Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]
- Автор: Буджолд Лоис Макмастер
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 3-7337-142-7
- Переводчик: Lukasz Praski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]». Краткое содержание книги:
— Ha — powiedziała Elena Bothari-Jesek odrobinę zdziwiona. — Zupełnie nieźle sobie poradziłeś.
Nie zareagował.
— Ciekawe — odezwał się Thorne — dlaczego Fell nie prosił o honorarium ani swoją działkę w transakcji?
— Zaryzykujemy i zaufamy mu? — spytała Bothari-Jesek.
— Może nie zaufamy. — Quinn przesunęła palcem po swych białych zębach, skubiąc paznokieć. — Ale potrzebujemy współpracy Fella, żeby opuścić stację skokową pięć. Za żadne pieniądze nie możemy go urazić. Sądziłam, że bardziej go ucieszy nasza akcja z Bharaputra, lecz sytuacja strategiczna chyba się zmieniła od naszej ostatniej wizyty, prawda, Bel?
Thorne westchnął, przytakując.
— Dowiedz się wszystkiego na temat obecnego układu sił — ciągnęła Quinn. — Ważna jest każda informacja, jaka może mieć wpływ na nasze działania, wszystko, co może nam pomóc. O domach Fell, Bharaputra i Ryoval, o zagrożeniach, których na razie nie widać. Coś mi tu nie daje spokoju, paranoja, może przez te środki, które wzięłam. Jestem zbyt zmęczona, żeby widzieć wszystko we właściwym świetle.
— Zobaczę, co da się zrobić. — Thorne skinął głową i wyszedł.
Gdy drzwi zamknęły się za nim z sykiem, Bothari-Jesek zwróciła się do Quinn z pytaniem:
— Zameldowałaś już o wszystkim Barrayarowi?
— Nie.
— W ogóle o niczym?
— Nie. Nie chcę korzystać z żadnego publicznego kanału, nawet gdybym miała zakodować wiadomość. Być może Illyan ma tu paru głęboko zakonspirowanych agentów, ale nie wiem, kim są ani jak z nimi nawiązać kontakt. Miles pewnie by wiedział. Poza tym…
— Poza tym? — Bothari-Jesek uniosła pytająco brew.
— Poza tym najpierw chciałabym odzyskać kriokomorę.
— Żeby ją podrzucić pod drzwi razem z raportem? Quinnie, tak nie można.
Quinn w obronnym geście wzruszyła ramionami. Po chwili Bothari-Jesek dodała:
— Jednak zgadzam się z tobą, że nie powinniśmy nic wysyłać jacksońskim systemem kurierskim.
— Tak, z tego, co mówił Illyan, wynika, że aż roi się w nim od szpiegów, i to nie tylko z Wielkich Domów, które zbierają informacje o sobie nawzajem. Zresztą Barrayar i tak nie mógłby nam pomóc w ciągu jednego dnia, jaki nam dał Fell.
— Jak długo… — Mark przełknął ślinę. — Jak długo będę jeszcze musiał grać Milesa?
— Nie wiem! — odburknęła ostrym tonem Quinn. Odzyskała już panowanie nad głosem. — Dzień, tydzień, dwa tygodnie — przynajmniej do czasu, gdy dostarczymy ciebie i kriokomorę do kwatery CesBezu do spraw galaktycznych na Komarze. Potem kto inny będzie decydował.
— Jak chcesz utrzymać to wszystko w tajemnicy? — zapytał drwiąco Mark. — Co najmniej kilkadziesiąt osób wie, co się naprawdę stało.
— „Dwóch dochowa tajemnicy, jeśli jeden straci życie”? — Quinn skrzywiła się. — No, nie wiem. Z żołnierzami nie będzie problemu, obowiązuje ich dyscyplina. Klony uda mi się odizolować. W każdym razie będziemy tkwić na statku jak w klatce, dopóki nie dolecimy na Komarr. Później… później będę się martwić tym, co będzie później.
— Chcę zobaczyć moich… moje klony. Muszę wiedzieć, co z nimi zrobiliście — zażądał nieoczekiwanie Mark.
Quinn wyglądała, jakby za moment miała wybuchnąć, ale na szczęście wtrąciła się Bothari-Jesek.
— Zabiorę go tam, Quinnie. Też chcę zajrzeć do swoich pasażerów.
— Cóż… pod warunkiem że odprowadzisz go potem do jego kabiny. I postawisz straż pod drzwiami. Nie pozwolimy, żeby się plątał po statku.
— Zrobi się. — Bothari-Jesek czym prędzej wyprowadziła go z kabiny, zanim Quinn postanowiła, że najlepiej będzie go związać i zakneblować.
