Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]
- Автор: Буджолд Лоис Макмастер
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 3-7337-142-7
- Переводчик: Lukasz Praski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]». Краткое содержание книги:
Przynajmniej udało ci się uwolnić klony.
Nie, to Miles uwolnił klony.
Niech to szlag, niech to…
Niemal całkowita katastrofa w niczym nie przypominała wspaniałego aktu odkupienia, o jakim marzył. Jakich jednak następstw mógł się spodziewać? Knując rozpaczliwą intrygę, w ogóle nie uwzględnił w swoich planach tego, co się z nim stanie po powrocie „Ariela” na Escobar. Miał wrócić uśmiechnięty, tuląc pod skrzydłem klony. Wyobrażał sobie spotkanie z rozwścieczonym Milesem, lecz wówczas byłoby już za późno; Naismith nie mógłby go powstrzymać ani przypisać zwycięstwa sobie. On zapewne zostałby aresztowany, ale w ogóle by się tym nie przejął. Czego właściwie chciał?
Uwolnić się od poczucia winy kogoś, kto jako jedyny ocalał z rzezi? Zdjąć z siebie dawną klątwę? Wszyscy, których wtedy znałeś, nie żyją… Sądził, że kierował się właśnie tym motywem, jeżeli w ogóle się nad tym zastanawiał. Może to wcale nie takie proste. Chciał się od czegoś uwolnić… W ciągu minionych dwóch lat z rąk Ser Galena i Komarrczyków uwolnił go Miles Vorkosigan, który potem uwolnił go ponownie na ulicy Londynu o świcie. Nie znalazł jednak szczęścia, o jakim marzył podczas niewoli u terrorystów. Miles zdołał zerwać tylko fizyczne łańcuchy, które go krępowały; inne, niewidzialne, ściskały go tak mocno, że dawno już obrosły ciałem.
Co sobie wyobrażałeś? Że jeśli wykażesz takie bohaterstwo jak Miles, będą cię musieli traktować tak samo jak Milesa? Że będą cię musieli pokochać?
A w ogóle co za oni? Dendarianie? Sam Miles? Czy może tamte groźne i fascynujące cienie czające się za Milesem, książę i księżna Vorkosigan?
Na temat rodziców Milesa miał dość mgliste pojęcie. Niezrównoważony Ser Galen, uważając ich za znienawidzonych wrogów, przedstawił oboje jako parę złoczyńców — Rzeźnik Komarru i jego żona-sekutnica. Równocześnie jednak kazał Markowi uczyć się o nich z nieocenzurowanych materiałów, czytać ich zapiski, słuchać publicznych wystąpień, oglądać prywatne zapisy holowidowe. Niezaprzeczalnie rodzice Milesa byli ludźmi skomplikowanymi — daleko im było do świętych, mimo to na pewno nie przypominali postaci, o jakich w swych paranoicznych urojeniach mówił Galen: wściekłego, krwiożerczego sadysty i dyszącej żądzą mordu dziwki. Z holowidów wyłaniał się wizerunek księcia Arala Vorkosigana jako krępego mężczyzny o wyjątkowo skupionym spojrzeniu, dość grubych rysach oraz głębokim i opanowanym, nieco chrypliwym głosie. Księżna Vorkosigan odzywała się rzadziej niż mąż; była wysoka, miała przetykane siwizną kasztanowe włosy i wyraziste szare oczy. Zbyt wpływowa, aby mówić o niej „ładna”, a jednak na tyle opanowana i przyciągająca uwagę otoczenia, że wydawała się piękna, choć ściśle rzecz biorąc — nie była zbyt urodziwa.
A teraz Bothari-Jesek zagroziła mu, że go do nich zabierze…
Usiadł i włączył światło. Dokonawszy szybkich oględzin kabiny, stwierdził, że nie ma tu nic, co mogłoby mu posłużyć do popełnienia samobójstwa. Żadnej broni ani noży; Dendarianie rozbroili go po wejściu na pokład. Nie było o co zahaczyć sznura albo pasa. Ugotowanie się na śmierć pod prysznicem nie wchodziło w grę, ponieważ czujnik bezpieczeństwa automatycznie wyłączał dopływ gorąca, gdy temperatura przekraczała fizjologiczną tolerancję organizmu. Wrócił do łóżka.
W myślach przesuwał mu się w zwolnionym tempie film z niskim człowieczkiem w roli głównej. Człowieczek krzyczał, a potem jego pierś eksplodowała karminowym deszczem. Zorientował się ze zdumieniem, że płacze. Szok, to pewnie szok, o którym mówiła BothariJesek. Nienawidziłem gnojka, kiedy żył, dlaczego więc płaczę? To absurd. Może powoli odchodził od zmysłów.
