Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Космическая фантастика » Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]
Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]

Электронная книга - «Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]». Краткое содержание книги:

„Lustrzany taniec” stanowi szczególną część sagi barrayarskiej. Powraca w niej Mark, klon-bliźniak Milesa Vorkosigana/Naismitha, który podając się za dowódcę Najemnej Floty Dendarii, przeprowadza szaleńczą akcję desantową w Obszarze Jacksona — części wszechświata, gdzie inżynieria genetyczna rozwija się bez żadnych ograniczeń. Niestety, ponosi klęskę i z pomocą musi mu pospieszyć prawdziwy admirał Naismith. Podczas odwrotu Miles zostaje zabity, ale jego śmierć daje początek lawinie wydarzeń i zaskakujących zwrotów akcji. Przed Markiem stoją nowe nieoczekiwane zadania, którym musi sprostać. Czy przyjaciele Milesa mu pomogą? Jak przyjmie go Barrayar? Czy ma szansę odciąć się od mrocznej przeszłości i przeistoczyć z genetycznej repliki Milesa w człowieka?
1 ... 33 34 35 36 37 38 39 40 41 ... 137
Перейти на страницу:

— A co chciałbyś, żeby się z nimi stało?

— Chcę, żeby dano im wolność. Żeby osiadły w jakimś bezpiecznym miejscu, skąd Bharaputra nie będzie ich mógł porwać.

— Dziwny altruizm. Zastanawiam się dlaczego? Skąd w ogóle wziął się pomysł tej wyprawy? Czego po niej oczekiwałeś?

Otworzył usta, lecz nie wydał żadnego dźwięku. Nie potrafił odpowiedzieć. Wciąż był słaby, pocił się i drżał. Bolały go skronie, jak gdyby uciekła z nich cała krew. Pokręcił głową.

Quinn parsknęła pogardliwie.

— Co za ofiara. Zupełne przeciwieństwo Milesa. Nawet zwycięstwo potrafi zmienić w klęskę.

— Quinn — cicho odezwała się Bothari-Jesek. W jej głosie wyraźnie zabrzmiał ton reprymendy, który Quinn usłyszała i skwitowała wzruszeniem ramion. — Nie sądzę, żeby którekolwiek z nas naprawdę wiedziało, z czym mamy do czynienia — ciągnęła Bothari-Jesek. — Ja w każdym razie nie mam zielonego pojęcia. Natomiast znam kogoś, kto będzie wiedział.

— Kogo?

— Księżnę Vorkosigan.

— Hm. — Quinn westchnęła. — To jeszcze jeden kłopot. Kto jej powie o… — Ruch kciuka wskazujący Obszar Jacksona oznaczał wszystko, co się tam wydarzyło. — Boże drogi, jeśli rzeczywiście ja dowodzę teraz tym oddziałem, muszę zameldować o wszystkim Simonowi Illyanowi. — Zamilkła. — Chcesz objąć dowództwo, Eleno? Jako kapitan statku i wobec umownego aresztowania Thorne’a, powinnaś… Zostałam dowódcą dlatego, że musiałam, podczas walki.

— Świetnie sobie radzisz — odparła Bothari-Jesek z lekkim uśmiechem. — Masz moje poparcie. Od początku jesteś bardziej niż ja związana z wywiadem — dodała. — Logiczne, że to ty objęłaś dowództwo.

— Tak, wiem. — Quinn skrzywiła się. — Powiesz rodzinie, jeżeli będzie trzeba?

— Zgodnie z logiką — westchnęła Bothari-Jesek — to zadanie należy do mnie. Dobrze, powiem księżnie.

— Umowa stoi. — Obie jednak wyglądały tak, jakby nie były pewne, kto ma trudniejszą rolę do odegrania.

— Jeżeli chodzi o klony… — Bothari-Jesek znów zatrzymała wzrok na Marku. — Chciałbyś, żebyśmy dali im wolność?