Klony umieszczono w trzech pospiesznie uprzątniętych pomieszczeniach ładunkowych na pokładzie „Peregrine’a”, z których dwa przydzielono chłopcom, a jedno dziewczynkom. Mark zajrzał za Eleną Bothari-Jesek do jednej sypialni chłopców. Na podłodze leżały trzy rzędy zwijanych mat, dostarczonych zapewne z „Ariela”. W rogu kabiny przymocowano niezależną latrynę polową, a w innym pospiesznie zainstalowano prysznic, aby klony miały jak najmniej powodów, by włóczyć się po pokładzie. Wyglądało to na wpół jak więzienie, na wpół jak zatłoczony obóz dla uchodźców; gdy szedł między rzędami mat, chłopcy spoglądali na niego pustym wzrokiem, jak więźniowie.
Do diabła, przecież was uwolniłem. Nie wiecie o tym?
Owszem, akcja ratunkowa nie przebiegała bez dramatycznych chwil. Podczas tego okropnego oblężenia w nocy Dendarianie nie szczędzili swoim podopiecznym gróźb, żeby móc ich okiełznać. Niektóre klony wyczerpane zasnęły. Te ogłuszone wcześniej budziły się powoli, zdezorientowane, z wyraźnymi objawami mdłości; dendariańska lekarka chodziła między nimi, aplikując synerginę i dobre słowo. Wszystko było… pod kontrolą. Bunt stłumiony. Panowała cisza. Nikt się nie cieszył, nie dziękował. Jeśli uwierzyli w nasze groźby, dlaczego nie chcą uwierzyć w nasze obietnice? Nawet chłopcy, którzy ochoczo współpracowali z nimi w trakcie oblężenia i walki, teraz wpatrywali się w niego z nowymi wątpliwościami.
Jednym z nich był tamten blondyn. Mark przystanął przy jego macie i przykucnął. Bothari-Jesek czekała, obserwując ich.
— To wszystko — Mark szerokim gestem pokazał całą salę — to tylko na razie. Później będzie lepiej. Zabierzemy was stąd.
Chłopiec, opierając się na łokciu, cofnął się odrobinę, zagryzając wargę.
— Który ty jesteś? — spytał podejrzliwie.
Ten żywy, chciał w pierwszej chwili odpowiedzieć, ale nie ośmielił się w obecności Bothari-Jesek. Mogłaby to wziąć za przejaw nonszalancji.
— Nieważne. Zabierzemy was stąd tak czy inaczej.
Powiedział mu prawdę czy skłamał? Nie miał już żadnej władzy nad Dendarianami, jeszcze mniej nad Barrayarczykami, gdyby rzeczywiście, tak jak groziła Quinn, mieli zmierzać na ich planetę. Idąc za Eleną Bothari-Jesek do sypialni dziewcząt po drugiej stronie korytarza, czuł, jak ogarnia go przygnębienie.
Pomieszczenie urządzono identycznie; wyposażono je w takie same maty i urządzenia sanitarne, ale było nieco luźniej, ponieważ grupa liczyła tylko piętnaście osób. Dendarianka roznosiła zapakowane posiłki, co na chwilę wzbudziło życzliwe zainteresowanie. Nawet widząc ją z tyłu, rozpoznał sierżant Taurę, miała na sobie szary mundur pokładowy i obuwie antypoślizgowe. Usiadła, krzyżując nogi, aby nie przerażać dzieci swym wzrostem. Dziewczynki, pokonując strach, zbliżyły się do niej ukradkiem, a niektóre nawet dotknęły jej zafascynowane. Ze wszystkich Dendarian tylko Taura, nawet w chwilach zagrożenia, zawsze zwracała się do klonów bardzo uprzejmie. Teraz wyglądała jak bohaterka baśni, która próbuje ujarzmić dzikie zwierzęta, by jadły jej z ręki.
I chyba jej się udało. Kiedy Mark podszedł bliżej, dwie dziewczynki umknęły, chowając się za szerokimi plecami zwalistej sierżant. Taura zmarszczyła brwi na jego widok i zerknęła na Bothari-Jesek, która lekko skinęła głową. Wszystko w porządku, jest pod moją opieką.
— Nie spodziewałem się zobaczyć cię tutaj… sierżancie — wykrztusił Mark.
— Zgłosiłam się do pilnowania — zadudniła Taura. — Nie chciałam, żeby ktoś im przeszkadzał.
— Czy… mogą się pojawić jakieś kłopoty? — Piętnaście pięknych dziewic… cóż, może. Wliczając ciebie, szesnaście, szepnął jadowicie głos w jego głowie.
— Teraz na pewno nie — oświadczyła stanowczo Bothari-Jesek.