Po dwóch bezsennych nocach był zupełnie odrętwiały, jednak nie mógł spać. Co jakiś czas zapadał tylko w drzemkę, balansując na granicy snu, dręczony świeżymi wspomnieniami. Miał dziwne halucynacje, jakby płynął rzeką krwi na gumowej tratwie, z której gorączkowo wybierał czerwoną ciecz zalewającą pokład. Kiedy więc po zaledwie godzinnym odpoczynku przyszła po niego Quinn, poczuł prawdziwą ulgę.
ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY
— Cokolwiek zamierzasz robić — powiedział komandor Thorne — nie wspominaj o betańskiej kuracji odmładzającej.
Mark zmarszczył brwi.
— O jakiej betańskiej kuracji odmładzającej? Istnieje taka?
— Nie.
— To dlaczego mam o niej nie wspominać?
— Nieważne, po prostu nie wspominaj.
Mark zgrzytnął zębami, obrócił się z krzesłem do płyty holowidu i wcisnął klawisz, by obniżyć wysokość siedzenia do pozycji, w której mógł postawić stopy płasko na podłodze. Miał na sobie kompletny szary mundur Naismitha. Quinn ubrała go tak, jak gdyby był lalką albo niedorozwiniętym dzieckiem. Później Bothari-Jesek i Thorne przystąpili do wypełniania jego głowy masą niejednokrotnie wzajemnie sprzecznych instrukcji, jak ma grać Milesa podczas mającej się niebawem odbyć rozmowy. Jakbym sam nie wiedział. Troje komandorów siedziało teraz poza zasięgiem oka holowidu w kabinie dowodzenia „Peregrine’a”, gotowych w każdej chwili podpowiadać mu przez ukrytą w uchu mikrosłuchawkę. A jemu wydawało się, że to Galen jest mistrzem w manipulowaniu ludźmi jak marionetkami. Swędziało go ucho i co chwila poprawiał słuchawkę, narażając się na groźne spojrzenie Bothari-Jesek. Quinn nie spuszczała go z oka.
Quinn w ogóle nie miała chwili wytchnienia. Nadal była ubrana w przesiąknięty krwią mundur. Po nieoczekiwanym przejęciu dowództwa w tej nieszczęsnej misji nie miała czasu na odpoczynek. Thorne zdążył się umyć i przebrać w czysty mundur, ale widać było, że nie zmrużył oka. Twarze ich obojga wyróżniały się chorobliwą bladością. Quinn zmusiła wcześniej Marka do zażycia środka pobudzającego, ponieważ gdy go ubierała, zauważyła, że jest nieprzytomny i mówi zbyt niewyraźnie jak na jej gust. Nie podobało mu się działanie środka. Umysł i wzrok wyostrzyły się aż nadto, lecz ciało miał obolałe. Zbyt wyraźnie widział wszystkie linie i płaszczyzny w kabinie. Dźwięki i głosy wdzierały mu się boleśnie w uszy, brzmiąc jednocześnie ostro i niezrozumiale. Zorientował się, że Quinn też wzięła to paskudztwo, bo skrzywiła się na dźwięk wysokiego elektronicznego pisku, jaki dobył się z konsoli.
— (Dobra, wchodzisz) — powiedziała przez słuchawkę Quinn, kiedy talerz holowidu zaczął iskrzyć. Nareszcie wszyscy się zamknęli.
Po chwili zmaterializował się baron Fell, który także spojrzał na niego spod zmarszczonych drzwi. Georish Stauber, baron Fell z Domu Fell, był dość niezwykłą postacią wśród władców Wielkich Domów jacksońskich, ponieważ nosił swe oryginalne ciało. Ciało starca. Baron był korpulentny, miał różową twarz oraz błyszczącą skórę głowy pokrytą plamami wątrobianymi i okoloną krótkimi siwymi włosami. W jedwabnej tunice, która miała barwę jego Domu — zieloną — wyglądał jak elf z niedoczynnością tarczycy. Jednak w jego zimnych i przenikliwych oczach nie było nic elfiego. Mark powtórzył sobie, że Miles nie lękał się potęgi jacksońskich baronów. Miles nie lękał się zresztą żadnej potęgi, za którą nie stała siła co najmniej trzech planet. Jego ojciec, Rzeźnik Komarru, mógłby zjeść Wielkie Domy Jacksona na śniadanie.