Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]
- Автор: Буджолд Лоис Макмастер
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 3-7337-142-7
- Переводчик: Lukasz Praski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]». Краткое содержание книги:
Pierwsza przemówiła komandor Bothari-Jesek.
— Zwołaliśmy tę nagłą naradę, aby jak najszybciej odpowiedzieć na dwa pytania. Co, u diabła, się stało i co mamy dalej począć? Dostaniemy w końcu te rejestratory z hełmów?
— Tak jest — odrzekł sierżant Framingham. — Kapral Abromow zaraz je przyniesie.
— Niestety brakuje nam najwłaściwszego — odezwała się Quinn. — Zgadza się, Framingham?
— Obawiam się, że tak. Przypuszczam, że wbił się w jakąś ścianą gdzieś u Bharaputry razem z tym, co zostało z hełmu Norwooda. Cholerne granaty.
— Niech to szlag. — Quinn zgarbiła się na krześle.
Drzwi sali odpraw rozsunęły się i do środka truchtem wbiegł kapral Abromow. Trzymał cztery małe plastikowe tacki ułożone jedna na drugiej i opatrzone etykietami „Oddział Zielonych”, „Oddział Żółtych”, „Oddział Pomarańczowych” i „Oddział Niebieskich”. Na każdej z nich spoczywał rządek od dziesięciu do szesnastu malutkich guzików. Rejestratory hełmów. Zapis wszystkiego, co każdy z żołnierzy przeżył przez ostatnich kilka godzin, każdego ruchu, każdego uderzenia serca, każdego obrazu ze skanera, każdego strzału, trafienia i komunikatu. Wydarzenia, które w rzeczywistym czasie trwały za krótko, by człowiek zdołał pojąć, co się dzieje, można było zwolnić, przeanalizować, wywrócić na lewą stronę, znaleźć błędy i nie dopuścić do ich powtórzenia następnym razem.
Abromow zasalutował i wręczył tace komandor Bothari-Jesek, która podziękowawszy, odprawiła go i podała tace komandor Quinn. Ona z kolei wsunęła je do szczeliny symulatora i załadowała dane. Zakodowała plik jako ściśle tajny. Jej palce z poobgryzanymi do krwi paznokciami migały nad panelem holowidu.
Nad stołem wyrosła znajoma już trójwymiarowa mapa kompleksu medycznego Bharaputry.
— Przeskoczę do momentu, kiedy zostaliśmy zaatakowani w tunelu — powiedziała Quinn. — Proszę, jesteśmy w komplecie: Oddział Niebieskich, część Zielonych… — W głębi szkieletu budynku ukazały się przypominające spaghetti zielone i niebieskie świetliste linie. — Tonkin był Niebieskim numer sześć i cały czas miał na głowie hełm. — Dla lepszej czytelności oznaczyła drogę Tonkina na żółto. — Norwood nadal miał hełm Niebieskich numer dziesięć. Mark… — ściągnęła usta — miał hełm numer jeden. — Oczywiście, rzucało się w oczy, że tej linii brakuje. Zmieniła kolor drogi Norwooda na różowy. — Mark, kiedy dokładnie zamieniłeś się hełmami z Norwoodem? — Zadając mu pytanie, nie patrzyła na niego.
Proszę, puśćcie mnie. Był pewien, że jest chory, bo wciąż trząsł się na całym ciele. Jakiś mięsień na karku zaczął mu spazmatycznie drgać, a pod spodem miarowo pulsował ból.
— Zeszliśmy tą rurą windową. — Zdołał z siebie wydobyć zaledwie ochrypły szept. — Kiedy… kiedy potem pojawia się hełm numer dziesięć, to już ja. Norwood i Tonkin poszli razem i tu widziałem ich po raz ostatni.
Istotnie, różowa linia schodziła w dół rury windowej, a potem podążała śladem wielu niebieskich i zielonych. Żółta biegła samotnie.
Quinn przewinęła zapis rozmów. Przyspieszony baryton Tonkina zabrzmiał jak bzyk owada na amfetaminie.
— Ostatni raz rozmawiałam z nimi, gdy byli tutaj. — Quinn zaznaczyła miejsce świetlną kropką, był to korytarz wewnętrzny w głębi następnego budynku. Zamilkła, przyglądając się żółtemu wężowi. Pełzł w dół rury windowej, potem pod budynkiem, w górę i przecinał jeszcze jeden.
— To tu — odezwał się nagle Framingham. — Na tym piętrze utknęli. Tu złapaliśmy z nimi kontakt.
Quinn zaznaczyła miejsce następną kropką.