— Eleno — ostrzegła Quinn — niczego mu nie obiecuj. Jeszcze nie wiemy, co trzeba będzie poświęcić, żeby się stąd wydostać. I żeby wydostać — znów wskazała na dół — Milesa.

— Nie — wyszeptał Mark. — Nie możecie po tym wszystkim odesłać ich z powrotem.

— Oddałam już Phillipi — odrzekła ponuro Quinn. — Ciebie też mogę oddać w każdej chwili, tylko że on… W ogóle wiesz, dlaczego przylecieliśmy na tę cholerną akcję? — spytała ostro.

Bez słowa pokręcił głową.

— Dla ciebie, gówniarzu. Admirał prawie się dogadał z baronem Bharaputrą. Mieliśmy wykupić Oddział Zielonych za ćwierć miliona dolarów betańskich. Kosztowałoby niewiele więcej niż akcja desantowa, wliczając cały sprzęt, jaki straciliśmy razem z wahadłowcem Thorne’a. I życie ludzi. Ale baron nie zgodził się, abyś ty znalazł się w puli. Nie wiem, dlaczego nie chciał cię sprzedać. Dla wszystkich poza nim jesteś bezwartościowy. Ale Miles nie chciał cię zostawić!

Mark wpatrywał się we własne dłonie, które nerwowo skubały jedna drugą. Uniósłszy głowę, napotkał wzrok Bothari-Jesek, która znów przyglądała mu się, jakby był tajemniczym i ważnym kryptogramem.

— Admirał nigdy nie zostawiłby swojego brata — powiedziała wolno Bothari-Jesek — i tak samo Mark nigdy nie zostawi klonów. Mam rację?

Przełknąłby ślinę, ale zupełnie wyschło mu w ustach.

— Zrobisz wszystko, żeby je ocalić? Wszystko, co ci każemy?

Otworzył usta i zaraz zamknął. Wyglądało to trochę jak słabe i nieme „tak”.

— Zagrasz dla nas rolę admirała? Oczywiście damy ci parę lekcji.

Prawie skinął głową, lecz zdołał wyrzucić z siebie:

— Jaką obietnicę…?

— Zabierzemy ze sobą wszystkie klony. Zawieziemy je tam, gdzie Dom Bharaputrą ich nie dosięgnie.

— Eleno! — zaprotestowała Quinn.

— Muszę — tym razem udało mu się przełknąć ślinę — muszę mieć słowo kobiety z Barrayaru. Twoje słowo — zwrócił się do Eleny Bothari-Jesek.

Quinn zagryzła wargę, ale milczała. Po dłuższej chwili ciszy Bothari-Jesek kiwnęła głową.

— Dobrze. Masz moje słowo. Ale w zamian oczekujemy pełnej współpracy, zrozumiano?

— Dajesz słowo jako kto?

— Po prostu daję słowo.

— Tak. Dobrze.

Quinn wstała i popatrzyła na niego z góry.

— Czy on w ogóle potrafi teraz zagrać Milesa?

Bothari-Jesek podążyła za jej spojrzeniem.

— Przypuszczam, że w tym stanie — nie. Najpierw pozwólmy mu się umyć, zjeść i odpocząć. Potem zastanowimy się, co można zrobić.

— Baron Fell może nam dać za mało czasu. Nie powinnyśmy się tak z nim pieścić.

— Powiemy baronowi, że bierze prysznic. Nie skłamiemy.

Prysznic. Jedzenie. Był tak wygłodniały, że niemal nie czuł głodu, tylko zupełną drętwotę żołądka. Ogarnęła go apatia. I czuł zimno.

— Prawda jest taka — rzekła Quinn — że to bardzo kiepska imitacja prawdziwego Milesa Vorkosigana.

Owszem, to właśnie staram się wam uprzytomnić, Bothari-Jesek pokręciła zirytowana głową, dając jej do zrozumienia, że niestety jest podobnego zdania.

