Raport “Pelikana” [The Pelican Brief-pl]
- Автор: Гришэм Джон
- Язык: польский
- Жанр: Другие детективы
Электронная книга - «Raport “Pelikana” [The Pelican Brief-pl]». Краткое содержание книги:
– Wybacz to, co powiem, Grantham, ale wcale nie jesteś taki znany, jak ci się wydaje. Widzisz te mordy przy barze? – Przy kontuarze tłoczyli się robotnicy budowlani. – Założę się o moją pensję, że żaden z nich ani razu nie czytał “Washington Post”, nie słyszał o Grayu Granthamie i nie dba o to, co dzieje się w Białym Domu.
– Dobra, w porządku. Gdzie sierżant?
– Nie czuje się dobrze. Kazał mi coś przekazać.
Kiepsko. Tylko sierżanta Gray mógł wykorzystywać jako anonimowe źródło informacji. Z etycznego punktu widzenia syn informatora czy ktokolwiek inny, z którym ten rozmawiał, nie nadawał się.
– Co mu jest?
– Starość. Nie mógł dzisiaj przyjść, ale to, co ma, jest pilne… Tak powiedział.
Grantham słuchał i czekał.
– W samochodzie leży zaklejona koperta. Ojciec kazał mi przysiąc, że nie otworzę jej pod żadnym pozorem. Powiedział: “Oddaj ją panu Granthamowi. Sprawa nie cierpiąca zwłoki”.
– Chodźmy.
Przepchnęli się do drzwi. Wóz patrolowy stał nieprzepisowo na krawężniku. Cleve otworzył drzwi od strony pasażera i wyjął kopertę ze skrytki.
– Znalazł to w zachodnim skrzydle.
Grantham wsunął kopertę do kieszeni. Był to pierwszy dokument, jaki sierżant gwizdnął z Białego Domu od początku znajomości z dziennikarzem.
– Dzięki, Cleve.
– Nie zdradził mi, co to jest… Powiedział, że przeczytam o tym w gazecie.
– Powiedz mu, że go kocham.
– Lepiej nie, bo dostanie dreszczy.
Wóz patrolowy odjechał, a Grantham wsiadł pośpiesznie do volvo, w którym cuchnęło marihuaną. Zamknął drzwi, zapalił lampkę i rozdarł kopertę. Dokument z nagłówkiem “Do użytku wewnętrznego” dotyczył mordercy o nazwisku Khamel.
Pędził przez miasto. Wyjechał z Brightwood na Szesnastą i skręcił na południe, do centrum. Dochodziło wpół do ósmej i jeśli uda mu się poskładać wszystko do kupy przez godzinę, wiadomość znajdzie się w ostatnim wieczornym wydaniu – największym z sześciu ukazujących się każdego dnia. Maszyny ruszały o wpół do jedenastej. Dziękował Bogu, że miał ten cholerny telefonik w aucie. Wstydził się, kiedy go kupował, ale teraz mógł zadzwonić do Smitha Keena – sekretarza redakcji w dziale krajowym – który wciąż tkwił w sali agencyjnej na czwartym piętrze. Zadzwonił też do działu zagranicznego i poprosił pracującego tam przyjaciela o wyciągnięcie z archiwum dossier Khamela.
Grantham miał sporo wątpliwości co do autentyczności dokumentu. Memorandum dotyczyło zbyt istotnych spraw, żeby je kolportować na drukach wewnętrznych, niczym ostatnie zarządzenia w sprawie kawy, wody mineralnej czy urlopów. Komuś jednak zależało na tym, aby świat dowiedział się o Khamelu. Jakiś szaleniec z Białego Domu wymarzył sobie jego zdjęcie na pierwszej stronie gazet.
Razem z Keenem skończyli pisać artykuł o dziewiątej. Wyszperali dwa stare zdjęcia, na których podobno był Khamel. Podobno – bo facet na fotografiach wyglądał jak dwaj różni ludzie. Keen kazał drukować obydwa. Dossier płatnego mordercy nie wyglądało imponująco. Khamel był Arabem i współpracował nieoficjalnie z rządami Libii, Iraku i Iranu, nie mówiąc o mniej znanych krajach. Większość materiałów opierała się jednak na pogłoskach i domniemaniach. Grantham wspomniał w artykule o zamachach na papieża, brytyjskiego dyplomatę i niemieckiego bankiera. Dorzucił opis zasadzki na izraelskich żołnierzy. Najważniejsze było jednak to, że wedle poufnego źródła – bardzo odpowiedzialnego i godnego zaufania – w Białym Domu podejrzewano Khamela o zabicie sędziów Rosenberga i Jensena.
