Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]
- Автор: Буджолд Лоис Макмастер
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 3-7337-142-7
- Переводчик: Lukasz Praski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]». Краткое содержание книги:
— Z wyjątkiem pana młodszych kolegów — zauważył Mark.
Fell machnął lekceważąco ręką, dając mu do zrozumienia, co myśli na temat ambicji młodszych kolegów. Jeśli chcieli władzy, niech spiskują, walczą i zabijają, tak jak on, mówił ów gest.
— Cóż, nie zamierzam przetrzymywać barona Bharaputry, aż się zestarzeje i spleśnieje — rzekł Mark. — Sam nie mam z niego żadnego pożytku. Proszę ponaglić Dom Bharaputra, aby jak najprędzej odnaleźli mojego brata.
— Nie potrzebują ponagleń. — Fell zmierzył go zimnym spojrzeniem. — Musi pan wiedzieć, admirale, jeśli ta… sytuacja w miarę szybko nie zakończy się pomyślnie, Stacja Fella nie będzie już mogła udzielać wam schronienia.
— Hm… kiedy?
— Niebawem. W ciągu najbliższego dnia.
Stacja Fella z pewnością dysponowała odpowiednimi siłami, aby w każdej chwili wyrzucić dwa małe statki dendariańskie. Albo zrobić z nimi coś znacznie gorszego.
— Zrozumiałem. A… co z bezpieczną drogą przez punkt skokowy pięć? — Gdyby coś poszło nie tak…
— W tej sprawie… być może będziecie musieli zawrzeć osobny układ.
— Jaki układ?
— Gdybyście nadal mieli swojego zakładnika… nie życzyłbym sobie, abyście wywozili Vase Luigiego z lokalnej przestrzeni Obszaru Jacksona. I potrafię dopilnować, by tak się stało.
Pięść Quinn wylądowała z hukiem obok płyty holowidu.
— Nie! — krzyknęła komandor. — Nie ma mowy! Baron Bharaputra to nasz jedyny as, dzięki któremu możemy odzyskać Mi… kriokomorę. Nie oddamy go!
Fell lekko się wzdrygnął.
— Pani komandor! — zganił ją.
— Jeśli zostaniemy zmuszeni do opuszczenia Jacksona, zabierzemy barona ze sobą — zagroziła Quinn. — I tyle nas będziecie widzieli. Albo wróci pieszo ze stacji skokowej pięć bez skafandra ciśnieniowego. Jeżeli nie dostaniemy kriokomory… cóż, mamy lepszych sojuszników niż pan. I z mniejszymi zahamowaniami. Nie będzie ich obchodzić pański zysk, pana układy i zabawy w zachowanie równowagi sił. Ich tylko zainteresuje, czy spalić was od bieguna północnego, czy południowego!
Fell skrzywił się ze złością.
— Niech pani nie plecie bzdur, komandor Quinn. Mówi pani o armii planetarnej!
Quinn pochyliła się nad talerzem i warknęła:
— Baronie, mówię o armii międzyplanetarnej!
Bothari-Jesek drgnęła i szybko dała znak, przesuwając palcem po własnej szyi: Skończ z tym, Quinnie.
W stalowych oczach Fella błysnęła hardość.
— To blef.
— Nie. Lepiej, żeby pan mi uwierzył.
— Nikt nie posunąłby się do tego dla jednego człowieka. Tym bardziej nieboszczyka.
Quinn zawahała się. Mark przykrył dłonią jej rękę, która nadal wpijała się w jego ramię, jak gdyby chciał powiedzieć: „Opanuj się, do diabła”. Omal nie zdradziła tego, o czym pod groźbą śmierci zabroniła mu mówić.
— Być może ma pan rację, baronie — powiedziała wreszcie. — Niech się pan modli, żeby miał pan rację.
Po długiej chwili milczenia Fell spytał łagodnie:
— A kimże jest ów pozbawiony zahamowań sojusznik, admirale?
Upłynęła kolejna chwila ciszy, po której Mark rzekł ze słodyczą w głosie:
— Komandor Quinn blefowała, baronie.
Fell rozciągnął wargi w wyjątkowo kpiącym uśmiechu.
— Wszyscy Kreteńczycy to łgarze — szepnął. Jego dłoń powędrowała do klawiszy, by przerwać połączenie; twarz barona rozpłynęła się we mgle iskier. Tym razem przez moment dłużej widać było jego lodowaty, bezcielesny uśmiech.
— Świetna robota, Quinn — warknął Mark. — Właśnie uprzytomniłaś baronowi Fellowi, ile naprawdę może żądać za kriokomorę. I być może nawet od kogo. Mamy teraz dwóch wrogów.
Quinn dyszała ciężko jak po długim biegu.
— On nie jest naszym wrogiem; nie jest też przyjacielem. Fell służy tylko Fellowi. Pamiętaj o tym, bo on nie zapomni.
— Ale czy Fell kłamał, czy po prostu przekazywał kłamstwa Bharaputry? — spytała wolno Bothari-Jesek. — I na jaki zysk liczy osobiście?
— Może obaj kłamią? — podsunęła Quinn.
— A może żaden z nich nie kłamie — wtrącił rozdrażniony Mark. — Nie przyszło ci to do głowy? Pamiętasz, co Norwood…
Przerwał im brzęczyk. Quinn pochyliła się nad konsolą, aby posłuchać wiadomości.
— Quinn, tu Bel. Osoba, z którą się skontaktowałem, zgodziła się spotkać z nami w doku „Ariela”. Pospiesz się, jeżeli chcesz brać udział w przesłuchaniu.
— Dobra, zaraz będę. Quinn, bez odbioru. — Odwróciła wymizerowaną twarz i ruszyła do drzwi. — Eleno, dopilnuj, żeby nie wychodził sam z kabiny. — Wskazała kciukiem Marka.
— W porządku. Kiedy skończysz rozmawiać z tym kimś, kogo znalazł Bel, odpocznij trochę, dobrze, Quinnie? Jesteś wykończona. O mały włos nie straciłaś nad sobą panowania.
Quinn machnęła na odchodnym ręką, co mogło oznaczać, że przyznaje jej rację, ale niczego nie obiecuje. Po wyjściu Quinn Bothari-Jesek zasiadła za konsolą, żeby rozkazać załodze kapsuły ładownika, by przygotowała się do lotu, zanim Quinn zjawi się przy włazie.
Mark wstał i zaczął spacerować po kabinie dowodzenia z rękami w kieszeniach. Stało tu kilkanaście ciemnych i martwych konsol do transmisji w czasie rzeczywistym i projekcji holowidowych schematów; system łączności i kodowania milczały. Wyobraził sobie, jaki podczas normalnej akcji panował w kabinie tłok i chaos, gdy statek gotował się do walki. Ogień wroga rozcina statek jak opakowaną tacę z jedzeniem, tętniąca życiem masa w jednej chwili zmienia się w plamę promieniowania twardego, a potem próżnię w przestrzeni. Strzelać mogła na przykład stacja Domu Fell w punkcie skokowym pięć, gdyby „Peregrine” usiłował uciekać. Zadygotał, czując falę mdłości.
Zatrzymał się przed zamkniętymi drzwiami prowadzącymi do sali odpraw. BothariJesek prowadziła kolejną rozmowę, podejmując jakąś decyzję dotyczącą bezpieczeństwa cumowania w Stacji Fella. Z ciekawością położył dłoń na czytniku zamka. Ku jego zdumieniu drzwi cichutko się rozsunęły. Ktoś będzie musiał wszystko przeprogramować, skoro najlepiej strzeżone pomieszczenia Dendarian stały otworem przed zmarłym. Sporo roboty — Miles niewątpliwie kazał urządzić wszystko tak, aby bez kłopotu mógł się wszędzie poruszać. To bardzo w jego stylu.
Bothari-Jesek zerknęła na niego, lecz nic nie powiedziała. Biorąc to za milczącą zgodę, Mark wszedł do sali odpraw i okrążył stół. Zapaliły się światła. W głowie tłukły mu się słowa wypowiedziane tu przez Thorne’a. Norwood powiedział, że admirał się stąd wydostanie, nawet jeśli my nie. Jak starannie Dendarianie sprawdzili zapisy swojej misji desantowej? Z pewnością ktoś zdążył już przejrzeć wszystko kilkakrotnie. Czy on mógłby zobaczyć coś, czego oni nie dostrzegli? Znali swoich ludzi, swój sprzęt. Ale ja znam kompleks medyczny. Znam Obszar Jacksona.
Zastanawiał się, jak daleko pozwolą mu zajść linie papilarne Milesa. Wśliznął się na krzesło Quinn; oczywiście, natychmiast jego oczom ukazały się wszystkie pliki. Znalazł wprowadzony tu zapis akcji desantowej. Dane Norwooda zostały stracone, ale przez pewien czas towarzyszył mu Tonkin. Co Tonkin widział? Nie kolorowe linie na mapie, ale własnym okiem; co słyszał własnym uchem w rzeczywistym czasie? Znajdzie tu taki zapis? Wiedział, że hełmy dowódców rejestrowały rzeczywisty obraz, ale hełmy zwykłych żołnierzy… Hm. Ujrzał na konsoli zapis obrazów i dźwięków widzianych i słyszanych przez Tonkina.