— Chodź — powiedziała do niego.

Zaprowadziła go do kabiny oficerskiej, niewielkiej, ale dzięki Bogu położonej w ustronnym miejscu. Nikt z niej nie korzystał; panował tu surowy wojskowy porządek i unosił się lekko stęchły zapach. Przypuszczał, że w pobliżu w podobnej kabinie umieszczono Thorne’a.

— Każę ci przysłać jakieś czyste ubrania z „Ariela”. A potem dostaniesz jedzenie.

— Mogę prosić najpierw o jedzenie?

— Jasne.

— Dlaczego jesteś dla mnie taka miła? — Jego głos zabrzmiał żałośnie i podejrzliwie. Obawiał się, że może go wziąć za cierpiącego na paranoję tchórza.

Na jej orlej twarzy odmalowała się zaduma.

— Chcę wiedzieć… kim jesteś.

— Przecież wiesz. Jestem klonem. Wyprodukowanym właśnie tu, w Obszarze Jacksona.

— Nie mam na myśli twojego ciała.

Skulił się odruchowo, przyjmując postawę obronną, choć wiedział, że ów gest podkreśla jego ułomności fizyczne.

— Jesteś zamknięty w sobie — zauważyła. — Bardzo samotny. Całkiem inny niż Miles. Zazwyczaj.

— Miles to nie jeden człowiek, to cała armia ludzi. Wszędzie zabiera ze sobą swoją świtę. — Nie wspominając o niesamowitym haremie. — Przypuszczam, że to lubi.

Na jej ustach nieoczekiwanie zjawił się uśmiech. Pierwszy raz zobaczył, jak się uśmiecha. Wyglądała zupełnie inaczej.

— Chyba tak. — Uśmiech przybladł. — Lubił.

— Robisz to dla niego, prawda? Traktujesz mnie tak, bo wydaje ci się, że tego by sobie życzył. — Nie dla niego, ale dla Milesa, wszystko dla jego obsesji na temat brata.

— Częściowo.

Zgadza się.

— Ale przede wszystkim dlatego, że pewnego dnia księżna Vorkosigan zapyta mnie, co zrobiłam dla jej syna.

— Zamierzasz wymienić na niego barona Bharaputrę, tak?

— Mark… — Jej oczy pociemniały z… litości? Ironii? Nie potrafił tego zinterpretować. — Ona zapyta o ciebie.

Obróciła się na pięcie, zostawiając go samego w zamkniętej kabinie.

Ustawił najgorętszą wodę, jaka mogła polecieć z niewielkiego prysznica, a potem kilka minut stał pod parzącym strumieniem, aż poczerwieniała mu skóra i zaczął dygotać. Z wyczerpania kręciło mu się w głowie. Kiedy w końcu wyszedł z kabiny, zauważył, że ktoś zdążył przynieść ubranie i jedzenie. Pospiesznie wciągnął bieliznę, czarną koszulkę dendariańską i parę pokładowych szarych spodni należących do jego pierwowzoru i wreszcie rzucił się na kolację. Tym razem posiłek nie został przygotowany z myślą o wybrednym podniebieniu Naismitha, lecz stanowił standardową rację żywnościową normalnego i aktywnego fizycznie żołnierza. Dania nie były zbyt wyszukane, ale po raz pierwszy od wielu tygodni miał na talerzu tyle jedzenia, ile chciał. Pochłonął wszystko, jak gdyby się obawiał, że dobra wróżka, która przyniosła kolację, zjawi się ponownie, żeby mu ją odebrać. Z bólem żołądka opadł na łóżko i położył się na boku. Nie dygotał już z zimna, nie pocił się ani nie czuł się wypompowany z powodu niskiego poziomu cukru we krwi. Jednak jego ciałem nadal wstrząsały czarne i niepokojące myśli.

1 ... 33 34 35 36 37 38 39 40 41 ... 137
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)