Upłynęła doba, odkąd znalazła się na ulicy, i wciąż żyła! Jeśli przetrwa do rana, zacznie dzień z nowymi pomysłami na to, co robić i dokąd pójść. Teraz była zmęczona. Siedziała w pokoju na czternastym piętrze Marriotta. Zaryglowała drzwi na wszystkie zamki i zapaliła światła. Na łóżku ulokowała strategicznie duży pojemnik z gazem. W garderobie leżały w papierowej torbie jej gęste, kasztanowe włosy. Ostatni raz strzygła się sama, gdy miała trzy lata, za co mama przetrzepała jej skórę.
Męczyła się dwie godziny, zanim tępymi nożyczkami obcięła włosy i nadała fryzurze stylowy wygląd. Zresztą i tak będzie chodzić w czapce lub w kapeluszu. Przez następne dwie godziny farbowała włosy na czarno. W zasadzie mogła je utlenić i zostać blondynką, ale pomysł ten wydał się jej zbyt oczywisty. Zakładała, że ma do czynienia z zawodowcami, a w jej przekonaniu zawodowcy szukają blondynek. A zresztą co za różnica! Clairol produkował osiemdziesiąt pięć odcieni farb. Będzie zmieniać kolor włosów codziennie, aż tamci zgłupieją do reszty. Nazywa się to chyba “strategia kameleona”.
Była śmiertelnie zmęczona, ale bała się usnąć. Nie spotkała po raz drugi mężczyzny z Sheratona, ale wiedziała, że facet jest gdzieś niedaleko. W dodatku nie sam. Skoro udało im się zamordować Rosenberga z Jensenem i wysadzić w powietrze Callahana, to cóż dla nich znaczy sprzątnąć studentkę prawa?
Nie miała zamiaru zbliżać się do swojej hondy i nie mogła wypożyczyć auta. W wypożyczalniach spisują dane. A tamci tylko na to czekają. Samoloty też nie wchodziły w rachubę, bo prześladowcy obserwują także lotniska. Autobus? Tak, to było jakieś wyjście.
W chwili gdy zdali sobie sprawę, że uszła z życiem, na pewno rozpoczęli poszukiwania. Chcą ją zaszczuć jak dzikie zwierzę, bo w końcu kim ona była…? Przestraszoną dziewczynką z college’u, której pękło serce po rozerwaniu na strzępy i usmażeniu resztek kochanego przez nią mężczyzny. Wpadnie w panikę, będzie próbowała uciec z miasta, a wtedy ją dopadną, prędzej czy później.
Dlatego na razie wolała tu zostać. W mieście były tysiące pokoi hotelowych, miliony zaułków, spelunek i barów. Po Bourbon, Chartres, Dauphine i Royale zawsze przetaczały się tłumy. Dobrze znała Nowy Orlean, szczególnie Dzielnicę Francuską, gdzie można było spokojnie przeżyć życie nie wytykając nosa poza swój kwartał. Kilka dni musi przemieszkać w hotelach. Pozostawało pytanie: jak długo? Tego niestety nie potrafiła przewidzieć. I nie wiedziała też, dlaczego tak jest bezpieczniej. W tych okolicznościach częste zmiany miejsca wydały się jej po prostu czymś rozsądnym. Rankami będzie się trzymała z daleka od ulic. Może wtedy spać. Nie wolno jej zapomnieć o zmianie ubrań, nakryć głowy i okularów. Będzie przenosić się, dopóki starczy jej sił, potem może wyjedzie. Strach nie był niczym złym. Kazał jej myśleć. I tylko dzięki temu przetrwa.
Zastanawiała się, czy nie zgłosić się na policję, ale uznała, że jest na to za wcześnie. Policjanci spisują dane i sporządzają raporty, a to może być niebezpieczne. Rozważała, czy nie zadzwonić do brata Thomasa do Mobile, ale czy ten biedak mógłby jej pomóc? Pomyślała o dziekanie, ale jak wyjaśni mu swój związek z Callahanem, raport, znajomość z Verheekiem, FBI, zamach bombowy, śmierć Rosenberga i Jensena? Nie, dziekan odpada. Poza tym nie lubiła go. A może zadzwonić do przyjaciół z wydziału? Ale czy można na nich polegać? Za dużo paplają, a tamci na pewno liczą na to, że ktoś szepnie im słówko o dziewczynie nieszczęsnego Callahana. Mimo to chciała porozmawiać z Alice Stark, swoją najlepszą przyjaciółką. Alice na pewno bardzo się martwi i kto wie, czy nie zgłosiła na policji zaginięcia Darby Shaw. Tak, jutro zadzwoni do Alice.
Wykręciła numer recepcji i zamówiła meksykańską sałatkę i butelkę czerwonego wina. Wypije wszystko, a potem usiądzie w fotelu trzymając w ręku pojemnik z gazem i będzie pilnować drzwi. Dopóki nie uśnie.
ROZDZIAŁ 18
Limuzyna zawróciła z piskiem opon na Canal, łamiąc przepisy ruchu drogowego, i zatrzymała się gwałtownie przed Sheratonem. Odskoczyły mocno popchnięte tylne drzwi i z samochodu wyskoczył Gminski, a za nim trzech doradców z teczkami i aktówkami.