Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]
- Автор: Буджолд Лоис Макмастер
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 3-7337-142-7
- Переводчик: Lukasz Praski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]». Краткое содержание книги:
Quinn zacisnęła usta w wąską kreskę, wyrażając w ten sposób dezaprobatę dla jego sarkazmu.
— Zgłaszasz się na ochotnika, Kimura? — Kimura uniósł ręce w geście kapitulacji.
— Tymczasem — odezwała się ponownie Bothari-Jesek — naciska nas Stacja Fella. Musimy przystąpić do interesów. Przypuszczam, że w grę wchodzi nasz zakładnik. — Skinęła głową pod adresem Kimury, wyrażając mu uznanie za jedyną zakończoną powodzeniem część ekspedycji. — Czy ktoś wie, co admirał zamierzał zrobić z baronem Bharaputrą?
Wszyscy pokręcili przecząco głowami.
— Ty też nie wiesz, Quinnie? — zdumiał się Kimura.
— Nie. Nie było na to czasu. Nie jestem nawet pewna, czy admirał serio spodziewał się, że uda ci się go porwać, czy miałeś za zadanie po prostu odciągnąć uwagę jego ludzi. To by była strategia bardziej w jego stylu — nie dopuścić do tego, żeby misja miała tylko jeden niepewny cel. Przypuszczam — obniżyła głos do szeptu — że chciał zaufać własnej inicjatywie. — Wyprostowała się. — Ale wiem na pewno, co zrobię. Tym razem zawrzemy umowę na naszych warunkach. Baron Bharaputra może być biletem, dzięki któremu wypuszczą nas wszystkich, admirała także, ale musimy to dobrze rozegrać.
— Wobec tego — powiedziała Bothari-Jesek — nie powinniśmy chyba zdradzać Domowi Bharaputra, jaki cenny pakunek zostawiliśmy na dole. — Bothari-Jesek, Thorne, Quinn i reszta obrócili oczy na Marka, myśląc o tym samym.
— Też mi to przyszło do głowy — rzekła Quinn.
— Nie — szepnął. — Nie! — Zduszony krzyk zabrzmiał jak skrzeczenie żaby. — Nie mówicie chyba serio. Nie zmusicie mnie, żebym nim był, już nie chcę nim być. Boże, nie! — Trząsł się i dygotał, czując w żołądku ciężką kulę. Zimno mi.
Quinn i Bothari-Jesek spojrzały po sobie. Komandor Bothari-Jesek niezauważalnie skinęła głową, przekazując milcząco jakąś wiadomość.
— Wracajcie wszyscy do swoich zajęć — powiedziała w końcu Quinn. — Poza tobą, Thorne. Zwalniam cię z dowodzenia „Arielem”. Twoje obowiązki przejmie porucznik Hart.
Thorne pokiwał głową, jakby się tego od początku spodziewał.
— Jestem aresztowany?
Quinn zmrużyła oczy z bólem.
— Do diabła, nie mamy czasu. Ani ludzi. Nie przesłuchałam cię jeszcze do końca, poza tym będę potrzebowała twojego doświadczenia. Ta… sytuacja może się w każdej chwili diametralnie zmienić. Powiedzmy, że jesteś w areszcie domowym i podlegasz moim rozkazom. Pilnować możesz się sam. Zajmiesz gościnną kabinę oficerską na „Peregrinie”, którą możesz uważać za celę, jeśli dzięki temu poczujesz się lepiej.
Mina Thorne’a wyrażała autentyczne przygnębienie.
— Tak jest — rzekł drewnianym głosem.
Quinn zmarszczyła brwi.
— Idź się umyć. Wrócimy do tego później.
Z sali wyszli wszyscy z wyjątkiem Quinn i Bothari-Jesek. Mark chciał podążyć śladem reszty oficerów, ale powstrzymał go stanowczy głos Quinn.
— Ty zostajesz.
Opadł z powrotem na krzesło, wtulając się w oparcie. Gdy z sali wyszedł ostatni Dendarianin, Quinn wyłączyła wszystkie urządzenia rejestrujące.
Kobiety Milesa. O Elenie, ukochanej z dzieciństwa, dziś komandor Bothari-Jesek, Mark uczył się, kiedy Komarrczycy tresowali go, by grał lorda Vorkosigana. Wyglądała jednak nieco inaczej, niż sobie wyobrażał. Natomiast Dendarianka Quinn zaskoczyła komarrskich spiskowców. Zbiegiem okoliczności kobiety były podobne do siebie — obie miały krótkie, ciemne włosy, bladą cerę i przepastne brązowe oczy. A może to nie był wcale zbieg okoliczności? Może Vorkosigan podświadomie wybrał Quinn jako namiastkę Bothari-Jesek, skoro nie mógł mieć oryginału? Nawet imiona miały podobne, Elli i Elena.
