho, posłuchajcie tylko, chłopcy, ho, ho, prawdziwy kacowy macho, ho, ho, gospodarzu, jeszcze dziewiętnaście kufli piwa, wiecie chłopaki, wczoraj przyrządziliśmy taką mieszankę, że ho, ho…
W każdym razie nie da się opisać kaca po jabłkowniku. Najlepszy fragment to uczucie, że zęby rozpuściły się i rozsmarowały po języku.
Po długiej chwili kowal usiadł i otworzył oczy[22].
Ubranie miał mokre od rosy, a głowę pełną smug cienia i szeptów.
Popatrzył na kamienie.
Dojrzał dzban po jabłkowniku leżący wśród wrzosów. Po chwili sięgnął po niego i potrząsnął na próbę. Dzban był pusty.
Jason butem trącił Woźnicę w żebra.
— Zbudź się, ofermo. Leżeliśmy tu całą noc. Jeden po drugim tancerze morrisa dokonywali krótkiej, ale bolesnej podróży do świadomości.
— Jak dziś wrócę do domu, oberwę kijem od naszej Evy — jęknął Woźnica.
— Może nie — pocieszył go Dekarz, który na czworakach szukał swojego kapelusza. — Może kiedy trafisz do domu, okaże się, że wyszła za kogoś innego.
— Może minęło już sto lat — westchnął z nadzieją Woźnica.
— Niech to licho; mam nadzieję, że tak. — Tkacz rozpromienił się nagle. — Zainwestowałem siedem pennów w Banku Oszczędnościowym w Ohulan. Zostanę milionerem na procencie skomplikowanym. Będę bogaty jak Kreozot.
— Co to za Kreozot? — zdziwił się Dekarz.
— Sławny bogaty gnojek — wyjaśnił Piekarz, wyławiając z kałuży swój but. — Zagraniczny.
— Czy to nie ten, co to zmieniał w złoto wszystko, czego się dotknął? — zapytał Woźnica.
— Nie, tamten to ktoś inny. Jakiś król czy ktoś taki. Takie rzeczy przytrafiają się w obcych stronach. W jednej chwili jesteś zdrów jak rydz, w następnej wszystko, czego dotkniesz, zmienia się w złoto. Jego to wręcz prześladowało.
Woźnica zdziwił się bardzo.
— Jak sobie radził, kiedy musiał…
— Niech to będzie dla ciebie lekcją, młody Woźnico — rzekł Piekarz. — Zostań tutaj, gdzie ludzie są rozsądni, a nie włócz się po zagranicach, gdzie nagle może wpaść ci w ręce wielka fortuna i nie będziesz miał jej na co wydać.
— Przespaliśmy tu całą noc — przypomniał niepewnie Jason. — To niebezpieczne, nie ma co.
— Szczera prawda, Ogg — przyznał Woźnica. — Mam wrażenie, że coś poszło do toalety w moim uchu.
— Mówiłem o tym, że dziwne rzeczy mogą przyjść człowiekowi do głowy.
— Właśnie o to mi chodzi.
Jason zamrugał. Był pewien, że śnił. Pamiętał sny. Nie pamiętał tylko, o czym były. Ale wciąż pozostało wrażenie głosów przemawiających mu w głowie, zbyt odległych, by je zrozumieć.
— Co tam — mruknął, wstając przy trzeciej próbie. — Pewnie nic złego się nie stało. Wracajmy do domu, sprawdzimy, które mamy stulecie.
— A właściwie które mamy stulecie? — zapytał Dekarz.
— Wiek Nietoperza, tak? — upewnił się Piekarz.
— Może już nie — mruknął Woźnica z nadzieją.
Okazało się, że istotnie trwa Wiek Nietoperza. W Lancre rzadko przydawały się jednostki czasu krótsze niż godzina albo dłuższe niż rok, ale ludzie wieszali wokół rynku sznury chorągiewek, a spora grupa wznosiła słup. Ktoś przybijał bardzo marnie odmalowane podobizny Verence’a i Magrat z podpisem: „Nieh Bogowie Bogosławią Ich Wysokości”.
Nie zamieniając ani słowa więcej, tancerze morrisa rozdzielili się i podążyli swoimi drogami.
Zając kicał wśród porannej mgły, aż dotarł do chwiejnej starej chatki na łące między drzewami. Stanął przy pieńku między wygódką a Ziołami. Większość leśnych zwierząt unikała Ziół, bo zwierzęta, które w ostatnich pięćdziesięciu latach nie unikały Ziół, przejawiały skłonność do nieposiadania potomstwa. Kilka kosmyków mgły falowało na wietrze, co mogło dziwić, ponieważ nie było żadnego wiatru.
Zając usiadł na pniu.
Wtedy nastąpiło wrażenie ruchu. Coś opuściło zająca i popłynęło w powietrzu w kierunku okna na piętrze. Było niewidzialne, przynajmniej dla normalnego wzroku.
Zając się zmienił. Do tej pory poruszał się celowo. Teraz zeskoczył z pieńka i zaczął czyścić sobie uszy.
Po chwili otworzyły się drzwi kuchenne i sztywnym krokiem wyszła babcia Weatherwax, niosąc misę mleka z rozmoczonym chlebem. Postawiła ją na stopniu i wróciła, nie oglądając się nawet. Zamknęła za sobą drzwi.
Zając podbiegł bliżej.
Trudno powiedzieć, czy zwierzęta pojmują zobowiązania lub naturę transakcji. Ale to bez znaczenia. Zobowiązania wbudowane są w czarownictwo. Jeśli człowiek chce naprawdę zirytować czarownicę, powinien wyświadczyć jej przysługę, za którą nie można się odwdzięczyć. Niedopełnione zobowiązanie będzie ją dręczyć jak złamany paznokieć.
22
Jeśli czytelnik ma ochotę, może w to miejsce wstawić klasyczny opis: „rozżarzone do czerwoności grudy piasku”.