— Wobec tego kriokomora musi być niedaleko trasy między tym a tym punktem. — Wskazała dwie kropki. — Musi. — Patrzyła spod przymrużonych powiek. — Dwa budynki. Przypuszczam, że dwa i pół. Ale w komunikatach głosowych Tonkina nie ma żadnej wskazówki. — Owadzi głos opisywał bharaputrańskich napastników i wzywał pomocy, ale nie wspominał o kriokomorze. Mark poczuł dławienie w gardle. Quinn, wyłącz go, błagam…
Program dobiegł do końca. Wszyscy zgromadzeni przy stole Dendarianie wpatrywali się weń w nadziei, że zobaczą coś jeszcze. Na tym jednak przekaz się skończył.
Rozsunęły się drzwi i wszedł komandor Thorne. Mark nigdy nie widział bardziej wyczerpanego człowieka. Thorne również był ubrany w brudny mundur polowy, ale zdążył zdjąć generator tarczy przeciwplazmowej. Zsunął szary kaptur, mokre brązowe włosy przylepiły mu się do czoła. W miejscu, gdzie kończyła się osłona kaptura, miał na twarzy obwódkę brudu, podobną w kształcie do czerwonej plamy oparzenia na twarzy Quinn — pozostałości po zmasowanym ogniu Bharaputran. Thorne poruszał się gwałtownie, jak gdyby siłą woli chciał pokonać znużenie bliskie omdleniu. Oparł się rękami o stół konferencyjny i zacisnął usta w wąską kreskę.
— Uda się wyciągnąć cokolwiek od Tonkina? — spytała go Quinn. — Komputer przekazał już wszystko. Nie sądzę, żeby to mogło wystarczyć.
— Sanitariusze ocucili go na krótko — poinformował ją Thorne. — Zaczął mówić. Miałem nadzieję, że w rejestratorach będzie coś, co nada sens jego słowom, ale…
— Co mówił?
— Że kiedy dotarli do tego budynku — Thorne wskazał na mapie — zostali odcięci. Jeszcze nie otoczeni, ale mieli odciętą drogę do wahadłowca, a wróg szybko zamykał pierścień. Tonkin powiedział, że Norwood krzyczał, że ma pomysł, że widział coś „tam z tyłu”. Kazał Tonkin owi rzucić granat dla odwrócenia uwagi nieprzyjaciela i pilnować jakiegoś korytarza — pewnie to ten tutaj. Norwood wziął kriokomorę i pobiegł tam, skąd przyszli. Wrócił parę minut później — nie więcej niż sześć, jak twierdzi Tonkin, i powiedział: „Już wszystko w porządku. Admirał się stąd wydostanie, nawet jeśli my nie”. Dwie minuty później zabił go granat, a Tonkin stracił przytomność od wybuchu.
Framingham skinął głową.
— Moi ludzie zjawili się tam niecałe trzy minuty później. Odegnali grupę Bharaputran, którzy obszukiwali ciała — kradli, szukali urządzeń wywiadowczych, albo i jedno, i drugie, kapral Abromow nie był pewien. Zabrali Tonkina i zwłoki Norwooda i uciekli. Nikt z oddziału nigdzie nie widział kriokomory.
Quinn w roztargnieniu gryzła resztkę paznokcia. Mark sądził, że w ogóle nie zdawała sobie z tego sprawy.
— To wszystko?
— Tonkin mówił, że Norwood się śmiał — dodał Thorne.
— Śmiał się. — Twarz Quinn wykrzywił grymas. — Cholera.
Komandor Bothari-Jesek siedziała zagłębiona w swoim krześle. Wszyscy obecni przy stole zdawali się przetrawiać usłyszaną przed chwilą wiadomość, wpatrując się w holomapę.
— Musiał wpaść na jakiś sprytny pomysł i go zrealizować — powiedziała komandor Bothari-Jesek. — Albo tylko mu się wydawało, że to sprytne.
— Miał zaledwie pięć minut. Jakim sprytem można się wykazać w pięć minut? — jęknęła Quinn. — Niech piekło pochłonie tego spryciarza za to, że o niczym nie zameldował.
— Na pewno zamierzał. — Bothari-Jesek westchnęła. — Nie sądzę, żeby najpilniejszym zajęciem było teraz poszukiwanie winnych. I tak jest mnóstwo do zrobienia.
Thorne skrzywił się, podobnie jak Framingham, Quinn i Taura. Wszyscy spojrzeli na Marka, który skulił się na swoim krześle.
— Minęły dopiero… — Quinn zerknęła na chronometr — niecałe dwie godziny. Cokolwiek Norwood zrobił, kriokomora na pewno wciąż tam jest. Musi być.
— Co więc mamy robić? — zapytał z ironią porucznik Kimura. — Urządzić następny desant?