Bothari-Jesek była wyższa o głowę, jej majestatyczne rysy znamionowały szlachetne pochodzenie. Zachowywała się spokojniej i z większym dystansem, a wrażenie to potęgował czysty szary mundur oficerski. Quinn, w mundurze polowym i butach bojowych, była niższa, choć i tak wyższa od niego o głowę, miała bardziej zaokrąglone kształty i gwałtowniejszy temperament. Obie go przerażały. On gustował raczej w kobietach w typie tamtej niewysokiej blondynki, którą wyciągnęli spod łóżka w sypialni klonów; gdyby jeszcze była w wieku, na jaki wyglądała. Jeżeli dożyje chwili, by sprawdzić to w praktyce, chciał kogoś niskiego, miękkiego, różowego, nieśmiałego, kogoś, kto po akcie płciowym nie zabije go i nie zje.
Elena Bothari-Jesek przyglądała mu się z mieszaniną odrazy i zafascynowania.
— Wyglądasz zupełnie jak on. Ale ty to nie on. Dlaczego drżysz?
— Zimno mi — mruknął Mark.
— Zimno ci! — powtórzyła jak echo wzburzona Quinn. — Tobie jest zimno! Ty przeklęty mały draniu… — Odwróciła raptownie swoje krzesło i usiadła plecami do niego.
Bothari-Jesek wstała i podeszła do stołu z tej strony, gdzie siedział. Smukła i giętka jak wierzba. Dotknęła jego czoła, które było lepkie i wilgotne; wzdrygnął się gwałtownie, niemal od niej odskakując. Nachyliła się, żeby badawczo zajrzeć mu w oczy.
— Quinnie, daj mu spokój. On jest w szoku.
— Nie zasługuje na tyle uwagi! — wykrztusiła Quinn.
— Mimo to naprawdę jest w szoku. Jeżeli chcesz coś osiągnąć, musimy to wziąć uwagę.
— Do diabła. — Quinn odwróciła się z powrotem. Strumyczki łez zaczęły żłobić świeże ślady na jej zaczerwienionej twarzy, oblepionej brudem i zaschłą krwią. — Nie widziałaś. Nie widziałaś Milesa, jak leżał z rozerwanym na kawałki sercem.
— Quinnie, przecież tak naprawdę nie umarł. Mam rację? Jest po prostu zamrożony i… i chwilowo przebywa nie tam, gdzie powinien. — Czyżby w jej głosie słychać było nutkę niepewności albo niedowierzania?
— Och, on nie żyje na sto procent. Jest zamrożony na śmierć. I nic się nie zmieni, jeżeli go stamtąd nie zabierzemy! — Ślady krwi w zagięciach jej munduru zaczęły w końcu przybierać brązową barwę.
Bothari-Jesek wzięła głęboki oddech.
— Najpierw skoncentrujmy się na najpilniejszej sprawie. Musimy odpowiedzieć na pytanie, czy Mark potrafi zwieść barona Fella? Fell spotkał się raz z Milesem.
— Dlatego między innymi nie aresztowałam Bela Thorne’a. Bel był przy tym i mam nadzieję, że będzie nam służył radą.
— Tak. I, ciekawa rzecz… — Przysiadła na blacie stołu, dyndając w powietrzu jedną nogą. — W szoku czy nie, Mark nie ujawnił prawdziwej tożsamości Milesa. Z jego ust ani razu nie padło nazwisko „Vorkosigan”, prawda?
— Rzeczywiście — przyznała Quinn.
Bothari-Jesek lekko uniosła kąciki ust, przypatrując mu się.
— A czemu nie? — zapytała nagle.
Skulił się na swoim krześle jeszcze bardziej, starając się uciec przed jej przeszywającym spojrzeniem.
— Nie wiem — mruknął. Było jasne, że to jej nie wystarczy, że nie ustąpi, jeśli nie usłyszy od niego dalszych wyjaśnień. Zdołał wykrztusić nieco mocniejszym głosem: — Chyba z przyzwyczajenia. — Nie dodał, że ma na myśli przede wszystkim przyzwyczajenie Ser Galena, który dawno temu tłukł go na kwaśne jabłko, gdy zdarzyło mu się coś schrzanić. — Kiedy gram rolę, gram rolę. M… Miles nigdy by nie zdradził prawdziwego nazwiska, więc ja też nie.
— Kim jesteś, kiedy nie grasz roli? — Przymrużone oczy Bothari-Jesek wyraźnie go taksowały.
— Właściwie… chyba sam nie wiem. — Przełknął ślinę, starając się wydobyć z siebie donośniejszy głos. — Co się stanie z moimi… z klonami?
Quinn chciała mu odpowiedzieć, ale Bothari-Jesek powstrzymała ją gestem, mówiąc: